65 obserwujących
69 notek
429k odsłon
13315 odsłon

Szkielet w białym kitlu w PRL-owskiej szafie

Wykop Skomentuj1

Pod koniec 1949 r. funkcjonariusze warszawskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali profesora Mariana Grzybowskiego, europejskiej sławy dermatologa. Kilka tygodni potem profesor nie żył. Według oficjalnej wersji popełnił samobójstwo. W zbrodnię na profesorze zamieszana miała być jego młoda asystentka, dr. Stefania Jabłońska, która natychmiast i bezprecedensowo objęła katedrę po zmarłym.

 

 

Mimo, że mówiono o tym na emigracji, a szeptano w PRL, sprawa śmierci profesora Grzybowskiego wypłynęła na szersze forum publiczne dopiero po 1989. Trafiła na łamy Tygodnika Powszechnego i Gazety Polskiej. Wynikła z tego krótka burza i masa listów do redakcji, większość nieopublikowanych. W listach z jednej strony bolesne wspomnienia, a z drugiej sprzeciw wobec szkalowania autorytetów, a nawet oskarżenia o antysemityzm. Potem sprawa znów zamarła.

Ale tylko pozornie. Rodzina profesora Grzybowskiego nadal kołatała o sprawiedliwość. Grupa entuzjastów kontynuowała żmudny proces gromadzenia dokumentów o sprawie. Część z wychowanków profesora zachowała go ciepło w pamięci. Nawet jeśli o tym nie mówiono otwarcie. Dla wielu sprawa profesora Grzybowskiego stała się symptomem patologii nierozliczenia zbrodni komunistycznych. Między innymi dlatego Marek Wroński, lekarz, naukowiec i Polak ze Stanów Zjednoczonych, postanowił w końcu rozszyfrować zagadkę śmierci profesora. Dokładnie przekopał mało dostępne archiwa, pioniersko wydobył na światło dzienne ezoteryczne publikacje, łańcuszkowo dotarł do rodziny, przyjaciół, kolegów, współpracowników i studentów (chyba na wszystkich kontynentach oprócz Afryki), uparcie konsultował się z innymi naukowcami aby z benedyktyńskim uporem analizować odkryte fakty i zestawić je w logiczną łamigłówkę by ostatecznie rozwiązać tajemnicę.

Nie udało mu się. Za to powiodło mu się dużo bardziej ważkie dokonanie: kawałek po kawałku zrekonstruował kontekst zbrodni. Więcej – przywrócił pamięć nie tylko o głównych dramatis personae sprawy, ale również o środowiskach z jakich wyszli, zakotwiczył to w szerokich ramach katastrofy dziejowej jaka spadła na Polaków, a szczególnie na tradycyjną elitę, której jednym ze sztandarowych przedstawicieli był profesor Marian Grzybowski.

 

Syn zesłańca-lekarza „Sybiraka,” Marian Grzybowski urodził się w Imperium Rosyjskim. W czasie pierwszej wojny światowej służył w armii carskiej. Od czasu bolszewickiej rewolucji ochotniczo walczył w szeregach Dowborczyków, a potem w Wojsku Polskim do 1922 r. W czasie drugiej wojny światowej pracował w Delegaturze Rządu, walczył w Powstaniu Warszawskim, a po wojnie nadal działał w strukturach podziemia niepodległościowego.

Marian Grzybowski był nie tylko patriotą, ale również poliglotą i wybitnym naukowcem, specjalistą-dermatologiem. Dziarsko piął się po szczeblach lekarskiej kariery. Przełożeni chwalili go za to, że w badaniach swych „nie daje się unosić się fantazji czy doktrynom,” oraz za „wielką pracowitość, skłonność do erudycji.” Jak napisał o nim profesor Fryderyk Goldschlag, „czytanie prac Grzybowskiego było dla mnie intelektualną rozkoszą. Sumienność i staranność w opracowaniu rozpraszały wszelkie wątpliwości i rozbrajały opozycję.” Nominację na profesora zwyczajnego otrzymał Marian Grzybowski tuż przed wojną. W czasie wojny i po wojnie kontynuował swoją pracę naukową, choć w dramatycznie zmienionych warunkach najpierw nazistowskiej, a potem komunistycznej okupacji.

 

Właśnie wtedy, w zajętej przez Stalina Polsce, skrzyżowały się drogi profesora Grzybowskiego i dr. Stefanii Jabłońskiej, właściwie Racheli Ginzburg. Obecnie jedna z czołowych polskich specjalistek w dziedzinie dermatologii, od młodości wybitnie uzdolniona, pracowita i ambitna. Wywodziła się również z rodziny lekarskiej. Ale właściwie na tym kończyło się pozorne podobieństwo życiorysów. Pod innymi względami była niemal antytezą Mariana Grzybowskiego.

Rachela „Szela” Ginzburg urodziła się pod sowiecką władzą w Mohylewie. Po kilku latach jej rodzina przeniosła się do Niemiec, a potem – w 1926 r. – do Polski. W 1938 r. Szela dostała się na medycynę w Warszawie; potem kontynuowała studia we Lwowie pod sowiecką okupacją. Po ewakuacji zaliczyła studia w Charkowie i we Frunze, otrzymując dyplom lekarski w 1942 r. W czasie wojny służyła na ochotnika jako lekarz w tajemniczej jednostce sowieckiej, być może NKWD, z którą dotarła do Wiednia. Po dalszym, krótkim doskonaleniu zawodowym na miejscu, kontynuowała kursy lekarskie w zakresie dermatologii w Związku Sowieckim. Do Warszawy wróciła w 1946 r.

Natychmiast dołączyła się do tubylczych kręgów prominentnych w sowieckim systemie okupacji Polski. Jej siostra i przyjaciele z okresu lwowskiego zadbali o nią. Zmieniła nazwisko na „Stefania Jabłońska.” Rozpoczęła pracę naukową w Uniwersytecie Warszawskim. Trafiła do Kliniki Dermatologicznej, do profesora Grzybowskiego. Równocześnie, 13 grudnia 1946 r. wystąpiła o pracę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Jej siostra, mąż siostry i jej własny mąż byli związani z komunistycznym aparatem terroru. Trudno naturalnie wymiarkować czy podyktowane to było fanatyzmem ideowym i chęcią niszczenia „reakcji” czy też – jak przekonująco argumentuje Marek Wroński – zwykłym oportunizmem i materializmem. Jedno i drugie przecież wyśmienicie się dopełniało. Asystowanie przy egzekucjach niepodległościowców to przecież była nieźle płatna fucha. Możliwe, że wiele satysfakcji dostarczał udział w obserwowaniu końca losów „faszystów” z AK i NSZ. Dostęp do oficerów UB równał się uzyskaniu nie byle jakich wpływów. Tym sposobem młoda dr Jabłońska stała się osobą znaczną.

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale