Krzysztof J. Wojtas Krzysztof J. Wojtas
70
BLOG

Chiny (10)

Krzysztof J. Wojtas Krzysztof J. Wojtas Kultura Obserwuj notkę 3
 

            Po dotarciu do Golmudu (Geermu) ulokowaliśmy się w najbliższym, a przyzwoitym hotelu. Z Walerym obeszliśmy jeszcze okoliczne restauracje i sprawdziliśmy autobusy jadące do Dunhuanu; są dwa dziennie, sypialne, odjeżdżają o 9 rano i 6 wieczór.

Dworzec kolejowy w Golmudzie

            Rano skoro świt na dworzec po bilety. A tu niespodzianka – na przejazd do Dunhuanu trzeba mieć pozwolenie. Bez niego nie sprzedadzą biletów, a zresztą na poranny autobus już i tak nie ma miejsc.

       Trzeba na policję itd. Gdzie tam. My? Po pozwolenie?

       Do najbliższej taksówki z zapytaniem, czy nie zawiezie nas do Dunhuanu. Ręce trochę bolały, ale jakoś chyba się dogadaliśmy. Cena biletu autobusowego ok. 80 Yn. Nas troje, jedziemy za 500 Yn. Może być.

         Umawiamy się za godzinę, bo to przed śniadaniem, a i spakować się trzeba. Startujemy. Naszym kierowcą jest kobieta. Zawozi nas przed jakiś budynek i coś tłumaczy. Machamy rękami i mówimy, że my do Dunhuanu. Wiezie nas gdzieś dalej. Okazuje się, że to do jakichś znajomych. Tam musimy dokonać ponownie negocjacji – tu cena jest stała i wynosi 800 Yn. Godzimy się.  Kierowca trochę zwleka, w końcu ruszamy. Przy wyjeździe z miasta mija nas samochód policyjny. Kierowca gwałtownie zawraca i na dużym gazie wywozi nas na przedmieścia. Próbuje wjechać na podwórko i w tym momencie dojeżdża taksówką policjant, który po awanturze, z użyciem bezpośrednich środków przymusu, zabiera kluczyki. Dojeżdża cała duża grupa policjantów. Wielka afera.

        Stoimy z boku, nic nie rozumiemy, i zastanawiamy się, co będzie z nami. Czy nas też potraktują odpowiednio za próbę przejazdu bez pozwolenia. Udajemy naiwnych. A tu konfiskata samochodu i aresztowanie – właściciel nie miał uprawnień na przewóz obcokrajowców. Przyjeżdża tłumaczka. Wyjaśniam, że my nic nie wiedzieliśmy itd. No i żądam żeby nas odwieźli do miasta. Bo to ze 20 km.  Pytam czy mogę porobić zdjęcia. Początkowo zgoda, ale później każą wymazać zapis. Szkoda. No, ale godzą się nas odwieźć do centrum, pod jakieś biuro turystyczne.

        Cena za przejazd 3000Yn. Rezygnujemy.

        Jedziemy załatwiać pozwolenia. Okazuje się, że to budynek, gdzie zawoziła nas taxi-women. I pewnie wszystko poszłoby normalnie. Jestem przekonany, że naszego niedoszłego przewoźnika ktoś zadenuncjował.

Do pozwolenia potrzebne jeszcze zdjęcie; jeździmy do centrum. W międzyczasie 2 godz. sjesta. Cena 50 Yn. Urzędnik zna chyba z 6 języków. Poza angielskim, francuski, niemiecki i jakieś miejscowe. Pytam o pozwolenie na Tybet. W innym urzędzie i kosztuje ok. 1500 Yn (ale ten urzędnik nie wie tego dokładnie – tu znowu ujawnia się lokalna mentalność; wiedzą tylko to, co ich dotyczy). A jadąc z Pekinu, czy innych wschodnich prowincji nie płaci się za pozwolenie. Co prowincja to inne prawa.

            Pozwolenie na przejazd do Dunhuanu wynika prawdopodobnie stąd, że jedzie się obrzeżem pustyni Lop Nur, gdzie dokonywane są chińskie próby nuklearne. Już jadąc autobusem, w rejonie, gdzie  „tybetańska” linia kolejowa skręca na wschód, można zauważyć dużą stację kolejową z halami magazynowymi.  Lop Nur leży na zachód od tego miejsca.

            Wracamy do dworca autobusowego. No i miejsc na wieczorny autobus już nie ma. Rosjanie zamierzają jechać bezpośrednio do Urumczi skąd mają samolot do Moskwy. Jakoś wywalczam jedno miejsce. Rozstajemy się.

            W autobusie płacę z nadwyżką bezpośrednio kierowcy i dostaję jego „rezerwę” – z przodu i na dole. Kiedy zaczynam się tam mościć jakaś starsza Chinka próbuje mnie wyrzucić. Rozumiem, że uważa, że najlepsze miejsce należy się jej. Dopiero interwencja kierowcy ustala hierarchię. To taka uwaga – Chińczycy są „lepsi” i tylko tolerują barbarzyńców spoza Państwa Środka.

 

            Przy wyjeździe z miasta są jeszcze nawadniane tereny rolnicze. Stoją mendle na polach (8 września), chłopi dokonują oddzielania ziarna od plew przez podrzucanie zboża. I szybko teren zamienia się w pustynię. Droga dobra. Zmierzcha w rejonie opisywanej stacji kolejowej. Już  po ciemku zatrzymujemy się w jakiejś miejscowości na posiłek. Typowe chińskie blokowisko.

            W nocy budzę się kiedy przejeżdżamy przez  przełęcz. Wygląda na to, że leżał tam śnieg. Możliwe. Pytałem o to Rosjan, którzy jechali tam za dnia, ale nie raczyli odpowiedzieć.

            Do Dunhuanu dotarliśmy o 6 rano. Było jeszcze ciemno. Przeczekałem na dworcu. I zdecydowałem od razu nabyć bilet do Jiayunguanu  na popołudnie.

 W pomieszczeniu tuż przy dworcu jest biuro turystyczne organizujące przejazd do kompleksu jaskini buddyjskich Magao. Cała wyprawa, razem ze zwiedzaniem trwa ok. 5 godzin. Cena  10 Yn za dojazd; wejście + przewodnik z językiem angielskim – 180 Yn.

            Jaskinie Mogao zaczęły powstawać w IV w. Ostatnie zostały wykute około tysiąca lat później. Początek związany jest z buddyjskim mnichem Lo-Tsun, który na zboczu góry dojrzał obraz przypominający figurę Buddy. W sumie jaskiń jest blisko 500, ale zwiedzać można tylko kilkadziesiąt, a w czasie standardowej, 4 godzinnej wycieczki udaje się zobaczyć około dziesięciu.

Jaskinie nie były używane przez blisko 500 lat. Ponownie zostały odkryte na początku XX w. I bardzo szybko pojawili się europejscy „badacze”, którzy za niewielkie pieniądze wykupili znajdujące się tam  zwoje zawierające teksty dotyczące podstawowych zasad takich religii jak taoizm, konfucjanizm, buddyzm i manicheizm. Obecnie zwoje te znajdują się w muzeach europejskich (Anglia, Francja, Niemcy). Może to i dobrze, gdyż w czasie rewolucji stacjonował tam oddział białogwardzistów (internowanie?); ślady ognisk są jeszcze pokazywane przez przewodników.

Mogeo.
Mogeo
Mogeo. Obudowa największego posągu.

 Same jaskinie zawierają szereg barwnych malowideł, także tantrycznych, oraz figury Buddy. Czas był łaskawy z uwagi na specyfikę pustynnego klimatu. Największa, blisko trzydziestometrowa, przedstawia Buddę Maitreję, czyli Buddę przyszłości. Jest przedstawiany w pozycji siedzącej, z prawą ręką opartą na kolanie, z otwartą dłonią skierowaną na widzą – jest to gest ofiarowania. Lewa ręka jest podniesiona w geście ochrony. Postać Buddy Maitrei jest bardzo często przedstawiana także w Tybecie. Są niewielkie różnice; w Tybecie gesty ofiarowania i ochrony mają dodatkowe wsparcie przez ułożenie palców. Niestety, ani mnisi w Tybecie, ani przewodniczka w Mogeo nie umieli mi wyjaśnić tych niuansów. W zależności od lokalnych uzależnień przedstawiana jest twarz Buddy; tu miała rysy wschodnie. Warto też zwrócić uwagę na małżowiny uszne. Zwykle są znacznie większe niż normalnie. Często przekłute i w otworze bywa ozdoba. Niekiedy sięgają bez mała ramion. Ten element występuje w odniesieniu figur z pewnego okresu czasu. (Nie występuje zawsze).

Interesujące, że podobne zwyczaje mieli Inkowie.

Zakończenie zwiedzania to lokalne muzeum, gdzie najwięcej eksponatów związanych jest z Jedwabnym Szlakiem. Interesujące są pisma  wystawiane jako przewodnie dla karawan; zachowały się w językach ujgurskim, chińskim, sanskrycie (lub pali) i ... hebrajskim.
Koryto rzeki. Mogeo. Zamglenie to kurz pustyni.

Mogeo.

        Po powrocie do Dunhuanu  zostało mi trochę czasu aby coś zjeść i przejść się po głównych ulicach miasta. (Po różnych wcześniejszych doświadczeniach, przy „zdobywaniu” jedzenia stosuję zasadę – wchodzę do danej restauracji i albo zamawiam pokazując zawartość miski innego konsumenta, albo, jeśli takich brak, idę na zaplecze i przeglądam gary. To zwykle bary jedno- dwudaniowe. Jak odpowiada - zamawiam. Jak nie idę szukać szczęścia w innym miejscu).

 

 Patronem miasta jest tancerka, której rzeźba umieszczono na środku skrzyżowania głównych ulic.

 Autobusem razem ze mną jechała grupa turystów francuskich; nie nawiązaliśmy kontaktu, ale spotkaliśmy się jeszcze w Jiayunguanie. Do tej miejscowości dotarliśmy już o zmierzchu, po blisko pięciogodzinnej podróży. Przy przejeździe przez jakieś miasto zauważyłem budynek kościoła. Droga częściowo po niedawno oddanych do użytku autostradach.

Jiayunguan. Widok z drogi dojazdowej na fort.

Ale o tym już w następnym wpisie.

członek SKPB, instruktor PZN, sternik jachtowy. 3 dzieci - dorośli. "Zaliczyłem" samotnie wycieczkę przez Kazachstan, Kirgizję, Chiny (prowincje Sinkiang, Tybet _ Kailash Kora, Quinghai, Gansu). Ostatnio, czyli od kilkudziesięciu już lat, zajmuję się porównaniami systemów filozoficznych kształtujących cywilizacje. Bazą jest myśl Konecznego, ale znacznie odbiegam od tamtych zasad. Tej tematyce, ale z naciskiem na podstawy rzeczypospolitej tworzę portal www.poczetRP.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura