7 obserwujących
181 notek
96k odsłon
  307   0

dojenie prezesa

Jakiś czas temu w wielkiej, ogólnopolskiej firmie multimedialnej, oferującej internet, telewizję i telefony zatrudniono nowego regionalnego kierownika, który miał uratować sytuację znacznego spadku umów z klientami w regionie. Menedżer ów miał podnieść poziom sprzedaży, zatrudnić przedstawicieli handlowych i w raportach przekazywać analizy dotyczące konkurencji czy zagrożeń dla biznesu. Menedżer po trzech miesiącach miał już gotową listę przyczyn, dlaczego siadła sprzedaż w tym regionie. Nie mniej jednak odbijał się od dyrektora regionu jak od ściany, gdy tylko próbował coś wynegocjować lub polepszyć sytuację działu handlowego.

Zaczął więc przepytywać pracowników innych działów na temat relacji, zachowań biznesowych w regionie, przyczyn spadku i braku wydolności podłączeniowej. Ogólnie wszyscy dyrektora regionu mimo młodego wieku się bali i uważali go za skurw...na. Opowiadali, że buduje dom i gdzie może tam ludzi tnie na kasie. No i szycha, syn radnego, a czasami przewodniczącego z ramienia SLD w radzie miasta. Komentarze kończyły się zwykle stwierdzeniem, że na taką władzę ten menedżer nic nie poradzi.

O zbieraniu informacji dowiedział się dyrektor regionu, czyli jego bezpośredni szef. Wezwał go na dywanik, postraszył prezesem w Warszawie oraz tym, że jest w stanie tak uprzyjemnić mu życie, że ten z pracy zrezygnuje lub spadną mu wyniki. Dopili kawkę, po czym wyciągnął glejt, jakoby przez te trzy miesiące menedżer narobił sobie wrogów w biurze obsługi klienta, kiedy walczył z konkurencją w dzielnicach miasta, na których szczególnie zależało prezesowi spółki (jednocześnie właścicielowi większościowego pakietu udziałów). Menedżer się obruszył, że walczył zgodnie z ideą nakreśloną mu przez supervisora, zupełnie legalnie, niższą, dopuszczalną przepisami ceną za usługi. W krótkim czasie jego dział handlowy podpisał w tym regionie 600umów, które przez trzy miesiące leżały niezrealizowane przez dział obsługi klienta. Dyrektor twierdził, że to wina menedżera, bo nie byli jako firma przygotowani na realizację takiej liczby umów i potrójnej liczby usług w tak krótkim czasie. Menedżer poszedł do eksploatacji i dowiedział się, że to nie ich wina, tylko Doroty D., kierowniczki, bo to ona im ich nie daje do realizacji, poza tym dyrektor powiedział, że za montaże tych usług zapłaci im niższą stawkę niż wynegocjowana wcześniej zeszłoroczna. Różnicę z tytułu tych cen usług dyrektor odbierał dla siebie, na budowę domu, w fakturze za usługi marketingowe, których nie świadczył.

Tajemnicą poliszynela było to, że oprócz działu technicznego i eksploatacji pozostałe działy były zatrudniane w formie działalności gospodarczej jako samozatrudnienie lub w innej formie mało dogodnej dla menedżerów wszystkich szczebli. Podobno chodziło o zamieszanie jakie wywołują kontrole PIP, czy US oraz pełną dyspozycyjność bez urlopów.

W tym czasie przyjechał do biura regionu na kontrolę jeden z członków zarządu Wojciech, przeprowadził z menedżerem rozmowę dyscyplinującą, uprzejmie wyjaśnił, że dyrektor regionu jest jego człowiekiem, a menedżer ma dbać o dział z całych sił tak, by przynosić splendor dyrektorowi i dobrze wyrażać się o dyrektorze przy prezesie, bo to zapewni menedżerowi dalszą owocną współpracę w formie samozatrudnienia. Menedżer obiecał, że będzie wysławiał dyrektora regionu pod niebiosa i w zamian dostał umowę na czas określony ośmiu lat z obietnicą wyrzucenia glejtu „600 umów D-linki” do niszczarki. Gdyby wiedział wtedy jak dyrektor zamierza doić prezesa na wszelkie możliwe sposoby i jak zamierza utrudniać mu pracę razem z dyrektorem ogólnokrajowym, nie obiecywałby nic, co mogłoby mu zablokować jakiekolwiek formy sprzeciwu.

Okazało się, że dyrektor nie zamierza zrealizować wszystkich umów na obszarze miasta, na którego przejęciu w usługach zależało prezesowi. Dział obsługi klienta obdzwaniał klientów z tych umów po trzech miesiącach, zapraszał do punktów obsługi na podpisanie nowych umów z nowymi rabatami, jednocześnie zabierając te umowy za zgodą dyrektora przedstawicielom handlowym. Tak 2/3 umów nie zostało zrealizowanych, a 1/3 ukradł bok. W dziale podniósł się krzyk, przedstawiciele byli zatrudniani na umowy prowizyjne od sprzedaży i podłączenia usług. Menedżer miał bunt pracowniczy tak jak obiecał mu dyrektor.

Stara zasada handlowa mówi, jak wyrzucają cię drzwiami, wchodź oknem. Menedżer postanowił zasięgnąć języka w innych działach na terenie Polski, by przekonać się, czy wszędzie dyrektorzy regionów podrzucają takie świnie menedżerom i prezesowi. Okazało się, że tylko w jego regionie jest dyrektor, który ma parcie na kasę większe niż najwięksi bandyci.

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura