Kiedy jest się grubasem?
To zasadnicze pytanie – także, a może szczególnie, dla mnie, bo jestem w „wieku apetytu”, jak to kiedyś określił Pietrzak.
Zatem – czy jestem grubasem, czy tylko dobrze odżywionym mężczyzną (?) w wieku statecznym?
Tu od razu zaznaczę, że kwestie tyczące płci mi odmiennej – wychodzą poza granice zainteresowania; tę kwestię można rozpatrywać tylko w kategoriach „kochanego ciałka nigdy nie jest za dużo” z refleksją, „czy na pewno chciałem aż tyle?”.
Zastanawiając się nad problemem od strony medycznej należy zauważyć, że acz wraz ze wzrostem wagi poprawia się humor i wzmaga błogie spojrzenie na świat (wystarczy popatrzeć na rzeźby, czy obrazy przedstawiające Buddę), to jednak serduszko jest mocniej obciążone, a i wszelkie stawy pracują w trudniejszych warunkach.
Ponieważ ostatnio definiuję sobie różne opisy to - przyszła kolej na tę, jakże istotną dla męskiej dumy, sprawę.
Otóż za mężczyznę szczupłego może uchodzić ten kto rano w łazience widzi swego siusiaka przy pochyleniu samej głowy. Czyli bez zgięcia tułowia.
Jeśli musimy do tego wciągnąć brzuch - znaczy, że mamy już nadwagę. Stadium zależy od wysiłku jaki wkładamy w ten proces.
Kiedy jednak jedyną możliwością stwierdzenia, że jeszcze pretendujemy do roli mężczyzny jest konieczność spojrzenia w lustro – to oznacza, że przekroczony został stan alarmowy. Trzeba zaznaczyć, że jest to stadium wygodne gdyż zazwyczaj można opierać ręce na brzuchu, co jest przydatne przy zamyśleniach kontemplacyjnych.
Zwalczanie i przeciwdziałanie procesowi nabierana wagi jest trudne i może być porównywane jedynie z porzucaniem palenia, czy podobnej używki. Chyba nawet trudniejsze, bo palenie można rzucić i nie wraca się do tematu (mam to za sobą), gdy jedzenia nie da się całkiem odrzucić, a jest ono jak ogień: im więcej je, tym bardziej jest głodny.
Ostatnio zauważyłem u siebie oznaki trzeciego stadium. No, żadne próby wciągania brzucha, a nawet lekkie pochylanie (w zakresie prawa do oszukiwania samego siebie) nie dawały rezultatu.
Wcześniej stosowałem metody radykalne – np. nawet tygodniowe odchudzanie.
Nie dało to rezultatu. Lepsze efekty przynosiły wyjazdy w góry – zazwyczaj wraca się co prawda z tą samą wagą, ale sadełko jest lepszego gatunku i mniej „wystaje”.
Niestety, wraz z wiekiem i możliwości wyjazdów, ale też i parcie ku nim, uległo zmniejszeniu.
Pozostała ostatnia możliwość (bo w medycynę nie wierzę – a przy tym na pewno jest szkodliwa) – metoda NŻT.
NIE ŻRYJ TYLE.
Uciążliwy proces. Postanowiłem jadać tylko jeden posiłek dziennie do czasu osiągnięcia szczupłej sylwetki. Początkowo sojusznikiem była żona, ale ostatnio co i rusz przeprowadza demonstracyjne wystawy żywności śniadaniowej. Co i rusz pyta, czy nie jestem głodny itp. Bardzo to mnie deprymuje. Przecież dobry kogut nie jest tłusty.
Jednak staram się być konsekwentny. Chyba zauważyłem objawy sukcesu – udało mi się założyć spodnie, których nie nosiłem od 10 lat a zachowałem tylko z powodów sentymentalnych. Powiem więcej – osiągnąłem „drugi stan grubości” i to przy niezbyt silnym wciąganiu brzucha.
Dla wyjaśnienia dodam, że proces zmniejszania wagi trwa u mnie 2,5 tygodnia i pewnie potrzeba jeszcze kilku dni. Potem stan stabilizacyjny.
Wyraźnie lepsza wydolność organizmu. Może się wybiorę nawet na narty. Kto wie.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)