Dawid Wildstein Dawid Wildstein
1027
BLOG

Polscy misjonarze nie są tchórzami

Dawid Wildstein Dawid Wildstein Polityka Obserwuj notkę 11

Zmieniamy szybko szerokość geograficzną.

Są rzeczy, które nie mogą, nie chcą mi wyjść z pamięci. Jedną z nich jest ten afrykański kraj, utopiony w pyle i krwi, gdzie działają nasi bracia. Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.

Niedawno zakończyliśmy Wielkanoc. Pamiętajmy o naszych misjonarzach. To historia o nich.

Parafia misjonarza Benedykta Pączki. Ostry upał. Siedmiu czarnoskórych mężczyzn w mundurach i z kałasznikowami stoi przy drodze wijącej się przez busz. Zatrzymują kolejnych przejeżdżających. Każą im się położyć, twarzami do ziemi. Rozlegają się strzały. Osiem trupów. To cywile. Obok siebie martwy ojciec i syn. Ofiarą mógł być każdy, kto akurat był na tej uczęszczanej drodze. Ofiarami mogli być także polscy misjonarze.

Kilkunastu misjonarzy i misjonarek w jednym z najbardziej niebezpiecznych państw świata. Nasi rodacy. W samym sercu Afryki. W Republice Środkowej Afryki. Gdzie trwa wojna domowa. Każdego dnia misjonarze ryzykują wszystko. Praktycznie każdy z nich wie, co to znaczy zostać ostrzelany, każdy liczy się z ryzykiem utraty życia, porwania. Każdy z nich wie, jak brzmią strzały karabinów nocą obok misji. Wie co znaczy uciekać ze swoimi wiernymi przez busz, by ukryć się przed siejącymi śmierć bojówkami.

Strach jest nieodłączną częścią życia naszych misjonarzy oraz ich wiernych. Boją się, że za chwilę znów zaczną się pogromy i walki.

Ostatnio jednak, jak sami pisali, zaczynało być spokojniej. Pojawiła się nadzieja, że sytuacja się ustabilizuje. Niestety nasi misjonarze mylili się. Mord jaki odbył się w parafii Benedykta Pączki, mord na zupełnie losowych ludziach, wygląda wręcz jak rodzaj prowokacji wobec wojsk ONZ-et stacjonujących w tym rejonie, wobec polskich księży tam działających.

Kilka dni po masakrze przy drodze bandyci porywają na terenie parafii trzy osoby. Młodego mężczyznę i dwójkę kobiet. Ciało chłopaka zostało w niedzielę znalezione przez jego rodzinę. Los kobiet pozostaje nieznany, chociaż nikt już nie wierzy w możliwość szczęśliwego końca.

Jak mówi Benedykt Pączka​, wszystko wskazuje na to, że zabójstw tych dokonali tzw. „ekselekowcy”.

„Selekowcy” to w większości bojownicy bądź nomadzi z Czadu i Sudanu (oba te państwa granicą z RŚA), którzy najechali ten kraj. Konflikt miał swoje apogeum w 2014 r. W odpowiedzi na terror najeźdźców powstały tzw. milicje „Anty-balaka” (w dosł. tłum. - „anty-maczety”) w znacznej części rekrutujące się z miejscowych rolników bądź pasterzy. Udało im się przegnać z zachodniej części kraju selekowców. zdaniem Benedykta Pączki, ten kto dokonał mordu był przeszkolony i dobrze znał teren. Dlatego sądzi, że to wygnani niegdyś Selekowcy zaczynają wracać i się mścić.

Sytuacja się pogarsza. W związku z możliwością wybuchu kolejnej fali przemocy Kamerun zamknął granicę z Republiką Środkowej Afryki. To poważne utrudnienie dla naszych misjonarzy i ich ludzi. RŚA to państwo upadłe, przemieszczanie się po nim bywa niebezpieczne i skomplikowane. Parafia Benedykta Pączki jest położona tuż przy granicy z Kamerunem. To tam zaopatrywała się w żywność, środki czystości itd. W obecnej sytuacji, po niezbędne zaopatrzenie, misjonarze będą musieli jechać setki kilometrów przez RŚA, kraj pogrążony w anarchii.

W obecnej sytuacji, ludzie próbują wziąć sprawy w swoje ręce. Spontanicznie powstają grupy „wioskowej samoobrony”, które patrolują teren, na którym doszło do masakry. Ale zdaniem Benedykta, to nie wystarczy...

Sami misjonarze początkowo byli sytuacją przerażeni. Jak opowiada Benedykt Pączka, przez pierwsze noce po masakrze wciąż powracały do niego obrazy zwłok i krwi, cierpienia rodzin. Jednak wspólnota braci i modlitwa przynosi jakaś formę ukojenia: „to co dodaje mi siły to moi bracia z którymi mieszkam. Nie jesteśmy sami i to jest nasza odwaga”.

Pytam się Benedykta, czy zostawi swoich ludzi? Ale jeszcze zanim padnie to pytanie, znam odpowiedź. Oni ich nigdy nie zostawią. Dlatego tu przyjechali. Dlatego tu wytrzymali, gdy Seleka zaczęła mordować. Bo postrzegają to jako swój obowiązek, jako konieczny element swojej wiary i posługi.
„Wyjechać? To moi ludzie. Tu jestem potrzebny. To nie wchodzi w rachubę, oni liczą na naszą pomoc. A my nie jesteśmy tchórzami”- mówi Benek.


Kilka dni po masakrze. Przy bramie misji do Benedykta Pączki podchodzi młodzieniec. To brat jednej z ofiar maskary. Przejechał na rowerze kilkadziesiąt kilometrów by porozmawiać z misjonarzem. Prosi Benka by pozwolił mu popatrzeć na zdjęcia ciała jego brata. Misjonarz zaprasza go do pokoju, włącza komputer, pokazuje fotografie. Młody mężczyzna zaczyna płakać.

Opowiada o swoim młodszym bracie. Nazywał się Zache Hanzakami, miał 21 lat. Był uczniem liceum w Ngaoundaye i właśnie w sobotę jechał do domu, na rowerze, aby zabrać na kolejne dni pobytu w Ngaoundaye coś do jedzenia.

Gość uspokaja się, zbiera do wyjścia. Wcześniej ma do Benka jedną prośbę. Chciałby wydrukować i zabrać dla rodziny jedną z fotografii zmasakrowanego ciała jego brata. To jedyne zdjęcie chłopca jakie będą mieli. Pozwoli im pamiętać.
 
Pomóż!

Polscy misjonarze działają w Republice Środkowej Afryki od wielu lat. Mimo kolejnych wojen i masakr nie zostawili swoich ludzi. Dzięki ich pracy na rzecz pokoju uratowano już setki ludzkich istnień. Ale oni wciąż potrzebują Waszej pomocy. Oni i ich wierni. Jeśli chcesz pomóc- pomódl się za nich, napisz do nich albo wpłać datek na konto:


FUNDACJA KAPUCYNI I MISJE 30-298 Kraków, ul.Korzeniaka 16 26 1240 4533 1111 0010 5274 9794 z dopiskiem: Caritas Nagounadye

Pieniądze zostaną przeznaczone na pomoc rodzinom ofiar ostatnich mordów

Dziennikarz, reporter

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (11)

Inne tematy w dziale Polityka