Szef FBI przyłapany na problemach alkoholowych — jeszcze kilka lat temu taki nagłówek brzmiałby jak polityczna fantastyka albo scenariusz serialu Netfliksa. Dziś podobne doniesienia krążą po amerykańskich mediach wokół Kasha Patela, człowieka stojącego na czele jednej z najpotężniejszych służb świata.
I właśnie tutaj zaczyna się temat, którego politycy panicznie nie chcą dotykać.
Bo przeciętnego obywatela można zniszczyć alkoholem. Człowieka mającego dostęp do tajemnic państwa można przez alkohol przejąć.
W świecie służb specjalnych od dekad funkcjonuje brutalna zasada: „worek, korek i rozporek”. Pieniądze, alkohol i seks. Trzy najprostsze drogi do kompromitacji i wpływu. Nie chodzi o moralność. Chodzi o podatność.
Jeżeli ktoś regularnie traci kontrolę, staje się przewidywalny. A człowiek przewidywalny jest idealnym celem. Wystarczy obserwacja. Jedno nagranie. Jedno zdjęcie. Jeden wieczór, który nigdy nie powinien się wydarzyć.
Potem wszystko przebiega według starego scenariusza służb specjalnych. Najpierw dokumentacja. Następnie ktoś, kto „rozumie sytuację”. Ktoś, kto „może pomóc”. A później zaczyna się zależność.
Nie trzeba wielkiej zdrady. Nie trzeba ideologii. Czasem wystarczy strach przed kompromitacją.
Dlatego doniesienia dotyczące szefa FBI są tak poważne — niezależnie od tego, czy okażą się ostatecznie prawdziwe, przesadzone czy całkowicie fałszywe. Sam fakt pojawienia się wieloźródłowych sygnałów dotyczących alkoholu u osoby stojącej na szczycie systemu bezpieczeństwa powoduje alarm.
Bo w służbach nie pyta się przede wszystkim: „czy to już udowodniono?”.
Pyta się: „czy istnieje ryzyko, że ktoś może to wykorzystać?”.
I właśnie tu dochodzimy do polskiego podwórka.
Wokół Mariusza Kamińskiego, byłego Koordynatora ds. służb specjalnych i Ministra MSWiA (PiS), od lat krążą różne sugestie, plotki i komentarze dotyczące jego funkcjonowania, a w szczególności dotyczące jego problemów alkoholowych. Podobno nadano mu nawet przezwisko "cerata". Część publicystów wielokrotnie uderzała w ten temat bardzo ostro. Problem polega jednak na tym, że w Polsce wszystko natychmiast zamienia się w plemienną wojenkę polityczną. Jedni krzyczą, że to „oczywista prawda”, drudzy, że „obrzydliwy atak”.
Tymczasem prawdziwy problem leży gdzie indziej.
Jeżeli człowiek odpowiada za służby, bezpieczeństwo państwa albo operacje specjalne, jego prywatne słabości przestają być wyłącznie prywatne. Nie dlatego, że społeczeństwo ma prawo do plotek. Dlatego, że obce służby od dziesięcioleci budują operacje właśnie na takich słabościach.
Historia jest pełna takich przypadków. Aldrich Ames w CIA. John Vassall w Wielkiej Brytanii. Ludzie, którzy nie wpadli dlatego, że byli genialnymi agentami, ale dlatego, że system zignorował sygnały ostrzegawcze. Alkohol często nie był głównym problemem. Był katalizatorem. Obniżał kontrolę, zwiększał ryzyko, tworzył sytuacje, które można było wykorzystać.
I być może właśnie to jest najbardziej przerażające.
Nie sam alkohol. Nie nawet kompromitacja.
Tylko fakt, że współczesne elity polityczne coraz częściej zachowują się tak, jakby zapomniały podstawową zasadę bezpieczeństwa państwa: człowiek, który traci kontrolę nad sobą, wcześniej czy później traci również kontrolę nad tym, kto posiada o nim informacje.
A wtedy zaczyna się prawdziwa gra.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)