93 obserwujących
649 notek
966k odsłon
  1674   8

Czy dobry Ukrainiec to martwy Ukrainiec?

Krewnych daje nam los. Przyjaciół wybieramy sami.
Mark Twain

image

Wahałem się. Sam bowiem już nie wiem: czy warto podnosić sprawy mocno drażliwe? Ryzyko, mieszanie w kotle, podniecanie emocji… No, ale gdyby mówić i pisać tylko o sprawach przyjemnych, to w trymiga można przemienić się w Elojów. To słabe, mdłe i groźne. Groźne, gdyż zawsze gdzieś tam czają się Morlokowie, gotowi korzystać z naiwności i infantylizmu potencjalnych ofiar. Nie godząc się na taki scenariusz postanowiłem odnieść się do licznych zarzutów pojawiających się w przestrzeni informacyjnej dotyczących naszego stosunku do nacji doświadczanej obecnie agresją Chanatu Moskiewskiego. A jest on zróżnicowany, bo chociaż znaczna większość moich rodaków wciąż uznaje, że pomoc Ukraińcom jest nie tylko chrześcijańskim obowiązkiem, lecz również postawa godną Polaka, to jakaś część moich współobywateli krytykuje takie podejście. Jedni czynią to w zgodzie z logiką oraz błędnie  - choć od serca – pojmowanym  interesem, inni na rympał. Przypuszczam, albo precyzyjniej, mam nadzieję, iż negatywny, czy też krytyczny stosunek do naszych południowo-wschodnich sąsiadów wynika po części z nieznajomości rzeczy. Oczywiście nie mam ochoty a nawet prawa, aby wybielać, czy tłumaczyć zbrodnicze i podłe poczynania ukraińskich szowinistów wobec naszych rodaków z okresu II Wojny Światowej (i nieco późniejszego), ale są sprawy i wydarzenia, które pozwalają spojrzeć na relacje polsko-ukraińskie z inne perspektywy oraz wyważyć funkcjonalne oceny. Jasne! Nie ma mowy o „miłości”. Zarówno my, jak i Ukraińcy mamy własne i w znacznej mierze odmienne cele a także oczekiwania, ale tak się składa, że w obecnej sytuacji winniśmy podążać jedną ścieżką. To, że stosunkowo niedawno żyli ludzie rozumiejący tę asercję, nie jest dla współczesnych oczywistym. Szkoda. Dlatego postanowiłem przypomnieć dwie postacie, które wciąż pozostają w cieniu (niestety), a dziś winny stać się symbolami. Dla nas i naszych umęczonych sąsiadów.

Odmiennie niż w naszym, czyli polskim przypadku, na początku XX w. świadomość tożsamości ukraińskiej była płytka i punktowa. Wprawdzie w Galicji (Małopolsce Wschodniej) na skutek rywalizacji z dobrze zorganizowanym i dynamicznym żywiołem polskim lud ruski w znacznej mierze dojrzał do wyartykułowania swej odmienności, lecz na pozostałych obszarach Podnieprza i okolic wciąż dominowali „tutejsi”. Rzecz jasna ta masa etnograficzna dostrzegała swą odmienność od Lachów, Kacapów i wszelkich innych nacji, ale na dobrą sprawę określenie „Ukrainiec” było pojęciem obcym i niezrozumiałym dla zwykłego mieszkańca Chersońszczyzny, Połtawszczyzny, czy też tzw. Ukrainy Słobodzkiej. Zdawały sobie z tego faktu sprawę dosłownie pojedyncze jednostki. Kilkadziesiąt (sic!) rodzin w Kijowie, ktoś tam na Krymie, kilku studentów w Charkowie… Taki stan rzeczy uległ jednak zmianie na skutek wydarzeń I Wojny Światowej oraz działań podejmowanych przez „zromantyzowanych” czytelników zakazanych w Imperium Rosyjskim ksiąg.

 Jednym z nich był Iwan Mytruś-Wyhowski. Rodowity kozak z Kubania, tj. krainy, która niegdyś była zamieszkana w większości przez nieuświadomionych Ukraińców, potem zapiekłych wrogów bolszewików, a dziś – niestety - stanowi jeden z rezerwuarów rosyjskich szowinistów, ucinających i nabijających na pale głowy żołnierzy Ukraińskich Sił Zbrojnych. Tenże człowiek już w wieku lat kilkunastu zrozumiał, że nie jest Rosjaninem i z tego powodu został w roku 1912 wyrzucony z carskiego Korpusu Kadetów. Gdy pojawiła się szansa na powstanie wolnej Ukrainy jako 23-latek bez zbędnej zwłoki zameldował się w dowództwie Armii Czynnej Ukraińskiej Republiki Ludowej. Jego droga bojowa była kręta i jednocześnie prosta. Nigdy nie zdradził idei Samostijnej co skutkowało tym, że jego szlak bojowy prowadził przez Kubań, Naddnieprze, Podole, Wołyń aż do Polski. Po zawarciu traktatu w Rydze pomiędzy Rzeczpospolitą a Sowietami został internowany,  a następnie wstąpił w szeregi Wojska Polskiego jako oficer kontraktowy. Prawdopodobnie słyszał na własne uszy słowa Marszałka skierowane do internowanych: „Ja Was panowie przepraszam, bardzo przepraszam”. Brał potem czynny udział w Wojnie Obronnej. Dostał się do niemieckiej niewoli. Gdy na początku 1940 r. Niemcy, planujący już wtedy wojnę z ZSRR, wypuścili go  (wraz z innymi oficerami pochodzenia ukraińskiego) na wolność nie związał się z OUN.  Nie uwierzył w zapewnienia nazistów, a do idei propagowanych przez Banderę miał stosunek więcej niż chłodny. Mytruś-Wyhowski wstąpił w szeregi… AK i objął dowództwo szwadronu w Pułku Ułanów Lubelskich. Podczas Akcji „Burza” dowodził akcją skutkującą zdobyciem niemieckich koszar w Mińsku Mazowieckim. Był to bardzo krwawy bój. Po tym wydarzeniu ślad wszelki po nim zaginął… Być może zginął. Być może…

Lubię to! Skomentuj66 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura