60 obserwujących
444 notki
540k odsłon
1306 odsłon

Michał Rachoń, kuźniaryzacja „prawych” dziennikarzy i fasolka po bretońsku

Wykop Skomentuj60

Największy wstyd, gdy go nie ma.
U. Zybura

image

Śmiem twierdzić, że jedną z największych szkód  wyrządzonych pokoleniom urodzonym po II Wojnie Światowej było niemal całkowite wyrugowanie z polskich szkół nauczania o kulturze i językach antycznych. Gdyby stało się inaczej, byłaby szansa na to, iż przynajmniej część  dziennikarzy pracujących w mediach, posiadających przecież wykształcenie humanistyczne, usłyszałaby o jednym z najpiękniejszych dzieł starożytności autorstwa Publiusza Owidiusza Nasona. Jego Przemiany (Metamorphoses) w sposób niedościgły ukazują głębię i skomplikowanie psyche człowieka. Co więcej, zawierają przestrogi dla tych, którzy dokonują życiowych wyborów i sądzą, że pójście określoną ścieżką nie skutkuje konsekwencjami. Zapoznanie się ze wspomnianą lekturą przez medialnych celebrytów u progu ich dojrzałości na pewno by nie zaszkodziło, a może nawet pomogło. Zostawmy jednak tę literacko-filozoficzną kwestię i przejdźmy do prozy życia.

Przyznam się otwarcie, że jednym z moich najgorszych wspomnień związanych z wydarzeniami lat ostatnich jest to dotyczące występu Jarosława Kuźniara w przeddzień wylotu polskiej delegacji do Smoleńska w 2010 r. Harcujący ówcześnie w TVN „gwiazdor” z charakterystyczną dlań zjadliwością kpił z L. Kaczyńskiego i jego środowiska. Starał się przekonać widzów, że wysiłki prezydenta, zmierzające do osobistego uczczenia ofiar zbrodni katyńskiej, są uwarunkowane jedynie polityką i – rzekomo – kompleksami Głowy Państwa względem D. Tuska. Czynił to na sposób błazeński i tak plugawie, że do dziś na wspomnienie nazwiska „Kuźniar” odczuwam fizyczny niesmak. Oczywiście zachowanie czołowego funkcjonariusza postępowych mediów nie było dla mnie jakimś zaskoczeniem, ale intensywność pogardy i jadu doprawdy przerażała. Wiedziałem też, iż redaktor Kuźniar lokuje swe uczucia po przeciwnej stronie politycznej barykady i uznawałem go – moje prawo! – za groźnego przeciwnika polskich spraw. I to bardzo groźnego! Bo osobnik ten posiada niewątpliwy talent, potrafi w odpowiednim momencie zamrugać oczętami, przekrzywić zgrabnie głowę i wobec odpowiednich ludzi sformułować pytanie w ten sposób, aby jego interlokutor był zadowolony. Bardzo zadowolony. To niektórym ludziom imponowało. Mniemam, że potem wielu przeszło. Okazało się przecież, że nasz „bohater”, urodzony tak jak książkowy Reynevan w Bielawie na Dolnym Śląsku,  nie tylko uprawia wazeliniarstwo praktyczne, ale  po prostu jest małym i śmiesznym człowiekiem. Dowiodły tego niezbicie jego przygody podczas pobytu w USA, gdy wizytując jedną z tamtejszych sieci handlowych wykazał się wyjątkowa „zaradnością”. Dziś Jarosław Kuźniar nie jawi się już jako chłopiec do zadań specjalnych określonej koterii politycznej, ale wyłącznie jako serwilista, potakiewicz, cwaniak i żałosny bubek. Tak też oceniała jego sylwetkę nie tylko polska „ulica”, lecz również tzw. dziennikarze niepokorni.

Jednym z najciekawszych w tej grupie wydawał się równolatek Kuźniara, czyli Michał Rachoń. Już na pierwszy rzut oka widać było, że ma potencjał, jest bystry, elokwentny i przebojowy. I co istotne – odważny, gdyż w przeciwieństwie do gwiazdora TVN nie poprzestawał na ogrzewaniu się w ciepełku studyjnych reflektorów i zalotnym spoglądaniu w oka kamer, ale śmiało zaglądał w miejsca tajemne, pojawiał się w gniazdach os i choć był bezlitosny dla przedstawicieli politycznego, medialnego i kulturowego mainstreamu, to nie wahał się stawiać trudnych pytań reprezentantom konkurencyjnego obozu. Z przyjemnością oglądałem jego występy w TV Republika.

Gdy dokonały się zmiany i za sterami państwa stanęła dotychczasowa opozycja z zadowoleniem przyjąłem informację o pojawieniu się Rachonia w TVP. I przez dość długi okres nie miałem wobec niego poważniejszych zarzutów (wpadkę z W. Cejrowskim jakoś dało się wytłumaczyć). Ba! W styczniu ubiegłego roku wybuchła afera związana z Plastusiami B. Pieli, a jedną z ofiar został pan Michał. No, no… Pomyślałem, że chłop ma charakter, bo w imię zdrowego rozsądku i przyzwoitości gotów jest ponieść dotkliwe konsekwencje. Okazało się jednak, iż przeczołganie ówczesnego gospodarza Minęła 20 doprowadziło do trwałego uszkodzenia kręgosłupa. Moralnego kręgosłupa, który zaczął zadziwiająco przypominać ten kuźniarowy...


Zamieszanie z Piątką dla zwierząt oraz „epidemią”  ujawniło w pełnej okazałości, iż Michał Rachoń spasował. Ceniłem go (a zapewne i wielu innych widzów) i lubiłem. Niestety wpisanie się w chór pogromców barbarzyńców od norek i anty-maseczkowców zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. Niechby tam dawny niepokorny starał się przedstawić stanowisko rządu, ale również – nawet delikatnie – umożliwiał zabranie głosu przez kontestatorów. Ale nie… Brak w programach p. Rachonia głosów odrębnych, trudnych pytań wobec decydentów i… pamięci, która – jak mniemam – w zawodzie dziennikarza jest niezbędna. Jak bowiem pogodzić  niedawne własne kpiny z sensowności noszenia „namordnika” z dzisiejszym ultra-ortodoksyjnym pochwalaniem tegoż? Jak pominąć milczeniem tubalne postponowanie zachowań niektórych posłów opozycji, kwestionujących ostatnie decyzje władz, przy jednoczesnym milczeniu o olewaniu własnych zarządzeń przez przedstawicieli formacji rządzącej? Czy da się przymknąć oko na zapraszanie do studia wyłącznie klakierów i koncesjonowanych rywali?

Przypadek Michała Rachonia wydaje się wzorcowy. Krwisty i ideowy zawadiaka przemienił się z wolna w „tłustego kocura”, który w ciągu kilku lat przywykł do Royal Canin i nie ma zamiaru znów spożywać jakiegoś  żarcia z marketów. Takich „tłustych kocurów”, zwanych onegdaj niepokornymi, jest o wiele więcej. I nie mam tu na myśli wesołków w rodzaju śniadaniowego A. Gizy (jeśli pali powinien złożyć oświadczenie, że rezygnuje z leczenia potencjalnego raka płuc, jeśli pije - niech rezygnuje z leczenia wątroby, jeśli czyta - niech napisze oświadczenie, że nie będzie wizytował okulisty…), ale całkiem poważnych żurnalistów, dających onegdaj nadzieję i twardo walczących o prawdę. Żal. Widocznie nie czytali Owidiusza…

Gdybym miał możliwość spotkania p. Rachonia, to przypomniałbym mu, że twarz ma się jedną i z pewnością nie warto jej poświęcać dla fasolki po bretońsku. Nawet najsmaczniejszej. Jeśli by w to wątpił, to poleciłbym mu zasięgnięcie języka u Stefana. Stefana N.

Link:

https://pl.wikisource.org/wiki/Przemiany_(Owidiusz)

-----------------------------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.


Wykop Skomentuj60
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura