Minęło czterdzieści lat. I nagle okazuje się, że historia ma poczucie humoru ostrzejsze niż niejeden kabareciarz. Bo owszem — podporządkowanie Moskwie się skończyło. Ale w zamian pojawił się świat, w którym decyzje zapadają w ramach sojuszy, sankcji, regulacji, pakietów, wspólnych stanowisk i geopolitycznych konieczności. Wolność okazała się nie absolutna, lecz negocjowana. A negocjacje zawsze mają swoje ograniczenia.
Wystarczy spojrzeć na rynek paliw. Ten sam, który dziś zachowuje się — jak piszą analitycy — „jak ropa na sterydach” . Ceny paliwa biją rekordy, średnie destylaty szaleją, a Europa od lat ma strukturalny deficyt. Do tego dochodzi eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie, która podbiła ceny jeszcze bardziej .
I w tym wszystkim pojawia się pomysł, który brzmi jak scenariusz programu telewizyjnego: „A może wyznaczyć jednego dystrybutora, na przykład MOL-a, który sprzedawałby rosyjskie paliwa, a reszta niech sprzedaje amerykańskie. Niech konsumenci zdecydują, na kogo nałożyć embargo”.
Wyobraźmy to sobie. Na jednej stacji benzynowej dystrybutor z wielkim napisem: „Paliwo rosyjskie — 3 zł, ale z moralnym kacem”. Obok drugi: „Paliwo zachodnie — 10 zł, ale z certyfikatem zgodności z wartościami”. I teraz obserwujemy naród, który od dekad deklaruje, że wolność jest bezcenna. A potem patrzymy, jak ten sam naród stoi przy kasie i liczy: wolność — wolnością, wartości — wartościami.
Wolny rynek w wersji geopolitycznej: „Pokaż mi, co tankujesz, a powiem ci, jaką masz politykę zagraniczną”.
Problem w tym, że współczesny wolny rynek nie dopuszcza dwóch równoległych systemów paliwowych. Nie ma „rosyjskiej benzyny” i „amerykańskiej benzyny” w osobnych zbiornikach. Nie ma wolnego wyboru konsumenta. Są sankcje, są zobowiązania, są sojusze. I są realia rynku, który w Europie od lat jest uzależniony od importu średnich destylatów, a zapasy spadają poniżej średniej.
I nagle okazuje się, że ta wolność, o którą walczono w latach 80., nie polega na tym, że każdy tankuje, co chce. Polega na tym, że państwo podejmuje decyzje w ramach większej układanki, w której „polski kapitalizm” nie jest kwestią indywidualnego wyboru przy dystrybutorze.
Czy więc walczono o koniec podporządkowania Moskwie tylko po to, by zacząć podporządkowanie komuś innemu? To kusząca teza - politycznie nośna, publicystycznie efektowna. I może właśnie to jest największa ironia tamtej epoki: walczono o wolność absolutną, a otrzymano wolność negocjowaną. Bo w świecie, w którym wybrańcy tankują rosyjską ropę za 30% wartości rynkowej - 3 zł/1l - są też tacy, którzy - jak Polska - płacą 10 zł/1l. Słono, ale honorowo. Tylko pytanie, czy obywatele naprawdę podzielają ten pogląd. Bo jeśli kiedyś w Polsce zastanawiano się, czy gaz rosyjski pali się gorzej, to dziś można równie dobrze zapytać, czy niezależność pali się lepiej, skoro kosztuje 10 zł za litr.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)