6 obserwujących
162 notki
81k odsłon
  411   0

Ojciec Redaktor.

Wziąłem udział w rekrutacji na stanowisko kierownika działu reklamy w pewnym wydawnictwie o naukowych aspiracjach. Było to zgoła 10 lat temu, przeskoczyłem sprytnie między działem reklamy lokalnej gazety na kierowniczy stołek w ogólnopolskim wydawnictwie periodyków związanych z samorządami. Rekrutacja była kilkuetapowa. Najpierw cv i list, przeszedłem. Mam wieloletnie doświadczenie menedżerskie. Potem rozmowa kwalifikacyjna z redaktorem naczelnym, dyrektorem wydawnictwa. Przeszedłem, aczkolwiek zauważyłem istotne podobieństwo tegoż redaktora do jednego z programistów-planistów w Jeronimo Martins i spytałem czy nie ma starszego brata w tejże spółce, bo podobieństwo jest uderzające. Zareagował ów redaktor dziwnie, osłupieniem i sytuacyjną złośliwością. Znajomości z tymże się wyparł. Rozmowę przeszedłem. Pojechałem na stopa do domu jakieś 200 km żeby zresetować się po tym zjawisku empirycznym rozmowami z normalnymi ludźmi w czasie podwózki. O 16.00 dzwoni ów redaktor, że na następny dzień na 12.00 mam pojawić się z prognozą reklamową i planem rozwoju działu oraz strony internetowej wydawnictwa. No cóż, nie miałem komputera w domu, bo zepsuty, uprosiłem bibliotekarkę i napisałem pierwszą stronę w swojej bibliotece. Przeniosłem tekst na pendrive, przespałem się w chacie i ruszyłem do wielkiego miasta do mojej starej biblioteki wydziałowej.

Byłem tuż przed jej otwarciem. Miałem 2 godziny czasu i czułem się jak na szkoleniu w firmie farmaceutycznej. Jeszcze są tacy, którzy takie szkolenia pamiętają – nasiadówka przez 8 godzin potem 100 stron tekstu do opanowania na następny dzień. No cóż przejrzałem po raz kolejny stronę i podstrony, napisałem co widzę jako rozwój i wydrukowałem wszystkiego jakieś trzy strony A4. Pobiegłem na tramwaj, dojechałem godzinę przed czasem i zapytałem z szerokim uśmiechem czy mogę mieć rozmowę godzinę wcześniej, bo się spieszę. Rozmowę przeprowadzali ze mną we dwóch – wiceprezes wydawnictwa i oczywiście wybitny redaktor naczelny - dyrektor wydawnictwa. Co niektórzy widzą w tak rozbudowanych tytułach nie wiadomo. Pewnie ważność i prestiż. Podałem im jeden egzemplarz treści prognoz i planu rozwoju. Byli zdziwieni, że po pierwsze zrobiłem tego aż tyle i z sensem, a po drugie byłem jedynym kandydatem, który wykonał polecenie w tym krótkim czasie. No zależało mi na tej pracy, więc się maksymalnie spiąłem. Przyjęli mnie na okres próbny, na umowę zlecenie 2,5tysia netto. Dyrektor wydawnictwa – redaktor naczelny solennie mi obiecał, że jeśli wykonam 100% postawionego przede mną planu w trzy miesiące, to zatrudnią mnie na etat na czas nieokreślony z podwójnym wynagrodzeniem. Może dalej pisząc o tym niewątpliwie wykształconym, ale strasznie bufonowatym redaktorze, zrobię skrót tytułu do Ojciec Redaktor. W branżę wydawniczą, dla mnie nową, wprowadzał mnie poprzednik Kostek (imię zmienione). Kiedy w drugim tygodniu jego wypowiedzenia kazał mi pokazać mój plan do realizacji w powierzchniach reklamowych oczywiście mu go pokazałem. Kostek złapał się za głowę i prawie się zaśmiał. Powiedział mi, że ten plan to jest plan podkręcony o 30% w górę w stosunku do planu jaki on przed zwolnieniem miał w kolejnych miesiącach zrealizować. Pomyślałem, a tu Cię mam złośliwy Ojcze Redaktorze. Zapytałem Kostka, gdzie leży "klu" tego pomysłu. Powiedział, że Ojciec Redaktor będzie mnie, tak jak jemu, kłody pod nogi rzucał. Będzie to zmniejszanie powierzchni do dyspozycji działu reklamy kosztem artykułów, będzie to blokowanie innowacyjnych pomysłów wyciągających wydawnictwo z dołka finansowego oraz wszystko inne co będzie mi przeszkadzać w bieżącym zarządzaniu działem i 10-cioma specjalistami wraz z zastępcą. Spytałem dlaczego tak działa, Kostek odpowiedział – bo lubi gnoić ludzi.

Zawziąłem się. Pokazałem przedstawicielom specjalistom, że można kontrakt na 12-15tysi podpisać niemalże przez telefon z dziekanem wydziału środowiska jednego z większych uniwersytetów w Polsce, pokazałem jak można zmienić obsługę prawną i graficzną zleceń. Pierwszą kłodę betonową Ojciec Redaktor rzucił mi po trzech tygodniach. Oświadczył, że niemożliwe jest aby wydanie targowe jednego z miesięczników było powiększone o 6 stron reklam kosztem artykułów branżowych czy naukowych. Targowe wydawnictwo, jak zdążyłem się zorientować po wynikach kilkuletnich, nie przynosiło takich efektów jak zakładane. Obszedłem wszystkich redaktorów, pogadałem, ponegocjowałem. Jeden z nich polecił mi porozmawianie o zwiększeniu liczby stron z szefem profesorskiego składu naukowego. Poszedłem, przedstawiłem korzyści dla wydawnictwa, poprosiłem o wstawiennictwo ze zgodą na rozszerzenie u Ojca Redaktora. Wystarczył jeden telefon, miałem wrażenie, że po drugiej stronie słuchawki Ojciec Redaktor stoi w czasie rozmowy i to na baczność. Dostałem więcej stron. Poinformowałem zespół – okrzyknięto mnie cudotwórcą. Zespół podążył za rozszerzeniem także w pozostałych miesięcznikach.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura