Są ludzie, którzy nadają się do prowadzenia przychodni. Są tacy, którzy potrafią zarządzać gabinetem lekarskim. A potem są czasy, w których ktoś wpada na pomysł, że skoro potrafi wypisać receptę, to równie dobrze poprowadzi resort obrony narodowej. Efekty? Rosyjska rakieta znowu ląduje na terytorium Polski, a minister obrony zachowuje się tak, jakby ktoś zgubił bagaż na lotnisku.
Polska nie ma dziś ministra wojny. Ma ministra komunikatów. Specjalistę od uspokajania nastrojów, zapewnień, konferencji prasowych i okrągłych zdań, z których nic nie wynika. Gdy państwo zostaje wystawione na próbę, obywatel słyszy przede wszystkim, że “trwa analiza”, “wyjaśniamy okoliczności” i “nie ma podstaw do eskalacji”. To brzmi bardziej jak opis pracy komisji sanitarnej niż resortu odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa.
Najbardziej uderza jednak brak elementarnej logiki strategicznej. Nie ma przecież większego znaczenia, czy rosyjski pocisk spadł przez pomyłkę, z powodu awarii, czy był świadomą prowokacją. Z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa rezultat jest identyczny – obce uzbrojenie narusza przestrzeń bezpieczeństwa państwa należącego do NATO.
Problem nie polega więc wyłącznie na samej rakiecie. Problemem jest sygnał wysyłany do Moskwy. Każda miękka reakcja uczy agresora jednego: można testować granice cierpliwości Zachodu centymetr po centymetrze. Dzisiaj dron. Jutro rakieta. Pojutrze kolejne “przypadkowe” naruszenie. Historia uczy, że prowokacje żywią się bezkarnością.
Rolą ministra obrony nie jest jedynie komentowanie incydentów. Rolą ministra jest budowanie wiarygodnego odstraszania. To oznacza natychmiastowe uruchamianie konsultacji sojuszniczych, jasne komunikowanie stanowiska Polski w ramach NATO i konsekwentne wzmacnianie przekazu, że naruszenia bezpieczeństwa państw Sojuszu są traktowane z najwyższą powagą. Nie po to istnieją sojusze wojskowe, aby ograniczały się do wydawania komunikatów pełnych dyplomatycznych eufemizmów.
Minister obrony powinien rozumieć prostą zasadę: odstraszanie działa wyłącznie wtedy, gdy druga strona wierzy, że państwo jest przygotowane do zdecydowanej obrony własnego terytorium i własnych obywateli. Jeśli zamiast tego widzi konferencje prasowe i kolejne uspokajające deklaracje, otrzymuje zachętę do dalszego sprawdzania granic.
Można oczywiście powtarzać, że nie należy eskalować napięcia. To prawda. Ale czym innym jest odpowiedzialność, a czym innym polityka polegająca na sprawianiu wrażenia, że nic szczególnego się nie wydarzyło. Państwo poważne nie reaguje histerią. Państwo poważne reaguje stanowczością.
Największym problemem nie jest więc nawet kolejna rakieta. Największym problemem jest świadomość, że w chwili próby ster bezpieczeństwa państwa znajduje się w rękach człowieka, który sprawia wrażenie, jakby każdą sytuację kryzysową chciał najpierw… skonsultować, uspokoić i opisać komunikatem.
A bezpieczeństwo państwa nie jest dziedziną, w której wystarczy dobrze wypaść przed kamerami. Tam liczy się jedno – czy przeciwnik uwierzy, że za słowami stoi realna gotowość do obrony. Jeśli nie uwierzy, kolejne rakiety mogą już nie być tylko “incydentami”.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)