Takie zaadresowanie tych słów było całkowicie słuszne, jako że to właśnie mainstream unijny jest odpowiedzialny za wdrażanie szalonych, pseudoekologicznych pomysłów, które uderzają w budżety domowe tak w Polsce, jak i w innych krajach Unii. Chociaż trzeba powiedzieć, że termin "odpowiedzialny" jest w tym przypadku niewystarczające. Urzędnicy unijni, część krajowych rządów oraz dominujące partie unijne, prezentują fanatyczny i quasi-religijny stosunek do postulatów, które określają mianem ekologicznych. Dla nich wdrożenie tych postulatów jest wartością samą w sobie i są gotowi je zrealizować na siłę, bez patrzenia na konsekwencje, wbrew ludziom, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Spostrzeżenie to widać także w samej wypowiedzi premiera Tuska, który z jednej strony próbował być łagodny w swej krytyce, by nie uderzyć w sojuszników, ale przy okazji przyznał kilka rzeczy wprost. Czasem zresztą mimowolnie.
Ze słów Donalda Tuska, który obracał się wśród polityków UE głównego nurtu, a więc ich zna, jawi się następujący obraz mainstreamu unijnego i ich krajowych sojuszników. Po pierwsze prosi ich o "głęboką, krytyczną i" - co tutaj najistotniejsze - "odważną refleksję". Przyznał w ten sposób, że dla eurokratów aktem odwagi jest samo rozważenie korekty stanowiska w sprawie kontynuowania szalonych pomysłów ekologicznych. Warto w tym miejscu zadać pytanie: jak mocno i jak wrogo to środowisko musi reagować na wszelkie sugestie zmiany podejścia do tematu, skoro każdy taki akt musi być - według słów samego Tuska - aktem odwagi? Pomijając samo oderwanie od rzeczywistości, ważniejszym jest, że ta postawa wygląda na głęboko fanatyczną. Można się zastanowić, czy gdyby ci ludzie nie mieli władzy i wpływu na rzeczywistość jakie mają, to czy - dajmy na to - nie przyklejaliby się do asfaltu tak jak robią to aktywiści na ulicach Warszawy czy w krajach zachodnich. Poziom zideologizowania quasi-ekologicznego i zacietrzewienia w temacie, wydaje się być w obu grupach tożsamy. Czy są to słowa na wyrost? Sam Donald Tusk, chwilę później mówi: "bądźmy tutaj możliwie zdroworozsądkowi, to jest mój apel do wszystkich. Wiem, macie swoje idee, niektórzy głęboko wierzą nawet w jakieś takie twarde doktryny czy ideologie". Możliwie zdroworozsądkowe. Premier Polski przedstawił swoich sojuszników jako tak fanatycznych, że prosi ich nie o podejście w pełni, ale o przynajmniej trochę bardziej zdroworozsądkowe. Widocznie zdaje sobie sprawę, że o więcej prosić tych, przesyconych doktrynami i ideologiami ludzi nie może. Bo - jak można przypuszczać - są zwyczajnie niereformowalni.
Co ważne, polski premier choć z jednej strony apeluje o zmianę części przepisów, zwracając uwagę na te najdroższe w skutkach, to wcale nie sugeruje głębokiego odwrotu, czy wycofania się z planowanych quasi-ekologicznych rozwiązań. Dając przykład jednej z nadchodzących regulacji powiedział, że mogą pojawić się "negatywne konsekwencje wprowadzenia w tak szybkim tempie ETS2". Nie chodzi zatem o to, by tych regulacji nie wprowadzać, ale by nie wprowadzać ich "tak szybko", by je opóźnić. Mówiąc kolokwialnie: nie teraz. I może na raty.
A dlaczego nie teraz? Otóż dlatego, że jeśli te mechanizmy uderzą w portfele ludzi, to on i jego sojusznicy w innych krajach oraz być może również w instytucjach unijnych, stracą władzę. Dlatego też apeluje do nich, że muszą oni "zdać sobie z tego sprawę". To z kolei pokazuje, że unijny establishment, w bliżej nieokreślonej części, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że jeśli ich plany zostaną zrealizowane, to zostaną one negatywnie ocenione przez obywateli państw unijnych. A przy okazji negatywnej ocenie poddani zostaną ci, którzy je wprowadzili.
Na jeszcze jedno warto zwrócić uwagę. Donald Tusk wystosowując swoje ostrzeżenie, jednocześnie przyznaje, że jego unijni sojusznicy są w tej sprawie "bezrefleksyjni", a także że "brną dalej" w tym działaniu. Jest to przyznanie tego, że regulacje te powstają bez wystarczających analiz skutków, jakie mogą wywołać, nieprofesjonalnie, bez oglądania się na konsekwencje. Dopiero stosując argument opierający się na obawie przed falą przetasowań politycznych w państwach unijnych, stwierdza że "musimy się ogarnąć w tej kwestii", czym przypisuje odpowiedzialność za problemy ze wzrostami cen energii, tak swoim sojusznikom jak i sobie samemu. Zresztą, w innym miejscu mówi to wprost: "niektóre regulacje europejskie doprowadziły obiektywnie do tego, że cena energii w Europie, w niektórych krajach europejskich, jest nieakceptowalnie wysoka".
Trudno podejrzewać polskiego premiera o to, by chciał uderzyć w wizerunek swoich sojuszników w UE. Bardziej prawdopodobne jest to, że - obracając się w tym środowisku od lat - podświadomie uznał to za wiedzę powszechną, a więc nieszokującą. Niezależnie jednak od przyczyn, czy intencji bądź ich braku, przedstawił nam obraz ludzi, którzy decydują o losach Unii Europejskiej. Polityków i urzędników zideologizowanych, zakrzepłych w nierealnych doktrynach, wręcz szalonych, a już na pewno niebezpiecznych. I których nie obchodzi dobrostan materialny czy bezpieczeństwo obywateli, a więc tych, dla których - przynajmniej teoretycznie - powinni pracować.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)