44 obserwujących
296 notek
322k odsłony
599 odsłon

O rozbijaniu krzyżackiej zawieruchy albo wie man „Malbork” schlägt?

Wykop Skomentuj13

Musicie bowiem wiedzieć, że dwa są sposoby prowadzenia walki (…) trzeba przeto być lisem (…) i lwem.
Niccolo Machiavelli

image

Siedzi we mnie jakiś taki niespokojny duch. Zwykle jest uśpiony, ale nieraz ni stąd ni zowąd budzi się skubany i ciągnie mnie w świat. Tak stało się w zeszły weekend. Zamiast poświęcić się ogarnianiem najbliższej przestrzeni, kolegowaniu się z przyjemną aurą i konsumpcją jakiegoś filmidła, wsiadłem w auto i ruszyłem na północ. Tym razem szlakiem gotyckich zamków. Wprawdzie udało mi się odwiedzić jedynie dwa z nich, ale nie żałuję. A to z tej przyczyny, że prócz doznań  turystyczno-estetycznych i przefiltrowania płuc zdrowym pomezańskim powietrzem, poukładałem sobie w głowie pewną sprawę. O niej właśnie pragnę skreślić kilka zdań.

Zwykle nie pamiętamy o tym, że nim krzyżacka zawierucha rozpadła się w proch i pył, stoczyliśmy z Panami w Prusach osiem, niezwykle zaciętych i krwawych wojen. Prawdę powiedziawszy jedynym przeciwnikiem, z którym mieliśmy więcej konfliktów to Rosja. I to też jest stwierdzenie nieco naciągane, bo kilkukrotnie jedynie delikatnie wspomagaliśmy Litwinów wojujących z Moskwą. No dobrze. Istota sprawy polega na tym, iż przez długi czas tylko ze strony Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego groziło nam prawdziwie piekielne niebezpieczeństwo. Otóż, zmagania z bliższymi i dalszymi sąsiadami osłabiały nas, upuszczały nam krwi i pozbawiały majątku. Raz oni nas, raz my ich. Celem zmagań nie było jednak wymazanie Polski z mapy naszego kontynentu. Gdy pojawili się rycerze z krzyżem na płaszczach, sprawy przybrały zupełnie inny obrót. To właśnie w Malborku powstały pierwsze plany rozbioru Polski i z jego inicjatywy idea ta krążyła wciąż po Europie, aż po schyłek XVIII w. Mówiąc krótko: braciszkowie znad Nogatu od samego początku myśleli w kategoriach strategicznych i dalekosiężnych. Nie czas aby wchodzić w szczegóły, jednakże warto nadmienić, że mieli podstawy by oczyma wyobraźni widzieć sztandar Zakonu powiewający dumnie nad Wawelem.

Dziś jeszcze efekty przemyślności, pracy i bogactwa Zakonu wprawiają w zdumienie. Taki zamek w Malborku przewyższa wszystko co dawni średniowieczni budowlańcy pozostawili po sobie; od Atlantyku po Wołgę. Podobnych, choć nie tak imponujących, cudów inżynierii w państwie zakonnym znajdowało się kilkadziesiąt. To co pozostało, wystarczy aby pojąć jak trudnym przeciwnikiem dla każdego był ten twór państwowy. Dodajmy do tego koneksje na dworach królów i książąt oraz pełen srebra skarbiec. Naprawdę żartów z nimi nie było! Jak zatem doszło do tego, iż świetnie zorganizowane, zamożne, stosunkowo ludne i uzbrojone po zęby państwo przegrało w starciu z „pszenno-buraczaną” populacją nadwiślańską? Przyczyn zapewne było wiele, ale o trzech najważniejszych trzeba bezwzględnie powiedzieć.

Początkowo w szeregi Krzyżaków wstępowała cała masa ludzi ideowych. Dla nas większość motywacji powodujących rycerzykami z Nadrenii, Turyngii czy Saksonii, może wydawać się obecnie nieco dziwną, lecz takie to były czasy. Ochotnicy musieli spełniać surowe kryteria i być gotowi do najwyższych poświęceń. Ciekawy sposób wzmacniania ducha obrał np. komtur królewiecki Bertold Bruhaven (1289-1302), który przez rok poprzedzający wstąpienie do Zakonu spał  w jednym łożu z piękną dziewczyną – i jak zaznaczył kronikarz – „nawet jej nie tykał”. Inny, dostawszy się w niewolę litewską, nie wydał nawet jednego dźwięku kiedy rozradowani poganie za pomocą ognia i solidnych polan składali go w ofierze swoim bożkom. Lancelot czy Galahad to przy nich trampkarze. Jeśli tacy zawodnicy pojawiali się nad dolną Wisłą, to nie dziwi, że zakuty w żelazo osobnik z czarnym krzyżem na szatach, wzbudzał przerażanie nawet liczniejszych przeciwników. No, ale jak to w życiu bywa, ascetyczni mnisi z biegiem lat przemienili się w wzorcowych sybarytów. Dochodziło do tego, że na msze święte, w których uczestnictwo było kardynalnym obowiązkiem, braciszkowie wysyłali… zastępców. Krótko mówiąc: zakon zamienił się w zamtuz.

Prócz tego, by zaspokajać coraz to większe i coraz to bardziej wyrafinowane potrzeby, Krzyżacy przyduszali poddanych mocniej, mocniej i mocniej. Kosztowne szaty, włoskie wina, „dziewczynki” i całe zastępy nieślubnych dzieci wymagały już nie morza lecz oceanu brzęczącej monety. A tej jak wiadomo – zawsze mało. Sięgano zatem po nadzwyczajne podatki, kontrybucje i łapówki. To wszak niezbyt podobało się  mieszkańcom Państwa Zakonnego. Niezadowolenie narastało i to bez względu na to czy doświadczana opresją rodzina mówiła po polsku, niemiecku czy prusku. W końcu nerwy napięte niczym postronki nie wytrzymały i prawie cały lud miast oraz wsi w roku 1454 podniósł oręż przeciw swym panom, a o pomoc poprosił władcę z Krakowa.  Szkopuł w tym, że braciszkowie siedzieli w silnie ufortyfikowanych zamkach i gotowi byli uszczuplić poważnie zasoby pieniężne byle tylko nie dać się wysadzić z siodła.

Wykop Skomentuj13
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura