92 obserwujących
619 notek
891k odsłon
  1635   7

24 czerwca 972 r., Bonaparte i Mazurek Dąbrowskiego

Cudze chwalicie,
Swego nie znacie,
Sami nie wiecie,
Co posiadacie.

S. Jachowicz
image

Chociaż zjeździłem więcej niż pół Polski to nigdy nie byłem w Cedyni. To niewielkie, bo liczące niespełna dwa tysiące mieszkańców miasteczko, jest najdalej na zachód położonym ośrodkiem miejskim w Rzeczypospolitej. Przypuszczam, że pamięta o tym niewielu moich rodaków, ale o innym emblemacie związanym z Cedynią słyszało już znacznie więcej. Otóż 1050 lat temu – podobno - w jej okolicy rozegrała się prawdopodobnie pierwsza bitwa pomiędzy naszymi przodkami a antenatami kanclerza Scholza. I choć w przeciwieństwie do czasów mojej młodości, kiedy to czyny polańskich wojów wynoszono pod niebiosa,  dziś pojawiają się ludzie próbujący obniżać rangę tego starcia,  jestem  przekonany, że to nieuzasadniony przejaw kompleksów zżerających część intelektualistów znad Wisły  oraz ich kolegów z przedrostkiem pseudo-. Jak by bowiem nie patrzeć, jeden z najbardziej ekspansywnych ludów ówczesnej Europy, czyli kontynentalni Sasi, zmuszony był uznać przewagę słowiańskich wojowników wiedzionych na bój przez Mieszka I i jego brata Czcibora. Dość obiektywny niemiecki kronikarz i jednocześnie duchowny w randze biskupa o imieniu Thietmar, tak opisywał wspomniane wydarzenie:

Tymczasem dostojny margrabia Hodo, zebrawszy wojsko, napadł z nim na Mieszka, który wierny cesarzowi płacił trybut aż po rzekę Wartę.
[…]
Kiedy w dzień św. Jana Chrzciciela starli się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo, lecz potem w miejscowości zwanej Cidini brat jego Czcibor zadał im klęskę, kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy z wyjątkiem wspomnianych grafów.

Dziejopis wiedział o czym pisał, gdyż posiadał wiadomości z pierwszej ręki, tj. od swoich krewnych, którzy brali udział w tej bardzo nieudanej (z saskiego punktu widzenia) eskapadzie. Jak dokładnie wyglądało owe starcie? Niemal wszystko co o nim napisano, ponad to co zapisał w swej kronice Thietmar, to przypuszczenia. Nie wiemy nawet jak liczne były siły przeciwników. Z pewnością  bitwa ta nie była tak masową jak starcia bizantyjsko-bułgarskie czy zmagania krzyżowców z bliskowschodnimi muzułmanami, ale wiele wskazuje na to, iż zarówno Sasi jak i Polanie wystawili po kilka tysięcy wojów. Dla jasności obrazu przypomnę, że nieco wyżej wspomniałem o tym, że omawiana konfrontacja miała miejsce „prawdopodobnie” w okolicy naszej Cedyni, ponieważ równie uzasadnionymi wydają się być przypuszczenia o lokalizacji bitwy już za Odrą, na obszarze dzisiejszej Brandenburgii. Wspomina się, że nazwę topograficzną „Cidini” można przyporządkować zarówno do miejscowości w Polsce, ale również do niemieckich obecnie: Zehdenick lub Zeuthen. Osobiście skłaniam się ku temu drugiemu rozwiązaniu. Na przykład z tego powodu, iż na czele najeźdźców stał margrabia Marchii Łużyckiej, a Piastowie nie raz i nie dwa aktywnie działali na rzecz przyłączenia  Łużyc, Milska, Miśni oraz części późniejszej Brandenburgii do swej domeny. Jeszcze w drugiej połowie XII w. polscy wojownicy uczestniczyli w obronie włości Jaksy z Kopanicy (dziś: dzielnica Berlina) przed Niemcami, a okoliczni chłopi płacili „podatki” zaodrzańskim książętom wielkopolskim. Mogła być to zatem jedna z wczesnych odsłon takiej rywalizacji. Idźmy jednak dalej.

Na czym polega znaczenie tryumfu z dnia 24 czerwca 972 r.? Sądzę, że ważkich aspektów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, w razie klęski wojsk mieszkowych, Sasi oraz ich pobratymcy wysyłaliby kolejne rejzy za Odrę, które mogłyby skutkować tym, iż zachodnie granice państwa pierwszych Piastów utrwaliłyby się gdzieś na Warcie, a tym samym robiące po II Wojnie Światowej karierę pojęcie „Ziemie Odzyskane” znaczyłby dziś zupełnie co innego. Po drugie, bitwa pod Cedynią stanowi niepodważalny dowód na to, iż Polacy to nie chłopcy jacy-tacy i od najdawniejszych czasów potrafili przyłożyć każdemu z sąsiadów; nawet tej rangi co Niemcy. Wreszcie, epizod cedyński jawi się jako doskonały materiał do budowania świadomej tożsamości współczesnego narodu polskiego. Niestety „leżący odłogiem”. A szkoda, bo w innych regionach Europy nawet bitwy z głębokiej przeszłości są celebrowane nie tylko przez rekonstruktorów, czy miłośników historii, lecz także przez rzesze zwykłych obywateli. Hastings w Anglii, Poitiers we Francji, Kulikowe Pole w Rosji… Ba! Do dziś – chyba – co roku Grecy hucznie świętują bitwę pod Maratonem, od której minęło ponad… dwa i pół tysiąca lat! Mamy co prawda Grunwald (de facto byliśmy wtedy ważnymi, ale jednak członkami szerokiej koalicji) i kilka innych wydarzeń związanych z polskimi wiktoriami, ale – o ile wiem – pola cedyńskie zarastają trawą. No i kolejna sprawa…

Jestem przekonany, że nasz hymn narodowy, czyli „Mazurek Dąbrowskiego”, bez przesady da się zaliczyć do najpiękniejszych pieśni tego rodzaju na całym świecie. Rytm, melodia, harmonia, tempo… Eleganckie. W połączeniu ze słowami potrafią wzruszyć, ale… Jest coś co mnie lekko uwiera w tekście „Mazurka…”. Tym czymś jest fraza: „dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy”. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego w jakich okolicznościach J. Wybicki stworzył swe wiekopomne dzieło. Wiem również, że walcząc u boku jednego z największych wojowników w dziejach, właściwie każdy mógł „zarazić” się jego autorytetem. To wszystko rozumiem. Sam pewnie poddałbym się urokowi wielkiego Korsykanina. Jednak czy nie byłoby sympatyczniej, gdyby w miejsce Bonapartego wstawić na przykład… Mieszka I? Dodam, że imię naszego pierwszego historycznego władcy pięknie by się w tę frazę wkomponowało. Kto nie wierzy, niechaj sam się przekona. Wystarczy zanucić. To półżartem, a na poważnie…

Nie sprawdzałem tego dokładnie, ale w ilu podobnych pieśniach narodów świata jako jedna z głównych i stanowiących wzór dla potomnych postaci występuje ktoś – jakby nie było – obcy? Może Bolivar w Ameryce Południowej? Trudno powiedzieć. Chyba kiedyś podrążę temat. W każdym razie podobnych odwołań do wielkich postaci, wydarzeń i procesów przeprowadza się w naszym kraju mnóstwo. Co więcej podaje się je społeczeństwu jako wzorcowe i godne naśladowania. Czynią tak na ogół ludzie cierpiący świadomie lub nie na kompleks zaścianka, którym rzekomo jest Polska. A przecież skarbnica naszych dokonań wcale nie jest mała i mamy z czego czerpać. Rzecz jasna nie we wszystkich dziedzinach, ale w bardzo, bardzo wielu. Na dziś kończę z nadzieją, że kiedyś pozbędziemy się absurdalnego syndromu „Irokezów Europy” oraz sięgniemy z ochotą i dumą po to co u nas dobre, wielkie, chwalebne, użyteczne, odkrywcze, prekursorskie i nietuzinkowe. Po to, abyśmy tymi skarbami napieścili sobie oczy i pokazali je światu.

Mieszko, dzięki!


-------------------------------------------

Obrazy wykorzystywane wyłącznie jako prawo cytatu w myśl art. 29. Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.




Lubię to! Skomentuj122 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura