93 obserwujących
649 notek
966k odsłon
  966   4

Biskupin, Polacy i takie tam

Mit określa świadomość.
S.J. Lec

image

Znaczenie naukowe  wykopalisk biskupińskich polega  przede wszystkiem na tem, że po raz pierwszy w Polsce możemy tu poznać rozplanowanie całej osady przedhistorycznej i studiować dokładnie jej urządzenia obronne. Poza tem badania  w Biskupinie pozwoliły nam  sprostować mylne mniemania o stanie kultury naszych przodków wykazując, że już dwa i pół tysiąca lat temu żyli oni  z uprawy  roli a nie z myś1iwstwa czy bartnictwa. że już wówczas mieszkali nie  w szałasach, lecz w solidnych domach drewnianych. nie gorszych od wielu chat drewnianych we współczesnych wsiach wielkopolskich, nie mówiąc już  o chatach na  Polesiu. że  ubierali się nie w skóry zwierzęce, lecz  w tkaniny własnego wyrobu. Że byli doskonałymi budowniczymi  a szczególnie świetnie znali się na sztuce fortyfikacyjnej. Że  wreszcie mieli wyrobiony zmysł estetyczny i odczuwali nawet pewną potrzebę wykwintu w życiu.

Tymi słowy - w roku 1936 - prof. J. Kostrzewski zakończył swój artykuł (broszurę) pt. „Odkopany półwysep. Biskupin, zatopiony gród prasłowiański sprzed 2500 lat.”. Sam tytuł sugerował jednoznacznie, iż szacowny profesor uznawał (a za nim setki tysięcy i miliony Polaków), że nauczyciel z Pałuk, czyli Walenty Szwajcer, przypadkowo odkrył Świętego Graala, dzięki któremu udowodniono światu, iż Słowianie, a więc bezpośredni przodkowie Polaków, żyli w Odrowiślu od „zawsze”. Dziś wiemy, że to radykalna nadinterpretacja, żeby nie powiedzieć bajęda. Jednak… Jednak trudno dziwić się twórcom i wielbicielom takiej narracji, bo terminy były zaprawdę nieciekawe. Na przykład nasi zachodni sąsiedzi w latach 30. XX w., poddawani nazistowskiej obróbce, wznieśli się na wyżyny historyczno-politycznego bajdurzenia. Oczywiście w imię führera i tysiącletniej Rzeszy. Dla niezorientowanych przypomnę, iż nad Łabą i Renem w dobrym tonie były ówcześnie enuncjacje, iż przed epoką osadnictwa na prawie niemieckim, tj. gdzieś do przełomu XII/XIII stulecia naszej ery, ciemny słowiański lud z ziem polskich posługiwał się jeszcze powszechnie narzędziami… kamiennymi. Nie żartuję! Takie „odjazdy” mogą obecnie budzić jedynie zdumienie lub skłonić krytyczne umyły do popukania się w głowy, lecz tak to wtedy wyglądało.  W tym kontekście tezy prof. J. Kostrzewskiego można jakoś usprawiedliwić. No, ale było minęło. Nieuprzedzony badacz albo nawet pasjonat archeologii lub historii, doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że biskupińskie artefakty pochodzące sprzed ok. dwudziestu pięciu wieków nie mają nic wspólnego z naszymi przodkami. Nie, stop! Prawdę powiedziawszy nie do końca. Dlaczego? Ponieważ o ile reprezentanci tzw. kultury łużyckiej z pewnością nie posługiwali się językiem proto- lub prasłowiańskim i od etnosu, który taką mową się posługiwał dzieliły ich setki, jeśli nie tysiące kilometrów, to istnieje nikłe prawdopodobieństwo, że w sensie populacyjnym jakaś kropla krwi mieszkańców starożytnego grodu na półwyspie Jeziora Biskupińskiego wciąż krąży w żyłach Polaków. Szanse na taki scenariusz są mniej niż nikłe, lecz – moim zdaniem – znacznie większe od towarzyszących hipotezie, iż z nieożywionych pierwiastków przez przypadek powstało życie na planecie Ziemia.

image

Wspominam o tym, ponieważ kolejny już raz wybrałem się na Festyn Archeologiczny do podżnińskiego Biskupina. Jak zwykle - bajeczka! I nawet lipna pogoda mocno nie przeszkadzała. Po prostu lubię te klimaty i gdy przechadzam się wśród resztek wytworów ludzi sprzed tysięcy lat czuję się jakoś inaczej, niecodziennie, rześko. Przy okazji nachodzą mnie różne, niekiedy odjechane, myśli. Tym razem wystające z ziemi  omszałe pale i wszechobecny zapach przeszłości natchnęły mnie do zadania sobie pytania o to: kim jesteśmy? My, Polacy. Czy rację mają ci, którzy do krwi ostatniej bronić chcą twierdzenia, iż istnieje jakaś mityczna rasa polska i każdy kto nie jawi się jako wyznawca zermatyzmu albo nie potrafi wywieść swej genealogii z okresu panowania Lecha II Chytrego lub Lecha III Ariowita (hłe, hłe, hłe) to Wasserpolak lub wraży obcy? A może ci, dla których historyczny konstrukt określany jako naród polski, to archaizm i mentalna bzdura, bo de facto nigdy nie istniał?  Z tą drugą „hipotezą” nie warto dyskutować. Ba! Szkoda nawet zaprzątać sobie nią głowę. Natomiast pierwsza dla niektórych może wydawać się uzasadnioną i z tej przyczyny należy poświęcić jej kilka zdań. Aby zobrazować własny punkt widzenia (oczywiście nie tylko mój!) pozwolę sobie na nietypowe, jednakże obrazowe uzasadnienie.

image

Otwieram pracę prof. W. Taszyckiego, pod tytułem „Najdawniejsze polskie imiona osobowe”. Wertuję, czytam, chłonę. Żywa, szczera, niepodrabiana Słowiańszczyzna. Blizuta, Bogdan, Częstoch, Dobek, Dułopłoz, Kobyłka, Milaczek, Parzech, Radąta, Sądomir, Smardzek, Tągomir, Uniemysł… Imiona chłopów, a także czasami rycerzy, niepodważalnie słowiańskie. Ba! Przywołane przykłady to jedynie wprawka, bo prawdziwy hardcore jeszcze przed nami. Trup, Przezdziad, Nieustęp, Dobrowieść, Żyznawa, Miłochat, Oźrzan, Męt, Sinoch, Cirzpisz, Ołtarzyk, Rybień, Golec, Skowrocniec, Wilczęta, Żyznawa, Zad, Żyła, Czoło, Broda… To wszystko nazwy osobowe Słowian żyjących w sercu ziem polskich w pierwszej połowie XII w. Tak zostały zapisane przez papieskich urzędników sporządzających w roku 1136 „piotrową” bullę. Z czasem przydomki oraz imiona słowiańskie ustąpiły miejsca imionom chrześcijańskim, a dawne miana przeistoczyły się w nazwiska. Jakie? Dla chłopów wciąż na pierwszym planie pozostawały te w rodzaju Ogórek, Górka, Warga, Słaby, Udały, Wąs, Krzywy itp. Natomiast rycerstwo, przeistoczone z czasem w szlachtę, aspirowało do odróżniania się od oraczy i brało nazwiska odmiejscowe. Stąd też wszelcy Zamoyscy, Działyńscy, Garlińscy, Kobielińscy czy Sułowieccy. Od osady Zamość, Działów, Garlew, Kobielew i Sułów. Ale to nie wszystko. Rzeczą powszechnie znaną jest to, iż w polskim nazewnictwie osobowym istotne miejsca zajmują nazwiska, których po dogłębnej analizie nie da się wywieść z naszej pszenno-buraczanej wspólnoty prasłowiańskiej. Dowód? Proszę!  Tatar, Prus, Rusin, Czech, Litwin, Niemiec. Najpewniej przodkowie tych Polaków wywodzili się odpowiednio z rodu tatarskiego, pruskiego, rusińskiego, czeskiego, litewskiego i niemieckiego. Dodatkowo niepoślednie miejsce w książkach telefonicznych zajmują takie nazwiska jak: Sulzbach, Biderman, Manteuffel, Rómmel, Stockinger, Bem, Unrug… A zaraz za nimi: Chopin, Baudouin de Courtenay, Dubois, Patalon, Papée… Lenczyk, Pużak, Kozak, Maleńczuk… Co więcej, konie z rzędem temu, kto potrafi wskazać pochodzenie etniczne przodków ludzi noszących dziś nazwiska w stylu: Mętus, Motyka, Pszczółka, Sojka, Koza, Jakubowicz, Kaliszer, Warszawski… Tak, osoby mające zapisane w dowodach takie miana, to w znacznym stopniu (nie wyłącznie) potomkowie zasymilowanych… Żydów. Pominę wiele innych przykładów dotyczących wtopionych w polskość Rumunów, Czechów, Szwedów, Szkotów, Białorusinów, Rosjan, Duńczyków, Słowaków, Węgrów, Włochów, Bułgarów, Łotyszy, Anglików, Greków, Afrykańczyków, Azjatów. Wszyscy oni znaleźli kiedyś nad Wisłą miejsce do nowego życia. Uciekli przed opresją, szukali możliwości rozwoju, przebyli setki kilometrów za miłością. Tak już jest. I dopowiem, że nasza nacja składa się z wyjątkowo wielu składników. Tacy Szwedzi, Irlandczycy, Portugalczycy, Finowie czy Grecy mogą nam tylko pozazdrościć genetycznej różnorodności. W ciągu wielu wieków osiedlali się na naszych ziemiach bardzo różni ludzie. Najeźdźcy, migranci ekonomiczni i polityczni, zaciężni żołnierze, kupcy, jeńcy, naukowcy szukający wolności dociekań, osadnicy chłopscy, mieszczanie, szlachta itd. Wszystkich jednoczyła zgoda na akceptowanie polskich porządków. Kulturowych, politycznych, obyczajowych. Genius loci tryumfował.

image

Patrzę dziś na moje otoczenie i wcale nie żałuję, iż Pani Historia zafundowała nam taki scenariusz. Po pierwsze dlatego, że wspomniana różnorodność kulturowo-biologiczna z pewnością przyczyniła się do powstania naszej wyjątkowej w skali świata (tak, tak!) tolerancji. Po drugie, etniczny misz-masz dał Polsce siłę wewnętrzną i dynamikę, z którą nie mogą się równać taplające się we własnym sosie społeczności takich krajów jak Islandia, Portugalia czy Norwegia. No i wreszcie, dzięki mieszaninie genów pojawiły się na świecie Polki. Najpiękniejsze kobiety świata. Wiem co piszę, bo bywałem tu i tam.

Kończąc zwracam się z apelem do wszystkich tych, którzy negują oczywistość, że nasz naród łączy przede wszystkim poszanowanie dla polskich idei, wartości i szeroko pojętej polskiej kultury. W tym mikrokosmosie jest zatem miejsce zarówno dla W. Witosa, J. Piłsudskiego, W. Korfantego, R. Dmowskiego jak i  I. Daszyńskiego. Ale to nie wszystko, bo polska wspólnota to Ojczyzna także dla mającego korzenie nigeryjskie Izuaghbe Ugonoha jak i dla mnie, potomka Polaków, Kaszubów i Niemców. Krew ma tu tylko podrzędne znaczenie. Kto nie wierzy niech wsłucha się w słowa i oceni czyny  tych, w których żyłach płynie 100% polskiej i słowiańskiej krwi, ale bezapelacyjnie polskość mają za nic. Gardzą tradycją, obyczajem, przyzwoitością. Zwyczajnie i po prostu sprzedają się obcym. Stuprocentowi „Polacy”.  Czyż mądremu trzeba mówić więcej? Wszak jesteśmy dziećmi jednej matki - Polski.
 
------------------------------------

Fotografie własne.


Lubię to! Skomentuj56 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura