24 obserwujących
451 notek
390k odsłon
  1518   0

Żegnaj, moja sanitariuszko

Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska. fot. Bogna Janke
Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska. fot. Bogna Janke

Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska, sanitariuszka z Powstania Warszawskiego, zmarła 7 lipca 2016 roku. Kilka lat temu zeszłyśmy razem do schronu, w którym przeżyła bombardowanie. Była tam pierwszy raz po 68 latach.

Spotkałyśmy się pięć lat temu, gdy szukałam informacji o powstańczych szpitalach, a szczególnie jednym - przy ulicy Emiliana Konopczyńskiego w Warszawie. W czasie Powstania pani Jadwiga pracowała w nim jako sanitariuszka. Razem z koleżanką z Muzeum Postania Warszawskiego pojechałyśmy do pani Jadwigi, aby nagrać jej wspomnienia dla Archiwum Historii Mówionej. Miałyśmy ze sobą archiwalne zdjęcie sanitariuszki stojącej na balkonie kamienicy, w której mieścił się ów szpital.

Pani Jadwiga wpuściła nas do mieszkania, ale na początku była nieufna, głównie z powodu kamery. Gdy zaczęłyśmy rozmawiać, zapomniała o niej. Wróciła myślami do Powstania. Opowiadała, dlaczego i jak została sanitariuszką, o szpitalu, lekarzach, pacjentach, warunkach, w jakich pracowała. Z szuflady wyjęła pamiątki, które ocalały: opaskę z krzyżem, którą nosiła na ramieniu, zdjęcia.

Sanitariuszka na zdjęciu ze zbiorów MPW, które miałyśmy ze sobą, nie była dotąd zidentyfikowana. Gdy pani Jadwiga pokazała nam swoje zdjęcie z okresu okupacji, dostrzegłam duże podobieństwo obu twarzy. Porównanie kilku fotografii potwierdziło moje spostrzeżenie: pani Jadwiga była sanitariuszką sfotografowaną we wrześniu 1944 roku na balkonie kamienicy na ul. Konopczyńskiego 3 przez Zygmunta Sowińskiego ps. "Ostoja".

Matka Boska z Powstania

W trakcie naszej długiej, kilkugodzinnej rozmowy, przerywanej herbatą, jedzeniem, telefonami i wspomnieniami (nie tylko z Powstania), pani Jadwiga sięgnęła po medalik, który nosiła pod bluzką. Pokazała mały, zniszczony medalik z wizerunkiem Matki Boskiej. Powiedziała, że znalazła go w sierpniu 1944 roku na podłodze schronu na Konopczyńskiego, gdzie przeniesiono szpital w czasie bombardowania. Od tamtej pory nosiła go już zawsze przy sobie. W kolejne rocznice Powstania na Powązkach wyjmowała go na wierzch ubrania, licząc, że może ktoś go rozpozna.

Przedwojenny schron

Kilka tygodni później odwiedziłam panią Jadwigę ponownie. Przywiozłam zdjęcia, wypiłyśmy herbatę. Była bardzo samodzielna, zaradna, ale bardzo potrzebowała rozmowy, obecności drugiej osoby. Spędziłyśmy razem jeszcze jeden wspólny dzień. Wspaniały, radosny. Rano zabrałam ją samochodem z jej mieszkania na Ochocie na Powiśle, na ulicę Konopczyńskiego i zaprowadziłam do schronu pod kamienicą 5/7, w którym w 1944 roku pracowała w szpitalu powstańczym. Dzień był słoneczny, a ona była w dobrej formie. Do schronu zeszła pierwszy raz po 68 latach.

Mimo jej oporów, na koniec udało mi się namówić ją na krótkie nagranie dla jednej z telewizji. Pani Jadwiga, jak przystało na prawdziwą damę, miała w torebce puder do twarzy, który okazał się przy upalnej pogodzie niezbędny. Śmiałyśmy się serdecznie, gdy w ciemnym schronie pudrowałam nam obu twarze.

Szpital na Kopernika i grupa Krybar

Pani Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska urodziła się w 1924 roku. Była sanitariuszką formacji "Gustaw-Harnaś" należącej do Grupy Bojowej "Krybar". W pierwszym dniu Powstania zgłosiła się do szpitala dziecięcego przy ulicy Kopernika, gdzie wcześniej uczestniczyła w kursie dla sanitariuszek. Po kilku dniach szpital polowy zorganizowano nieopodal, przy ulicy Konopczyńskiego 3. Tam Jadwiga Kozłowska pracowała do 6 września 1944 roku, czyli do ewakuacji.

Jak wspominała, praca w szpitalu była bardzo ciężka, ale nikt wtedy nie myślał o zmęczeniu i odpoczynku. Obowiązek pracy i pomagania był naturalny. Tłumaczyła, że tak została wychowana, zarówno w domu rodzinnym, jak i w szkole.

Ranny Niemiec i dr Żegliński

Fragment wspomnień pani Jadwigi: "Był ranny również jeden Niemiec, więc oczywiście wzięłyśmy go do szpitala. Dostał taką samą pomoc, jaką dostałby Polak. Był dopóki nie weszli Niemcy do szpitala. Zresztą, kto wie, czy ten fakt nas nie uratował, bo Niemiec był traktowany tak, jakby to był Polak, jeśli chodzi o jego rany, jego ręce, jeszcze wtedy mieliśmy gips, więc ręce były w gipsie i leżał razem z naszymi i traktowało go się zupełnie normalnie. Po prostu był to człowiek, który potrzebował naszej pomocy.

Dyrektor Żegliński, który moim zdaniem, to chyba największy bohater Powstania, świetnie mówiący po niemiecku. Jak Niemcy weszli, powiedzieli, że tutaj nie ma prawa leżeć żaden cywil, żaden ranny, bo to jest szpital dla dzieci. Doktor Żegliński powiedział wtedy: Ale tu jest jeden wasz kolega. Od razu kazali przynieść nosze, swojego rannego zabrali i jeszcze doktor Żegliński usłyszał, jak ranny Niemiec mówi do swoich kolegów: Nie róbcie im krzywdy, to dobrzy ludzie.(...) Wyszli, ale powiedzieli nam, że przyjdą jutro i że jeżeli znajdą chociaż jednego rannego cywila, że tu mogą być tylko i wyłącznie dzieci, to wtedy zginiemy wszyscy, i dzieci, i ci ranni, i cały personel. I poszli".

Ściana, przy której miała zginąć

Gdy w tamto lipcowe popołudnie 2012 roku wyszłyśmy ze schronu przed kamienicę na placyk przy ulicy Konopczyńskiego, pani Jadwiga spojrzała na budynek naprzeciwko i przypomniała sobie coś jeszcze. - Pod tym murem miałam zginąć. Kiedyś zatrzymali nas Niemcy i ustawili pod ścianą. Mieli już strzelać, ale tego, który miał to zrobić ktoś zawołał i on odszedł. Uciekliśmy - powiedziała. Pani Jadwiga patrzyła z lekkim uśmiechem na ścianę, przy której miała zginąć. Świeciło słońce. Zerwał się wiatr i tak pięknie rozwiał jej siwe włosy.

 

 

Zobacz galerię zdjęć:

Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska na zdjęciu z 1944 r. i w lipcu 2012 r. fot. Bogna Janke
Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska na zdjęciu z 1944 r. i w lipcu 2012 r. fot. Bogna Janke Powstańcza opaska Jadwigi Skrzydłowskiej-Kozłowskiej. fot. Bogna Janke Medalik, który Jadwiga Skrzydłowska-Kozłowska znalazła na podłodze schronu przy ul. Konopczyńskiego. fot. Bogna Janke
Lubię to! Skomentuj27 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura