Nie chodzi o tajemnice NATO. Nie chodzi o mapy bunkrów. Nie chodzi o plany użycia czołgów, dronów ani generałów w stanie spoczynku. Chodzi o rzecz w państwie podobno prawnym banalną: obywatel pyta organ o dokumenty dotyczące jego własnej sprawy. O opinie służbowe. O akta. O to, co w normalnym urzędzie powinno leżeć, mieć numer, dekretację i być możliwe do pokazania stronie.
I znowu musiał przyjść sąd.
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyrokiem z 19 maja 2026 r., sygn. II SAB/Wa 1050/25, zobowiązał Ministra Obrony Narodowej do rozpoznania wniosku mojej skromnej osoby z 18 września 2025 r. o udostępnienie opinii w terminie jednego miesiąca od doręczenia prawomocnego wyroku wraz z aktami sprawy. W tym samym wyroku sąd stwierdził, że bezczynność organu nie miała miejsca z rażącym naruszeniem prawa, a skargę w pozostałym zakresie oddalił.
Czyli mamy sytuację następującą: Minister był bezczynny, ale nie rażąco. Urząd nie zrobił tego, co powinien, ale widocznie zrobił to w sposób elegancki, umiarkowany i zgodny z najlepszą tradycją polskiego odwlekania. Nie udostępnił akt, nie wydał formalnego postanowienia odmownego, nie rozpoznał sprawy w terminie — ale jeszcze nie przekroczył tej magicznej granicy, za którą państwowe nicnierobienie przestaje być administracyjną manierą, a zaczyna być problemem ustrojowym.
W polskiej administracji to bardzo ważna granica. Bezczynność zwykła jest jak kurz na biurku. Bezczynność rażąca to dopiero wtedy, gdy z tego kurzu można ulepić pomnik Nieznanego Referenta.
Sąd w uzasadnieniu zauważył jednak rzecz fundamentalną: organ nie umożliwił skarżącemu wglądu w akta sprawy i nie wydał postanowienia o odmowie umożliwienia przeglądania akt. Nie uczynił tego również do dnia rozpoznania sprawy przez sąd.
To już nie jest drobne opóźnienie. To jest znana w administracji państwowej metoda „ani tak, ani nie”. Nie pokazujemy akt, ale formalnie nie odmawiamy. Nie ma decyzji, nie ma postanowienia, nie ma zażalenia, nie ma odpowiedzialności. Jest za to mgła. A w tej mgle krąży obywatel, pełnomocnik, pismo, ponaglenie i departament, który zawsze jest bardzo zajęty.
Ministerstwo próbowało także tłumaczyć, że właściwy może być nie Minister, tylko Szef Wojskowej Służby Prawnej, ewentualnie Dyrektor Departamentu Prawnego MON. To klasyczna urzędowa matrioszka: otwierasz Ministra, w środku jest Departament; otwierasz Departament, w środku jest Szef; otwierasz Szefa, w środku jest brak właściwości; otwierasz brak właściwości, w środku siedzi bezczynność i popija herbatę z kubka „służba publiczna”.
WSA akurat tego numeru nie kupił. Sąd wskazał, że organem właściwym jest Minister Obrony Narodowej, bo to on odpowiada za sprawy personalne w resorcie obrony narodowej. A jeżeli Minister miał wątpliwości co do zakresu żądania, powinien był wezwać stronę do doprecyzowania wniosku, a nie uprawiać administracyjną sztukę znikania.
I tu dochodzimy do sedna.
To nie jest historia o jednym piśmie. To jest historia o kulturze działania organu. O tym, że obywatel w sporze z administracją musi czasem iść do sądu nie po sprawiedliwość w wielkim stylu, ale po zwykłe potwierdzenie, że wniosek złożony do urzędu nie jest kartką wrzuconą do studni.
Najśmieszniejsze — oczywiście śmiechem człowieka, który już przestał wierzyć w regulamin pracy kancelarii — jest jednak coś innego. Nawet sądowi nie udało się osiągnąć tego, o co od lat walczy strona: realnego dostępu do akt sprawy. Obywatel chciał akt. Pełnomocnicy chcieli akt. Skarga dotyczyła akt. A sąd, orzekając o dostępie do akt, sam musiał oprzeć się na tym, co Ministerstwo Obrony Narodowej łaskawie zechciało przesłać jako materiał do sprawy.
Nie na pełnych, przejrzystych, uporządkowanych aktach postępowania administracyjnego. Nie na metryce sprawy. Nie na rejestrze dekretacji. Nie na kompletnym obiegu dokumentów. Tylko na resortowej paczce z gatunku: „proszę bardzo, tyle uznaliśmy za stosowne pokazać”. W państwie prawnym byłby to problem. W państwie kancelaryjno-obronnym jest to najwyraźniej metoda.
To trochę tak, jakby kontroler przyszedł sprawdzić, czy restauracja ma kuchnię, a właściciel pokazał mu menu, serwetkę i zdjęcie garnka. Po czym kontroler stwierdził: kuchni nie widziałem, ale nie przesadzajmy, właściciel wyglądał na zajętego.
To zresztą kolejny urok tej opowieści: sąd opisuje sprawę tak, jakby chodziło o jedno pisemko z września 2025 r., które zawieruszyło się między biurkiem, dyżurną dekretacją i ekspresem do kawy. Tymczasem to nie jest historia jednego wniosku. To nie jest jednorazowe potknięcie urzędu, który miał ciężki tydzień, za dużo teczek i za mało tonera. W ujęciu strony ta sprawa ciągnie się od 2022 r. jak resortowy serial bez zakończenia: sezon pierwszy — zwolnienie ze stanowiska; sezon drugi — brak akt; sezon trzeci — opinie, których nie ma albo są; sezon czwarty — departamenty przerzucają się odpowiedzialnością; sezon piąty — sąd każe rozpoznać wniosek, a widz nadal nie wie, gdzie są dokumenty.
I właśnie dlatego cała ta konstrukcja jest tak groteskowa. Strona domaga się dostępu do akt, bo chce wiedzieć, co państwo robiło w jej sprawie. Sąd stwierdza, że organ nie udostępnił akt i nie wydał postanowienia odmownego. Ale jednocześnie sąd nie rozlicza do końca, czy dostał pełne akta administracyjne, czy tylko elegancko dobrany zestaw dokumentów procesowo bezpiecznych dla organu. To już nie jest kontrola administracji. To jest teatr cieni, w którym wszyscy mówią o dokumentach, ale nikt nie może ich normalnie zobaczyć.
Merde alors — chciałoby się powiedzieć — bo nawet francuska administracja, ta legendarna katedra pieczątek, mogłaby tu zdjąć beret z podziwu.
W tle pojawia się skarga kasacyjna. I słusznie.
Skarga kasacyjna uderza przede wszystkim w to, że WSA — mimo uwzględnienia skargi na bezczynność — nie zamieścił w sentencji wyroku odrębnego, jednoznacznego stwierdzenia, że Minister Obrony Narodowej dopuścił się bezczynności. Zaskarżono także odmowę uznania tej bezczynności za rażące naruszenie prawa, zbyt wąskie ujęcie zobowiązania organu oraz brak pełnego rozliczenia problemu dostępu do akt administracyjnych.
To jest bardzo ciekawe: sąd mówi, że organ ma rozpoznać wniosek, mówi, że bezczynność nie była rażąca, ale nie wypowiada w sentencji podstawowej formuły: „organ dopuścił się bezczynności”. Jakby pacjentowi amputowano nogę, ale w dokumentacji wpisano: „zalecono obserwację kończyny dolnej”.
Kasacja ma więc walor nie tylko procesowy, ale i higieniczny. Ma posprzątać po wyroku, który niby uwzględnia skargę, ale robi to tak, żeby za bardzo nie zabolało organu. A przecież sąd administracyjny nie jest od głaskania ministerstwa po mundurze. Jest od kontroli administracji.
W tej sprawie szczególnie zabawne — oczywiście w sposób ponury — jest uzasadnienie braku rażącego naruszenia. Sąd wskazał, że zwłoka mogła wynikać z dużego obciążenia bieżącymi zadaniami oraz konieczności przeprowadzenia kwerendy.
„Kwerenda” — piękne słowo. Brzmi naukowo, miękko, niemal humanistycznie. W ustach administracji oznacza zwykle: „szukaliśmy, ale tak, żeby nie znaleźć za szybko”. Kwerenda jest tym dla urzędu, czym zasłona dymna dla czołgu. Niby coś się dzieje, ale widoczność spada do zera.
Obywatel pyta: gdzie są akta?
Urząd odpowiada: trwa kwerenda.
Obywatel pyta: czy mogę dostać postanowienie odmowne?
Urząd odpowiada: departament analizuje.
Obywatel pyta: kto jest właściwy?
Urząd odpowiada: zależy, z której strony spojrzeć na Ministra.
A potem przychodzi sąd i mówi: rozpoznać wniosek.
W ten sposób państwo polskie wykonuje pełny obrót administracyjny: od wniosku, przez milczenie, przez ponaglenie, przez skargę, aż do wyroku, który przypomina organowi, że strona ma prawo do akt. Czyli do czegoś, co powinno być oczywiste od pierwszego dnia.
Najbardziej absurdalne jest to, że mówimy o resorcie obrony. O instytucji, która z definicji powinna działać sprawnie, hierarchicznie, terminowo i odpowiedzialnie. Tymczasem w sprawie obywatela resort zachowuje się jak kancelaria parafialna po remoncie: nikt nic nie wie, dokumenty gdzieś są, proboszcz nieobecny, organista milczy, a kościelny twierdzi, że trzeba pytać w kurii.
Tylko że tu nie chodzi o parafialną księgę chrztów z 1978 r., schowaną za szafą po ostatnim remoncie plebanii. Chodzi o akta sprawy personalnej, opinie prawne i dokumenty w centralnym organie administracji państwowej.
Dlatego ten drugi wyrok jest ważniejszy od pierwszego.
Pierwszy można było uznać za przypadek. Drugi pokazuje system. Nie system w znaczeniu informatycznym, bo ten zwykle nie działa. System w znaczeniu obyczaju: przeciągnąć, rozproszyć, nie odmówić, nie udostępnić, nie doprecyzować, nie przyznać, że sprawa istnieje — a gdy przyjdzie sąd, powiedzieć, że było dużo pracy.
Tak rodzi się nowoczesna administracja defensywna. Nie załatwia sprawy, tylko broni się przed jej załatwieniem. Nie rozstrzyga, tylko rozprasza. Nie wydaje akt, tylko generuje legendę o ich poszukiwaniu. Nie mówi „nie”, bo od „nie” przysługuje środek zaskarżenia. Mówi więc nic. A nic — odpowiednio zadekretowane — w polskiej administracji potrafi trwać latami.
Skarga kasacyjna będzie więc kolejnym testem: czy Naczelny Sąd Administracyjny uzna, że taka bezczynność centralnego organu to tylko urzędowa zadyszka, czy jednak kwalifikowana choroba państwa.
Bo jeżeli Minister Obrony Narodowej może nie udostępnić akt, nie wydać postanowienia odmownego, nie rozpoznać wniosku w pełnym zakresie, przerzucać odpowiedzialność między własnymi komórkami, przesłać sądowi to, co sam uzna za stosowne, a potem jeszcze usłyszeć, że to nie było „rażące” naruszenie prawa — to znaczy, że rażącość w polskiej administracji zaczyna się dopiero tam, gdzie kończy się zdrowy rozsądek, a zaczyna kronika kryminalno-kancelaryjna.
Dyrektor Departamentu Prawnego musiałby chyba wyjść na dziedziniec MON nagi jak prawda procesowa, pijany jak legenda o sprawnym państwie, z aktami pod pachą i pieczątką w zębach, podpalić segregatory służbową zapalniczką, a potem w protokole napisać, że była to „pogłębiona kwerenda z elementem termicznej analizy materiału dowodowego”.
I dopiero wtedy sąd mógłby z wahaniem odnotować, że organ — być może — przekroczył granice administracyjnej powściągliwości.
Na razie mamy tylko bezczynność.
Kolejną.
Potwierdzoną wyrokiem.
I skargę kasacyjną w drodze.
Ministerstwo Bezczynności Narodowej pracuje więc nadal. W swoim tempie. To znaczy: procesowo udaje, że pracuje, administracyjnie czeka, a sądownie jest budzone co kilka miesięcy.
W państwie prawa obywatel ma prawo do akt.
W państwie resortowej bezczynności obywatel ma prawo do wyroku, który przypomni ministrowi, że akta istnieją.
A jeśli ma dużo cierpliwości, trochę zdrowia i pełnomocnika, który nie zemdleje od oparów kwerendy — może kiedyś nawet je zobaczy.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)