Jedni powiedzą: tak. Wreszcie byłoby narzędzie, które zmienia logikę wyborów. Nie tylko „na kogo głosujesz”, ale też „kogo nie chcesz widzieć w polityce”. Dla części wyborców to mogłoby być coś przełomowego — zamiast biernej frustracji pojawia się aktywne działanie. „Skoro mogę kogoś rozliczyć, to idę głosować” — argumentują zwolennicy tego pomysłu.
W tej optyce wybory przestają być wyłącznie wyborem mniejszego zła, a stają się również mechanizmem obywatelskiej kontroli. Zwolennicy podkreślają, że wielu ludzi nie głosuje nie dlatego, że są całkowicie obojętni, ale dlatego, że nie widzą realnego wpływu na scenę polityczną. Możliwość eliminowania kandydatów miałaby ten wpływ zwiększyć i przyciągnąć do urn osoby dotąd bierne.
Pojawia się też argument psychologiczny: emocje negatywne mobilizują silniej niż pozytywne. Łatwiej jest zmobilizować ludzi do „powstrzymania kogoś”, niż do poparcia abstrakcyjnego programu. W tym sensie skreślanie kandydatów mogłoby działać jak silny bodziec frekwencyjny.
W praktyce decyzje wyborcze rzadko są w pełni indywidualne — dużo częściej to efekt zbiorowej fali, w której działa zwykły owczy pęd: ktoś odpala narrację, media ją podchwytują, ludzie powtarzają w rozmowach i nagle całe grupy zaczynają iść w jednym kierunku, bardziej z rozpędu niż z refleksji. W takim świecie oczekiwanie chłodnej, podręcznikowej racjonalności od wyborcy jest złudzeniem.
I tak spór zamyka się w jednym pytaniu: czy demokracja ma bardziej nagradzać pozytywny wybór, czy dawać obywatelowi także narzędzie do negatywnego rozliczenia? A jeśli tak, to zapewne szybko znalazłby się pierwszy „lider rankingu zaufania w drugą stronę” — i kto nim by był?
109
BLOG
Co jakiś czas wraca w debacie publicznej prosta intuicja: skoro ludzie są sfrustrowani politykami, to dajmy im narzędzie, żeby ich „wykreślić”. Brzmi to jak demokratyczne oczyszczenie systemu — coś między wentylem bezpieczeństwa a obywatelskim batem na klasy polityczne. A przy okazji miałoby to przyciągnąć do urn tych, którzy dziś mówią: „nie idę, bo nie mam na kogo głosować”.
Na pierwszy rzut oka logika wydaje się kusząca. Jeśli ktoś nie chce głosować „za”, to może chętnie zagłosuje „przeciw”. Jeśli wyborca ma możliwość symbolicznego usunięcia polityka, którego nie znosi, może uznać, że jednak warto pójść do lokalu wyborczego.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)