Colonel Frosty Colonel Frosty
195
BLOG

Ojciec nieustalony sądowo czyli jak pułkownik M. chciał wychowywać syna Bruna

Colonel Frosty Colonel Frosty Polityka Obserwuj notkę 0
Pułkownik M. chciał wychowywać syna Bruna. We wrześniu 2022 r. złożył wniosek o urlop wychowawczy, pisząc do ministra Błaszczaka, że dzieci trzeba wychowywać tak, aby Ojczyzną nie rządzili bandyci i pospolici złodzieje. Państwo odpowiedziało po swojemu: dało mu 27 dni ojcostwa, cztery lata procedury i trzy sygnatury — NSA III OSK 1846/23, SO XIV P 33/26, SR VIII P 402/26. Sąd administracyjny powiedział: nie my, bo to sprawa pracownicza. Sąd pracy powiedział: nie my, bo żołnierz to nie pracownik. A Bruno rósł bez czekania na ustalenie właściwości.

Pułkownik M. popełnił błąd początkującego obywatela: uwierzył w ustawę.

Nie w bajkę, nie w horoskop, nie w komunikat resortowy, nie w wzruszające przemówienie ministra o rodzinie, tradycji, ojczyźnie i wszystkim, co pięknie wygląda na tle flagi. Uwierzył w ustawę. A dokładniej w ten jej fragment, z którego wynika, że żołnierz zawodowy może skorzystać z urlopu wychowawczego.

Miał syna Bruna. Chciał go wychowywać. W państwie teoretycznie prorodzinnym jest to zachowanie podejrzane, choć jeszcze niekaralne. Przynajmniej formalnie.

We wrześniu 2022 r. pułkownik M. napisał do ministra Błaszczaka, że chce urlopu wychowawczego. Nie pisał o willę. Nie pisał o odprawę generalską. Nie pisał o posadę w radzie nadzorczej, dietę, ryczałt ani służbowy samochód z kierowcą. Pisał o urlop, żeby zajmować się dzieckiem.

W uzasadnieniu, najwyraźniej jeszcze przed nabyciem pełnej świadomości, z kim rozmawia, napisał rzecz rozbrajająco naiwną: że skoro urodził mu się syn Bruno, to mając na uwadze wychowanie młodego pokolenia tak, aby ojczyzną nie rządzili bandyci i pospolici złodzieje, wybór dla ojca-oficera jest jeden — urlop wychowawczy.

To był moment piękny. Prawie romantyczny.

Ojciec-oficer pisze do ministra obrony, że chce wychować syna tak, żeby państwem nie rządzili złodzieje. A państwo odpowiada mu po swojemu: najpierw zabierzemy panu urlop, potem status, potem właściwość sądu, a na końcu jeszcze cierpliwość.

Młody Bruno miał być wychowywany przeciw bandyterce i pospolitemu złodziejstwu. Nie przewidziano tylko, że pierwsze ćwiczenie praktyczne z działania państwa odbędzie się na przykładzie wniosku jego ojca.

Wniosek został w wojsku potraktowany zgodnie z najlepszą tradycją administracji mundurowej: przyjęto, opieczętowano, zadekretowano, przemielono, częściowo rozpoznano, a potem zaczęto udawać, że sprawy właściwie nie ma. Ojcostwo przyznano pułkownikowi M. na próbę. Od 3 do 29 listopada 2022 r.

Dwadzieścia siedem dni.

Taki pakiet „Tata Basic”: bez automatycznego przedłużenia, bez gwarancji, bez reklamacji. Resort obrony narodowej, w akcie wielkoduszności, uznał, że 27 dni ojcostwa wystarczy. Potem trzeba było wracać do rzeczy poważnych: do papierów, rozkazów, pieczątek i tego wielkiego rytuału państwowego, w którym urzędnik mówi obywatelowi: „to nie do nas”.

Najpiękniejsze jest jednak to, że MON wiedział.

Nie tak zwyczajnie, po korytarzowemu, między kawą a odprawą. Wiedział na piśmie. Departament Kadr MON napisał bowiem w październiku 2022 r. coś, co w normalnym państwie zakończyłoby sprawę, a w Polsce było dopiero początkiem rozrywki. Napisał, że pułkownikowi M. przysługuje prawo do urlopu wychowawczego na zasadach Kodeksu pracy. Napisał też, że pracodawca jest obowiązany uwzględnić wniosek. A żeby nikt nie pomyślał, że chodzi o ozdobnik literacki, dopisano jeszcze, że po spełnieniu formalności urlopu udziela się zgodnie z wnioskiem.

Czyli MON sam sobie wydał instrukcję obsługi własnego bezprawia.

Najpierw resort stwierdził: trzeba udzielić zgodnie z wnioskiem. Potem ta sama maszyneria państwowa zrobiła coś bardziej subtelnego: udzieliła niezgodnie z wnioskiem, tylko na 27 dni, a resztę wysłała w podróż po departamentach, kancelariach, inspektoratach i sądach.

Wniosek miał dostać 13 miesięcy. Dostał 27 dni i wieloletnią wycieczkę krajoznawczą po państwie prawa.

Pułkownik M. nie zrozumiał aluzji. Zamiast siedzieć cicho, zaczął pytać. A to w Polsce bywa odebrane jako prowokacja. Pytał, gdzie jego urlop. Pytał, kto jest właściwy. Pytał, dlaczego państwo, które ma pełne usta rodziny, nie potrafi wykonać prostego obowiązku wobec ojca i dziecka.

Błąd. W Polsce obywatel może mieć rację, ale nie powinien jej używać publicznie.

Sprawa poszła do sądu administracyjnego. I tam zrobiło się elegancko. Naczelny Sąd Administracyjny w postanowieniu z 29 września 2023 r., III OSK 1846/23, powiedział w istocie: urlop wychowawczy żołnierza zawodowego to nie jest sprawa dla sądu administracyjnego. Nie ma decyzji administracyjnej, nie ma aktu, nie ma czynności z p.p.s.a. Skoro ustawa odsyła do Kodeksu pracy, to droga prowadzi w stronę sądu pracy.

Czyli NSA powiedział: nie tutaj, obywatelu, idź do sądu powszechnego.

Pułkownik M. poszedł.

Najpierw trafił do Sądu Okręgowego w Warszawie. Sprawa dostała sygnaturę XIV P 33/26. Sąd Okręgowy spojrzał i stwierdził: to nie my jako okręgowy, tylko Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, VIII Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Proszę bardzo, właściwy sąd, właściwy wydział, właściwa ścieżka.

Pułkownik M. znowu popełnił błąd: uznał, że skoro sąd wskazał sąd, to sąd będzie sądził.

To jest myślenie naiwne, przedproceduralne, w dodatku nieprzystające do krajowych realiów. W Polsce wskazanie sądu właściwego nie oznacza jeszcze, że sąd będzie właściwy. Oznacza tylko, że akta odbędą podróż. Akta w Polsce są jak pielgrzymi: idą od świątyni do świątyni, niosąc w sobie tajemnicę, której nikt nie chce rozpoznać.

Sprawa trafiła więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia w Warszawie, VIII Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych. Sygnatura: VIII P 402/26.

I tam wydarzył się cud.

Sąd pracy orzekł, że sprawa nie jest dla sądu pracy. Pozew odrzucono.

A zatem mamy obrazek godny podręcznika do patologii państwa prawnego. NSA w III OSK 1846/23 mówi: sąd administracyjny nie, bo sprawa ma charakter pracowniczy. Sąd Okręgowy w XIV P 33/26 mówi: właściwy będzie rejonowy sąd pracy. Sąd Rejonowy w VIII P 402/26 mówi: sąd pracy też nie.

Wynika z tego, że urlop wychowawczy pułkownika M. należy do jurysdykcji metafizycznej.

Nie administracyjnej, nie powszechnej, nie pracowniczej, nie wojskowej. Może właściwy byłby sąd ostateczny, ale ten podobno zajmuje się duszami, nie urlopami.

W postanowieniu z 28 maja 2026 r. sąd rejonowy odkrył rzecz doniosłą: żołnierz nie jest pracownikiem. Odkrycie to, choć prawdziwe, ma wartość intelektualną stwierdzenia, że koń nie jest fortepianem. Problem polegał bowiem nie na tym, czy żołnierz jest pracownikiem, lecz na tym, że ustawa sama odsyła do Kodeksu pracy. A Kodeks postępowania cywilnego zna taki wynalazek jak sprawy z innych stosunków prawnych, do których stosuje się przepisy prawa pracy.

Ale po co komplikować prostą odmowę?

Lepiej powiedzieć: żołnierz nie pracownik, pozew do kosza, następny proszę.

W tej sprawie pojawił się jeszcze smaczek personalno-ustrojowy. Orzekał sędzia Jacek Jaruchowski. Według dostępnych informacji świeżo powołany na urząd sędziego Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia. Nominacja 11 maja 2026 r. Postanowienie o odrzuceniu pozwu — 28 maja 2026 r.

Siedemnaście dni. Tyle w Polsce potrzeba, żeby z adwokata stać się sędzią i od razu wytłumaczyć obywatelowi, że sąd nie jest od sądzenia jego sprawy.

Oczywiście nie wolno mówić, że samo świeże powołanie czyni kogokolwiek złym sędzią. Broń Boże. W Polsce wszystko jest legalne, dopóki obywatel nie zacznie pytać. Kandydaturę przepchnęła neo-KRS, Prezydent wręczył nominację, toga zawisła, łańcuch błysnął i można było zasiąść nad losem człowieka, który od 2022 r. próbuje ustalić, kto w tym państwie jest właściwy do rozpoznania jego prawa do wychowywania dziecka.

I tu następuje moment niemal poetycki: zawiadomienie o składzie sądu wygenerowano 26 maja, postanowienie wydano 28 maja, a obywatel dowiedział się o składzie razem z odpisem postanowienia, 10 czerwca.

To jest jak informacja o lekarzu prowadzącym doręczona pacjentowi razem z aktem zgonu.

Można było oczywiście złożyć wniosek o wyłączenie sędziego. Teoretycznie. W teorii obywatel ma wiele praw. Może pisać, wnosić, żądać, zaskarżać, a nawet wierzyć, że ktoś to przeczyta. Tylko że tutaj dowiedział się o składzie wtedy, kiedy skład już zdążył wyrzucić jego sprawę z sądu. Polski proces cywilny w wersji instant: najpierw orzeczenie, potem wiadomość, kto orzekał.

Elegancko. Nowocześnie. Cyfrowo.

Ale nie czepiajmy się szczegółów. Przecież państwo działa. Są pieczątki, sygnatury i doręczenia. Jest NSA III OSK 1846/23, jest SO XIV P 33/26, jest SR VIII P 402/26. Jest nawet dziecko, choć ono w tej opowieści wydaje się elementem najmniej istotnym. Bruno rośnie sobie bez zgody sądu, co może zostać uznane za naruszenie porządku czynności kancelaryjnych.

Bo w tej sprawie chodzi o czas. O to właśnie, że urlop wychowawczy ma sens wtedy, gdy dziecko jest dzieckiem. Nie wtedy, gdy po latach ktoś łaskawie stwierdzi, że ojciec miał rację, ale syn zdążył nauczyć się tabliczki mnożenia, jazdy na rowerze i pogardy dla państwa.

Pułkownik M. czeka od 2022 r. Blisko cztery lata na urlop wychowawczy. W tym czasie można skończyć studia licencjackie, wybudować dom metodą gospodarczą albo wychować dziecko z wieku niemowlęcego do przedszkolnego. Można też, jak widać, nie rozpoznać sprawy.

Polskie państwo ma szczególny talent do produkowania praw, których potem nie da się wyegzekwować. Prawo jest. Organ jest. Sąd jest. Nawet kilka sądów jest. Tylko właściwego nie ma.

To przypomina scenę z urzędu, w którym obywatel stoi przed pięcioma okienkami. W pierwszym mówią: proszę do drugiego. W drugim: proszę do trzeciego. W trzecim: proszę do sądu. W sądzie administracyjnym: proszę do sądu pracy. W sądzie pracy: proszę do diabła.

Diabeł przynajmniej by rozpoznał właściwość.

Najbardziej zabawne jest to, że cała sprawa dzieje się w państwie, które ma pełne usta rodziny. Rodzina jest na sztandarach, w spotach, w kazaniach politycznych i w ustawach. Ojcostwo jest piękne na konferencji prasowej. Dziecko jest święte w przemówieniu. Urlop wychowawczy jest ważny w broszurze.

Ale gdy konkretny ojciec, konkretny żołnierz, konkretny pułkownik M. mówi: chcę skorzystać z prawa i wychowywać syna Bruna, państwo nagle zakłada okulary urzędnika i odpowiada: „proszę wykazać właściwość”.

Właściwość stała się w tej historii słowem zaklęciem. Właściwy nie jest MON, choć zna sprawę od 2022 r. Właściwy nie jest sąd administracyjny, bo NSA mówi, że to nie administracja. Właściwy nie jest sąd pracy, bo sąd pracy mówi, że żołnierz to nie pracownik. Właściwy był Sąd Rejonowy wskazany przez Sąd Okręgowy, ale tylko do chwili, gdy sam uznał się za niewłaściwy.

Czyli właściwy jest nikt.

A skoro nikt, to obywatel przegrał z abstrakcją.

To jest właśnie polska szkoła prawa: stworzyć uprawnienie, a potem tak długo ustalać drogę jego ochrony, aż uprawnienie umrze ze starości. Urlop wychowawczy stanie się wspomnieniem, Bruno stanie się większy, a akta pozostaną pięknie zszyte.

Na końcu ktoś może nawet napisać, że sprawa była trudna.

Nie była.

Ojciec chciał wychowywać dziecko. Państwo mu nie pozwoliło. Sądy nie potrafią zdecydować, który ma to ocenić. Jeden mówi „nie ja”, drugi mówi „nie ja”, trzeci wskazuje czwartego, a czwarty wyprasza obywatela za drzwi.

Jeżeli to jest prawo do sądu, to trzeba przyznać, że bardzo oszczędnie dawkowane. Jak urlop pułkownika M. w listopadzie 2022 r.

Dwadzieścia siedem dni ojcostwa.

Cztery lata procedury.

I ani jednego sądu, który miałby odwagę powiedzieć: rozpoznajemy sprawę.

A wszystko zaczęło się od uzasadnienia wniosku, że dziecko trzeba wychowywać tak, aby Ojczyzną nie rządzili bandyci i pospolici złodzieje.

I tu pułkownik M. przegiął: państwo mogło znieść ojca, mogło znieść dziecko, mogło nawet znieść Kodeks pracy — ale nie mogło znieść perspektywy, że ktoś zacznie wychowywać obywatela odpornego na standardy urzędowe.

pułkownik (nieuznawanej rezerwy kadrowej).ojciec. prawnik.rzemieślnik niewykwalifikowany. Wróg MON-owskiego betonu. Ostrzeżenie! Materiały zawierają  treści emocjonalnie intensywne. Przed Tobą teksty zawierające treści satyryczne, przesadzone i niekoniecznie zgodne z kanonem grzeczności językowej. Zdarzają się słowa uznawane powszechnie za niecenzuralne, aluzje i brutalne poczucie humoru.  Publikacje mają charakter publicystyczny, satyryczny i subiektywny. Zawarte w nim wypowiedzi, przemyślenia oraz oceny nie mają na celu zniesławienia, obrażania ani naruszania dobrego imienia jakiejkolwiek osoby lub instytucji. Tekst może zawierać dosadne sformułowania, wulgaryzmy oraz ironię, które należy traktować jako środek wyrazu artystycznego i satyrycznego.Wszelkie podobieństwo do osób i sytuacji nie jest przypadkowe – ale i tak należy je traktować z przymrużeniem oka. Autor nie ponosi odpowiedzialności za brak dystansu u czytelnika. Czytanie odbywa się więc na własną odpowiedzialność. Jeżeli taki styl Cię drażni Drogi Czytelniku, opuść tą stronę zanim Twój umysł zderzy się z ciętym ostrzem satyry. 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka