Już za tydzień mają odbyć się wybory jednego z kandydatów na urząd prezydenta państwa. Termin wyborów został przygotowany kilka miesięcy temu i wyznaczony termin stał się podstawą kalendarza wyborczego - czyli określenia granicznych terminów kolejnych etapów kampanii wyborczej.
Kalendarz ten wskazał jednoznacznie, do którego dnia należy zgłosić komplet dokumentów na których podstawie Państwowa Komisja Wyborcza zarejestruje kandydata do udziału w wyborach.
Dość duża grupa komitetów wyborczych wyraziła gotowość zaprezentowania swojego kandydata na urząd prezydenta państwa, jednak zaledwie dziesięciu czy jedenastu kandydatów spełniła warunki określone Ordynacją Wyborczą.
Gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, poszczególni kandydaci jęli przedstawiać się z jak najlepszej strony przy jednoczesnym dyskredytowaniu innych kandydatów. Niektórzy z nich mieli poparcie dużych partii politycznych czy koalicji takich partii, inni zaproponowali całkowicie niezależnego kandydata i jednocześnie osobę o nieznanej reputacji dla większości przyszłych wyborców.
Kandydaci - wzorem udanej kampanii wyborczej Andrzeja Dudy z 2015 roku ruszyli w Polskę i tam starali się zaprezentować osobiście lokalnej społeczności. Niestety, wkrótce pojawiło się zagrożenie epidemiologiczne i raczej należało zrezygnować z dużych spotkań kandydatów z lokalnymi społecznościami. Taka sytuacja stała się w niektórych przypadkach nadzwyczaj przyjazna niektórym kandydatom, bo ograniczenie liczby spotkań z wyborcami ograniczyło samoośmieszanie się polityka. A w sytuacji kampanii wyborczej błazenada kończy się zazwyczaj porutą.
Dzisiaj mamy do czynienia z opiniami na temat polityków ubiegających się o urząd prezydenta państwa. Nie każdy z nich rozumie istotę wyborów demokratycznych. Tu wygrywa tylko ten kandydat, który uzyska największe poparcie wyborców a że jest tylko jedno miejsce - pozostali będą mieć satysfakcję z udziału w wyborach.
I tu pojawił się nowy problem. Jet to ogromna różnica popularności między kandydatami. Zawsze faworyt ma tutaj poparcie w granicach 50% a pozostali uzyskują co najwyżej połowę tego poparcia i to z tendencją malejącą do tego stopnia, że czarna konia oPOzycji bliska wygranej w II turze ustąpiła pola wszystkim kontrkandydatom opozycji z nadzwyczaj nikłą szansą II tury - i to raczej z politykami egzotycznego pochodzenia...
Taka sytuacja spowodowała wprost stan zagrożenia w szeregach opozycji. Ich zdaniem nie byłyby to już żadne wybory a jedynie plebiscyt popularności jednego kandydata z wyeliminowaniem kontrkandydatów. Gdy emocje sięgnęły zenitu, wypracowano kolejne abstrakcyjne modele - jednym z nich miałaby to być kadencja prezydenta urzędującego przedłużona o dwa lata z wyłączeniem reelekcji, innym - głosowanie korespondencyjne - gdzie wyborcy otrzymaliby kartę wyborczą do wypełnienia w domu i odniesienia we wskazanym terminie do specjalnie ustawionej "skrzynki pocztowej w roli urny wyborczej", przed drzwiami lokalu wyborczego (bo burmistrzowie zadeklarowali brak zgody na udostępnienie lokalu gminy w celach przeprowadzenia wyborów), a już kuriozalną propozycją spod Budki byłoby ustanowienie jakiegoś nieustalonego "stanu wyjątkowego zagrożenia" przedłużanego administracyjnie dokładnie przez rok...
Teraz w kuluarach senatu szykuje się debata na temat możliwości przeprowadzenia wyborów drogą głosowania korespondencyjnego w taki sposób, aby nie było to wykonalne w dniu 10 maja 2020 a stawką tej rozgrywki jest rozbicie Zjednoczonej Prawicy i wymuszenie przedterminowych wyborów tyko w tym celu, aby posłowie klasy "ya-hi-ra" zdominowali polską scenę polityczną. Pod koniec przyszłego tygodnia zobaczymy, czy Czecia Osoba w państwie zrealizowała swój pomysł...
W mojej ocenie sprawa jest już rozegrana. Uchwała senatu w sprawie wyborów korespondencyjnych nie zostanie przyjęta do wykonania a uchwałą marszałek sejmu wybory prezydenckie zostaną przeprowadzone w dniu 23 maja 2020. Aby stało się zadość Konstytucji, premier ogłosi dzień 23 maja dniem wolnym a Państwowa Komisja Wyborcza zapewni obsługę komisji wyborczych.
Ewentualne wątpliwości burmistrzów rozwieje nadzór wojewody.
Nie martwi mnie również brak kadr do takiej komisji wyborczej. Po roku 1990 w komisjach wyborczych brało udział tak wiele osób i to niejeden raz, że ich mobilizacja nie będzie stanowiła żadnego problemu. Trzeba dodać, ze są to osoby już przeszkolone w funkcjonowaniu Komisji Wyborczej, więc pozostaje tylko udostępnienie im instrukcji dotyczącej sprawdzenia tożsamości osoby pobierającej kartę wyborczą a następnie kwalifikacji oddanych głosów w wili ich przeliczenia.
Ja sam brałem udział w pracy takich komisji wielokrotnie począwszy od referendum na temat wstąpienia Polski do UE.
Właściwie wszyscy członkowie mojej rodziny mają takie doświadczenie, bo i żona kilkakrotnie uczestniczył w pracy takiego zespołu i syn też był członkiem komisji - a takich rodzin w Polsce jest naprawdę wiele.
Wszyscy są przeszkoleni i mają doświadczenie - więc wystarczy tylko zwrócić się do nich o udział w pracy komisji...
Nie wierzę też, że członkowie partii Porozumienie będą tutaj działać na korzyść "oPOzycji" - nikt od nich nie żąda "dyscypliny głosowania.
Tak więc wybory w dniu 10 maja można przeprowadzić dwa tygodnie później w trybie takim jak zawsze...
Dziwactwa specjalisty od kopert nie mają tu już żadnego znaczenia. Senat pokazał prawdziwe oblicze polskiej opozycji.
Nie można wykluczyć, że ich udział w życiu politycznym zakończy się wraz z obecną kadencją sejmu i senatu...
Inne tematy w dziale Polityka