Andrzej Ro Andrzej Ro
36
BLOG

Strategiczny falstart Chin

Andrzej Ro Andrzej Ro Polityka Obserwuj notkę 0
Chińska strategia subsydiów, nadprodukcji i ekspansji przemysłowej miała osłabić zachodni przemysł. Jej niezamierzonym skutkiem może być jednak coś dokładnie przeciwnego: wielka remilitaryzacja Europy i przestawienie części jej ogromnego zaplecza motoryzacyjnego, maszynowego i technologicznego na potrzeby obronne. Chiny przez trzy dekady budowały przewagę przemysłową, gospodarczą i wojskową, zakładając, że osłabiony przemysłowo Zachód nie będzie już zdolny odpowiedzieć podobną skalą. Ten rachunek okazał się błędny. Państwa zachodnie nie zostały pokonane — zostały ostrzeżone. A ich odpowiedzią staje się odbudowa przemysłu, militaryzacja części gospodarki i ponowne traktowanie produkcji jako instrumentu siły państwa.

Przez ostatnie trzy dekady Chiny prowadziły strategię, która z gospodarczego punktu widzenia była niezwykle skuteczna. Państwo wspierało budowę ogromnej bazy przemysłowej, finansowało rozwój strategicznych sektorów, tworzyło krajowych czempionów i pozwalało im zdobywać zagraniczne rynki skalą produkcji oraz ceną. Nie chodziło wyłącznie o wzbogacenie Chin. Potęga przemysłowa była od początku elementem potęgi państwa. I właśnie tutaj może kryć się największy paradoks chińskiej strategii. Pekin chciał wykorzystać swoją przewagę produkcyjną do osłabienia przemysłowego Zachodu. Tymczasem skala chińskiej ekspansji, połączona z wojną Rosji przeciwko Ukrainie, czyli chińską wojną proxy i pogorszeniem sytuacji bezpieczeństwa, zaczęła zmuszać Europę i USA do ponownej reindustralizacji.

Pekin przez wiele lat realizował strategię, której jednym z zasadniczych efektów miało być przesunięcie globalnego środka ciężkości z Zachodu do Chin: przejęcie kolejnych segmentów produkcji przemysłowej, uzależnianie innych państw od chińskich łańcuchów dostaw, wykorzystanie subsydiów, taniego kredytu i nadprodukcji do zdobywania rynków, równoległa modernizacja armii oraz stopniowe zwiększanie politycznej zdolności do narzucania własnych warunków. Problem polega na tym, że Chiny odsłoniły tę strategię, zanim osiągnęły punkt, w którym Zachód nie byłby już zdolny skutecznie odpowiedzieć. Zamiast doprowadzić przeciwnika do trwałej bezradności, uruchomiły jego reakcję obronną.

To właśnie w tym sensie można mówić o chińskim strategicznym falstarcie. Mechanizm przypomina, przy wszystkich oczywistych różnicach skali i charakteru, błąd popełniony przez Rosję w 2022 roku. Rosja zakładała, że Ukraina szybko się załamie, Europa pozostanie politycznie podzielona, zależność energetyczna ograniczy europejską reakcję, a państwa NATO nie będą gotowe ponosić wysokich kosztów długotrwałej konfrontacji. Efekt okazał się odwrotny: NATO zaczęło ponownie traktować Rosję jako bezpośrednie zagrożenie militarne, Finlandia i Szwecja znalazły się w Sojuszu, europejskie wydatki wojskowe gwałtownie wzrosły, a produkcja uzbrojenia ponownie stała się centralnym problemem polityki gospodarczej. Chiny nie popełniły militarnego odpowiednika rosyjskiego błędu i nie rozpoczęły wojny, która mogłaby uruchomić pełną mobilizację ich przeciwników. Popełniły jednak wcześniejszy błąd: pokazały Zachodowi skalę wyzwania wystarczająco wcześnie, aby ten zdążył rozpocząć przygotowania.

Zmiana jest już wymierna. NATO nie mówi obecnie o utrzymaniu przemysłu obronnego na dotychczasowym poziomie, lecz oficjalnie o zwiększaniu jego zdolności produkcyjnych. W przyjętym w 2025 roku zaktualizowanym Defence Production Action Plan państwa Sojuszu zobowiązały się do przyspieszenia wzrostu zdolności przemysłowych, zwiększenia produkcji i stworzenia trwałej, konkurencyjnej bazy przemysłu obronnego. W 2026 roku NATO oceniło już, że w latach 2025–2026 nastąpił realny wzrost zdolności produkcji kluczowych systemów i amunicji. Co więcej, na szczycie haskim państwa NATO zobowiązały się do dojścia do wydatków odpowiadających 5 proc. PKB na obronność i szerzej rozumiane bezpieczeństwo do 2035 roku, z czego do 1,5 proc. PKB może być przeznaczane między innymi na odporność infrastruktury oraz wzmacnianie bazy przemysłowej. Europejscy sojusznicy wraz z Kanadą zwiększyli swoje realne wydatki obronne w 2025 roku o blisko 20 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. To nie jest deklaracja publicystyczna. To początek zmiany struktury zachodnich gospodarek.

Najważniejszym błędem w chińskiej kalkulacji mogło być niedocenienie znaczenia cywilnej bazy przemysłowej Zachodu. Europa rzeczywiście dopuściła przez trzy dekady do dramatycznego ograniczenia wielu bezpośrednich zdolności wojskowych. Zamykano linie produkcji amunicji, ograniczano liczbę czołgów, redukowano zapasy, zamówienia wojskowe składano w małych seriach, a część przemysłu uzbrojenia funkcjonowała bardziej jak wyspecjalizowana manufaktura technologiczna niż system przygotowany do wojny materiałowej. Nie oznacza to jednak, że zniknęła europejska baza przemysłowa. Niemcy nadal produkują samochody, ciężarówki, turbiny, silniki, maszyny przemysłowe, elektronikę i zaawansowane systemy sterowania. Francja posiada przemysł lotniczy, nuklearny, elektroniczny i kosmiczny. Włochy dysponują wielkim sektorem mechanicznym i lotniczym. Polska, Czechy, Szwecja, Hiszpania i pozostałe państwa europejskie posiadają rozległe sieci producentów stali, części mechanicznych, obrabiarek, elektroniki, materiałów wybuchowych, chemii i urządzeń przemysłowych. Taka gospodarka nie musi mieć w czasie pokoju tysiąca aktywnych linii produkcji uzbrojenia, aby posiadać potencjał do ich stworzenia.

I tutaj pojawia się zasadniczy problem dla Chin. Zachód posiada już rozbudowany przemysł automotive, który można przystosować do produkcji wojskowej, istnieją hale, logistyka, system jakości, wysoko wykwalifikowani pracownicy, automatyka, robotyka, obrabiarki, metrologia, doświadczenie w produkcji seryjnej oraz sieć setek lub tysięcy dostawców. Producent silników samochodowych nie zaczyna od zera, gdy przechodzi do elementów napędów wojskowych. Producent ciężkich pojazdów nie zaczyna od zera przy produkcji wojskowych ciężarówek. Fabryka elektroniki samochodowej posiada kompetencje użyteczne przy produkcji elektroniki wojskowej. Huta, która produkuje wysokiej jakości stale dla przemysłu cywilnego, posiada znacznie lepszą pozycję wyjściową do produkcji specjalistycznej niż kraj pozbawiony hutnictwa. Potencjał wojenny gospodarki jest więc znacznie większy od liczby fabryk, które w danej chwili mają na bramie napis „defence”.

Sam europejski sektor samochodowy zapewnia około 13,8 mln bezpośrednich i pośrednich miejsc pracy, z czego około 2,6 mln przypada na bezpośrednią produkcję pojazdów. Komisja Europejska podkreśla również jego ogromne powiązanie ze stalą, chemią, elektroniką, informatyką i innymi gałęziami gospodarki. To gigantyczny ekosystem przemysłowy. A wojna przemysłowa nie jest wygrywana wyłącznie przez przedsiębiorstwa, które przed wojną produkowały czołgi. Wygrywa ją gospodarka, która potrafi przekształcić istniejące zdolności cywilne w produkcję wojskową.

To nie jest jedynie hipotetyczny scenariusz. W lutym 2025 roku Rheinmetall poinformował o przestawianiu dwóch swoich zakładów związanych wcześniej z produkcją motoryzacyjną — w Berlinie i Neuss — na produkcję komponentów dla sektora obronnego. Niedługo później prezes Rheinmetallu Armin Papperger mówił publicznie, że zakład Volkswagena w Osnabrück byłby bardzo odpowiedni dla produkcji wojskowej. Komisja Europejska w programie Readiness 2030 otwarcie mówi o konieczności zwiększenia skali europejskiego przemysłu obronnego, uzupełnienia braków zdolności i stworzenia warunków pozwalających przemysłowi produkować szybciej i w znacznie większej skali. To właśnie jest mechanizm, którego znaczenie można łatwo przeoczyć. Europa przez lata zmniejszała produkcję wojskową, ale nie przestała być kontynentem przemysłowym. Sama produkcja przemysłowa odpowiada za około 15 proc. unijnego PKB i ponad 30 mln miejsc pracy. Niemcy, Francja, Włochy, Polska, Czechy, Szwecja i inne państwa posiadają ogromne zasoby inżynieryjne oraz wielkie systemy dostawców. Jeżeli część tych zdolności zostanie skierowana na potrzeby obronne, potencjał produkcyjny europejskiego przemysłu zbrojeniowego może wzrosnąć wielokrotnie. A jeżeli dodamy do tego Stany Zjednoczone, Kanadę, Wielką Brytanię, Japonię, Koreę Południową i Australię, otrzymujemy zupełnie inną skalę konkurencji przemysłowej.

Historia już widziała podobne zjawisko. Największą przewagą Stanów Zjednoczonych podczas II wojny światowej nie była wyłącznie liczba fabryk broni istniejących w 1939 roku. Była nią możliwość przekształcenia gigantycznej gospodarki cywilnej w arsenał. Fabryki samochodów produkowały pojazdy wojskowe, silniki lotnicze i inne wyposażenie. Cały system przemysłowy został podporządkowany jednemu celowi.Stany Zjednoczone pokazały to nie tylko w II wojnie światowej, lecz już podczas I wojny światowej. Kiedy w 1917 roku weszły do wojny, nie były gospodarką zorganizowaną przede wszystkim wokół produkcji wojskowej. Posiadały natomiast ogromny przemysł stalowy, maszynowy, kolejowy, chemiczny i szybko rosnący przemysł samochodowy. To właśnie ta masa produkcyjna pozwoliła w bardzo krótkim czasie rozszerzyć produkcję materiałów wojennych w skali, której państwa pozbawione podobnego zaplecza nie mogłyby osiągnąć. Oficjalna historia amerykańskiego wysiłku produkcyjnego w latach 1917–1918 opisuje mobilizację przemysłu jako jeden z zasadniczych elementów zdolności Stanów Zjednoczonych do prowadzenia wojny. II wojna światowa była już tylko znacznie większą demonstracją tej samej zasady: przewagę dawała nie liczba fabryk zbrojeniowych istniejących przed wojną, ale możliwość podporządkowania potrzebom wojennym największego systemu przemysłowego świata.

To jest fundamentalna lekcja, którą można dziś odnieść do Europy. Chiny przez lata patrzyły na europejskie redukcje liczby czołgów, amunicji, samolotów i żołnierzy i mogły wyciągać z tego wniosek o trwałym osłabieniu potencjału militarnego kontynentu. Tymczasem rzeczywisty potencjał mobilizacyjny nie znajduje się wyłącznie w magazynie amunicji. Znajduje się również w zakładach Volkswagena, Mercedesa, BMW, Stellantisa, Renault, Volvo, Scanii, MAN-a, Airbusa, Safrana, Siemens Energy, ABB, Thalesa i tysięcy przedsiębiorstw niższych szczebli łańcucha dostaw. Jeżeli istnieje know-how konstrukcyjne, kapitał, infrastruktura, energetyka, chemia, metalurgia, elektronika i wielkoseryjna produkcja mechaniczna, odbudowanie sektora obronnego staje się przede wszystkim problemem czasu, pieniędzy i decyzji politycznej. Jeżeli nie istnieje nawet ta baza, problem jest nieporównanie większy.

Co znamienne, NATO w 2026 roku zaczęło mówić o tym mechanizmie niemal dosłownie. Nowy „NATO Engine” ma łączyć dostępne moce produkcyjne w państwach Sojuszu z przedsiębiorstwami potrzebującymi zdolności do zwiększenia produkcji. Chodzi więc nie tylko o rozbudowywanie istniejących koncernów zbrojeniowych, ale o wykorzystanie wolnego i potencjalnego zaplecza całej gospodarki przemysłowej. NATO równolegle przyjęło Strategy for Industry–NATO Cooperation, której celem jest trwalsze powiązanie potrzeb wojskowych z potencjałem przemysłu, oraz pakiet przewidujący finansowanie wzrostu produkcji poprzez kapitał, kredyty, gwarancje i inne instrumenty finansowe. W praktyce jest to początek instytucjonalizacji gospodarki podwójnego zastosowania na znacznie większą skalę.

Paradoks polega na tym, że Pekin doskonale rozumiał znaczenie tej zasady w odniesieniu do własnego państwa. Chińska strategia civil–military fusion została zbudowana właśnie na założeniu, że granica między gospodarką cywilną i wojskową nie powinna być sztywna. Technologie telekomunikacyjne, sztuczna inteligencja, przemysł kosmiczny, stocznie, elektronika, energetyka czy zaawansowana produkcja mają jednocześnie znaczenie gospodarcze i militarne. Chiny stworzyły więc system pozwalający korzystać armii z potęgi całej gospodarki. Problem strategiczny Pekinu polega na tym, że podobna logika zaczyna być obecnie stosowana przez jego konkurentów.

Nie można również automatycznie utożsamiać liczby nowych chińskich systemów uzbrojenia z przewagą jakościową nad Zachodem. Jednocześnie dobrze udokumentowana jest historyczna rola zagranicznych technologii w jej modernizacji. Rosja po rozpadzie ZSRR sprzedała Chinom znaczną liczbę systemów oraz technologii wojskowych. RAND wskazuje, że reverse engineering rosyjskiej technologii stał się nawet źródłem sporów pomiędzy Moskwą a Pekinem. Inne badania RAND dotyczące chińskiego systemu zakupów wojskowych stwierdzają wprost, że w odniesieniu do szeregu głównych systemów i komponentów Chiny korzystały z importowanej technologii i reverse engineeringu produktów zagranicznych. Najnowszy raport amerykańskiego Departamentu Obrony opisuje ponadto działania chińskich instytucji zmierzające do transferowania własności intelektualnej i specjalistów zagranicznych w celu odtwarzania technologii zaawansowanych półprzewodników. To nie oznacza, że Chiny nie potrafią obecnie tworzyć technologii własnej; oznacza natomiast, że obraz całkowicie autonomicznego chińskiego skoku technologicznego jest historycznie fałszywy.

Drugi problem jest jeszcze bardziej podstawowy: duża część najbardziej zaawansowanych systemów PLA nie została zweryfikowana w wojnie o wysokiej intensywności przeciwko przeciwnikowi dysponującemu porównywalną technologią. Jest to fundamentalnie inna sytuacja niż w przypadku amerykańskiego, brytyjskiego, francuskiego czy częściowo izraelskiego przemysłu wojskowego, który przez dziesięciolecia uzyskiwał ogromną ilość informacji zwrotnych z rzeczywistych operacji. Nie dowodzi to automatycznie niższej skuteczności chińskiego uzbrojenia. Oznacza jednak, że istnieje znacznie większa niepewność dotycząca działania całego systemu w realnej wojnie: dowodzenia, logistyki, integracji rodzajów sił zbrojnych, odporności łączności, zachowania personelu pod presją, napraw, uzupełniania strat i produkcji w warunkach konfliktu. RAND zwracał uwagę, że sama PLA postrzegała w swoich analizach istotne problemy w takich obszarach jak informatyzacja, operacje połączone i wojna systemów, mimo ogromnej poprawy jakości i liczby posiadanych systemów uzbrojenia.

Dlatego ostrożność Pekinu wobec wojny nie jest oznaką słabości, lecz racjonalności. Chiny nie popełniły dotąd najniebezpieczniejszego błędu, jaki może popełnić mocarstwo autorytarne: nie pomyliły własnej propagandy militarnej z dowodem rzeczywistej skuteczności armii. Rozbudowują flotę, rakiety, lotnictwo, systemy kosmiczne i arsenał nuklearny, wywierają presję na Tajwan i państwa regionu, ale nie zdecydowały się na operację, która skonfrontowałaby całą tę konstrukcję z rzeczywistością wojny. Według Departamentu Obrony USA chińska strategia pozostaje podporządkowana długoterminowemu celowi „wielkiego odrodzenia narodu chińskiego” do 2049 roku, a PLA rozwija zarówno zdolności do przeciwstawienia się amerykańskiej interwencji w zachodnim Pacyfiku, jak i zdolności działania coraz dalej od Chin. Jednocześnie amerykańskie źródła podkreślają problemy organizacyjne i korupcyjne PLA, włącznie z czystkami w Siłach Rakietowych.

Właśnie dlatego pojęcie falstartu dobrze opisuje to, co wydarzyło się na poziomie strategicznym. Chiny rozpoczęły wyścig o zmianę globalnego układu sił w momencie, w którym Zachód był wyjątkowo rozbrojony psychologicznie i politycznie. Europa wierzyła w trwałość pokoju, uzależniała się energetycznie od Rosji, uzależniała znaczną część łańcuchów dostaw od Chin, redukowała wojska i traktowała przemysł obronny jako sektor niszowy. Stany Zjednoczone także pozwalały przenosić część przemysłowych zdolności za granicę. Z punktu widzenia Pekinu była to sytuacja niezwykle korzystna. Najlepszym rozwiązaniem dla Chin byłoby utrzymanie jej możliwie długo. Tak się jednak nie stało.

Rosyjska agresja na Ukrainę zniszczyła europejską iluzję trwałego bezpieczeństwa militarnego. Chińska polityka handlowa, technologiczna i strategiczna zniszczyła z kolei znaczną część iluzji, że współzależność gospodarcza z Pekinem pozostanie problemem wyłącznie ekonomicznym. Waszyngton zaczął traktować Chiny jako głównego strategicznego konkurenta już wcześniej; Pentagon wprost określał Chiny jako najważniejsze długoterminowe wyzwanie strategiczne. NATO obecnie rozbudowuje przemysł, państwa europejskie zwiększają wydatki, Unia zaczyna traktować produkcję przemysłową, surowce krytyczne, półprzewodniki, energetykę i przemysł obronny jako elementy bezpieczeństwa, a pojęcia takie jak de-risking czy strategic autonomy przestały być akademickimi sloganami.

Z chińskiego punktu widzenia jest to wynik zdecydowanie niekorzystny. Pekin chciał wkroczyć w drugą połowę XXI wieku jako państwo dysponujące przewagą wynikającą z koncentracji ogromnej części światowej produkcji przemysłowej, rosnącej potęgi wojskowej i coraz większej zdolności wpływania na decyzje innych państw poprzez handel, inwestycje i zależności technologiczne. Tymczasem jeszcze zanim proces ten został doprowadzony do końca, jego najważniejsi konkurenci zaczęli tworzyć mechanizmy przeciwdziałania. Stany Zjednoczone odbudowują produkcję strategiczną. Europa rozpoczyna największą od zakończenia zimnej wojny rozbudowę przemysłu obronnego. NATO tworzy mechanizmy łączenia cywilnych zdolności przemysłowych z potrzebami militarnymi. Państwa Zachodu ponownie kalkulują bezpieczeństwo energetyczne, surowcowe, półprzewodnikowe i logistyczne w kategoriach strategicznych, a nie wyłącznie ceny.

To jest właśnie strategiczna porażka Chin. Nie przegrana wojna, nie bankructwo gospodarcze i nie koniec chińskiej potęgi. Porażka polega na utracie najcenniejszego zasobu, jaki posiadało wschodzące mocarstwo: czasu, podczas którego konkurenci nie rozumieli jeszcze, że są uczestnikami rywalizacji. Przez kilkadziesiąt lat Zachód zachowywał się jak system gospodarczy. Chiny zachowywały się coraz bardziej jak państwo prowadzące długoterminową politykę siły. Teraz Zachód zaczyna ponownie zachowywać się jak system strategiczny. Nie będzie zaskoczenia ze strony Chin.

Jeżeli proces będzie kontynuowany przez następne dziesięć czy piętnaście lat, stosunek potencjałów może wyglądać inaczej, niż przewidywały chińskie kalkulacje z początku XXI wieku. Chiny nadal będą ogromnym mocarstwem przemysłowym. Ale po drugiej stronie nie będą już miały Europy produkującej głównie samochody i liczącej na amerykańskie bezpieczeństwo oraz Stanów Zjednoczonych akceptujących bez ograniczeń przemysłową globalizację. Mogą mieć przeciwko sobie połączony system przemysłowy Stanów Zjednoczonych, Europy, Japonii, Korei Południowej, Kanady i Australii coraz bardziej podporządkowany logice bezpieczeństwa. A to jest zupełnie inny przeciwnik niż Zachód z roku 2010 czy 2015.

Historia Stanów Zjednoczonych daje tu Pekinowi szczególnie nieprzyjemną lekcję. W 1917 roku Ameryka nie musiała wcześniej być największym producentem uzbrojenia na świecie, żeby stać się decydującym zapleczem gospodarczym Ententy. Musiała posiadać masę przemysłową. W latach 1941–1945 ta sama zależność ujawniła się w skali bezprecedensowej. W samym 1942 roku amerykańska produkcja dział, czołgów i amunicji była ponad sześciokrotnie większa niż rok wcześniej, a produkcja samolotów wzrosła trzyipółkrotnie. Nie powstało to na pustym polu. Powstało dlatego, że istniały Detroit, Pittsburgh, General Motors, Ford, Chrysler, General Electric, wielkie huty, przemysł chemiczny, obrabiarki, koleje i miliony wykwalifikowanych pracowników. To samo prawo ekonomiczne obowiązuje dzisiaj. Przemysł cywilny jest potencjalnym arsenałem państwa.

Chińczycy sami zbudowali swoją strategię na tej zasadzie. Paradoks ich obecnego położenia polega na tym, że swoim sukcesem przemysłowym i coraz bardziej otwarcie demonstrowanymi ambicjami strategicznymi przypomnieli tę zasadę również Zachodowi. Dlatego jest to jeszcze porażka Chin jako mocarstwa. Pekin wystartował za wcześnie. Zachód zdążył się obudzić.

Andrzej Ro
O mnie Andrzej Ro

Od lat zajmuję się analizą zależności gospodarczych i politycznych. Interesuje mnie, jak wpływy miękkie, decyzje polityczne i globalne łańcuchy dostaw kształtują bezpieczeństwo Europy. Uważam, że odzyskanie suwerenności technologicznej i przemysłowej jest kluczowym wyzwaniem naszych czasów — i wymaga trzeźwej, opartej na faktach analizy, wolnej od propagandy i skrajności.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka