Mama Łukaszka była w ekstazie. Kupiła pięć egzemplarzy "Wiodącego Tytułu Prasowego" zanim zdecydowała się wreszcie zaatakować jeden z nich nożyczkami. Wycięła wielki artykuł o tym jak to Midam-Achnik otrzymał drugi doktorat i powiesiła w swoim pokoju obok poszarzałego już artykułu o tym, jak otrzymał pierwszy.
- I tak Kisław-Czeszczak ma ich więcej - powiedziała ze złośliwym uśmiechem babcia Łukaszka.
- Prawie jak kapliczka - zauważył fachowo dziadek Łukaszka.
Mama zaczęła krzyczeć, że żadna kapliczka, a jeśli chodzi o wszelkie krytyczne uwagi...
- ...to on o nie walczył! - mówiła ze łzami w oczach. - Walczył o wolność słowa! Proszę, używajcie sobie! On jest ponad to! Krzyczcie: hańba! No, krzyczcie!
- Żydokomuna! - krzyknął dziadek i dowiedział się, że tego akurat krzyczeć mu nie wolno.
- Czego się tak drzecie? - zapytał Łukaszek wsadzając głowę przez uchylone drzwi.
- Łukasz! - mama zwróciła się do swojego syna. - Musimy być postępowi! Europejscy! Ty też musisz mieć doktorat!
- To coś do komputera? - zapytał Łukaszek ostrożnie.
- Nie! To tytuł naukowy.
- Nauka?! - wystraszył się Łukaszek.
- O tak, i to parę lat więcej!
- Ale ja nie...
- Musisz! W imię tolerancji! - zaklinała go mama.
Babcia powiedziała coś o tresowaniu małpek i mama zaczęła krzyczeć. Potem dziadek coś powiedział o leninowskiej młodzieży i babcia zaczęła krzyczeć. Łukaszek cicho wysunął się z pokoju i w stanie szoku nerwowego położył się spać.
Następnego dnia zgnębiony przyszedł do szkoły. Podzielił się z Grubym Maćkiem i okularnikiem z trzeciej ławki smutną nowiną i załamany usiadł w ławce. Po chwili do klasy wpadła młoda pani od polskiego i zaczęły się zajęcia. Nauczycielka już po paru minutach zauważyła, że z Łukaszkiem jest coś nie tak.
- Pani go zostawi, on ma doktorat - zadudnił Gruby Maciek.
Młoda pani najpierw zdębiała a potem zażądała wyjaśnień. Na końcu roześmiała się i powiedziała, że może pójść drogą wielu znanych osób i dorobić się doktoratu honoris causa.
- Do tego nie trzeba się uczyć? - upewniał się Łukaszek.
- Zdecydowanie nie!
Ze szkoły wracał w zdecydowanie lepszym nastroju.
- Wie pan - zagadnął pana Sitko stojącego pod marketem i kwestującego na siebie samego. - Ja już nie muszę się uczyć! Dostanę doktorat honoris causa! Tylko nie bardzo wiem co to jest.
- Nie kałza tylko kaucja - poprawił go pan Sitko. - To coś, co dają za butelki.
- A honoris?
- Honorowy. Czyli nie za pieniądze.
W domu Łukaszek po długim namyśle zlał do jednej butelki resztki wina z barku, oliwy z szafki w kuchni i szamponu z łazienki. Dzięki temu uzyskał dwie puste, szklane butelki, z którymi udał się do punktu skupu. Ale kiedy młoda pani magister ekonomii położyła mu na blacie bilon - odmówił. Honorowo.
Wrócił do domu, w którym zastał już mamę i babcię. Pochwalił się tym co zrobił. Mama i babcia wyjęły butelkę ze zlewkami z szafkami, obejrzały jej zawartość i zaczęły ryczeć, że Łukaszek zwariował.
Nie mogły zrozumieć, że to na doktorat.
187
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (12)