Historia zaczęła się w momencie, gdy państwowe instytucje podejmowały decyzje o przekazywaniu ogromnych środków finansowych i sprzętu w ramach pomocy dla Ukrainy. Właśnie wtedy — jak wynika z medialnych doniesień — spółki powiązane z twórcą marki Red is Bad otrzymały od Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych kontrakty warte setki milionów złotych, głównie na dostawy agregatów prądotwórczych deklarowanych jako pomoc dla ukraińskiej strony.
Medialnie wyglądało to tak: w czasach, gdy polski podatnik liczył każdą złotówkę, a państwowe środki znikały szybciej niż ciepłe bułki z piekarni o świcie, pojawiła się ona — firma, której nikt nie podejrzewał o tak doniosłą misję. Nie partia, nie ministerstwo, nie komisja śledcza. A… patriotyczny Red is Bad.
Według niektórych opowieści to właśnie ta marka odzieżowa, znana z narodowych koszulek, miała stanąć — przynajmniej w narracji komentatorów — na drodze wielkiego exodusu polskiego majątku w stronę być może nawet i ukraińskich oligarchów. Gdy polskojęzyczni decydenci szykowali się, by lekką ręką wysłać setki milionów złotych w świat, Red is Bad — niczym współczesna husaria z memów — zasłoniła budżet własną piersią i powiedziała: „Nie oddamy ani grosza! Zostaje w Polsce!”
I tak narodziła się legenda o patriotycznym przedsiębiorcy, który — jak opisują media — kupił agregaty w Chinach za 69 mln zł, po czym sprzedał je RARS za ponad 351 mln. Czy to marża? Ależ skąd. To ekonomiczna reduta. Mur obronny wokół narodowego kapitału. Czyn obywatelski, który — gdyby żył Sienkiewicz — pewnie znalazłby swoje miejsce w jakiejś nowej „Trylogii”.
Bo przecież gdyby nie Red is Bad, te pieniądze mogłyby — o zgrozo — w całości trafić do jakichś zagranicznych podmiotów. A tak? Część została w kraju. Szkoda tylko, że akurat w takim modelu BMW, ale za to kupionym w Polsce. W apartamentach w Warszawie — to przecież oczywisty i godny pochwały gest. W kolekcjonerskich monetach, które — jak wiadomo — są fundamentem narodowej dumy i inwestycją w przyszłość.
W ten sposób Red is Bad zapisało się w historii jako firma, która — w opowieściach krążących po mediach — nie tylko zarabiała, ale wręcz poświęcała się dla dobra obywateli, zatrzymując polski grosz w polskich granicach, zanim mógłby — nie daj Boże — trafić w obce ręce. Bo jeśli wierzyć tej narracji, to nie jest zwykły biznes. To misja narodowa. Ekonomiczna husaria, która nie dopuściła do „wyprowadzania majątku”, tylko — jak prawdziwy patriota — zadbała, by pieniądze zostały tam, gdzie ich miejsce: w kraju, w firmie, w apartamencie, w garażu, w sejfie. A że przy okazji trochę ich się rozmnożyło? Cóż — patriotyzm kosztuje.
I tak kończy się ta epopeja o ekonomicznej husarii, która własną marżą zasłaniała ojczyznę przed wyciekiem majątku. Bo w Polsce los patriotów bywa przewrotny: jedni ratują budżet, inni ratują agregaty, a jeszcze inni — jak głosi narracja — ratują miliony przed zagraniczną wędrówką. A potem, ku zdumieniu wszystkich, okazuje się, że za takie poświęcenie ojczyzna potrafi odwdzięczyć się w sposób wyjątkowo konsekwentny: osadzając narodowych bohaterów tam, gdzie — według niektórych — dziś mieści się centrum polskiej sprawiedliwości. W więzieniu.
Bo cóż — jak widać — w naszym kraju nawet patriotyzm ma swoje granice. Najczęściej z kratami.
Tekst ma charakter satyryczny. Wszystkie przedstawione tu obrazy, motywy i narracje są literacko‑publicystyczną interpretacją, a nie opisem rzeczywistych zdarzeń.
#felieton #satyra #publicystyka #ironia #patriotyzm #polityka #media #komentarz #społeczeństwo #blog


Komentarze
Pokaż komentarze (3)