Wojtek Wojtek
426
BLOG

Jak było z tą "reformą" szkolnictwa ?

Wojtek Wojtek Edukacja Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Myślę, że z uwagi na upływ czasu już zapomnieliśmy, jak naprawdę było z tymi gimnazjami. Początkowo szkoła była siedmioletnia, potem, w latach 60. XX w. dodano jeszcze jedną klasę - klasę ósmą szkoły podstawowej. Po niej uczniowie lepsi pod względem nauki mogli uczyć się w czteroletnim liceum ogólnokształcącym i po nim podjąć studia wyższe.

Dla uczniów nie myślących o studiowaniu była oferta specjalistycznych szkół średnich kształcących w różnych zawodach potrzebnych w gospodarce i dających uprawnienia technika w zawodzie. Jednocześnie szkoła średnia na poziomie technikum uprawniała do ubiegania się o świadectwo dojrzałości - tzw. "maturę". Po maturze absolwent mógł podjąć pracę w wyuczonym zawodzie albo - podobnie jak i absolwenci liceów ogólnokształcących - mógł podjąć studia w wybranym kierunku.

Dla uczniów nie przepadających za nauką przygotowano bardzo bogatą ofertę szkół na poziomie robotnika wykwalifikowanego w różnych zawodach. Taka szkoła trwała dwa albo trzy lata i zawód uprawniający do podjęcia pracy. Gdyby ktoś z tej grupy młodzieży zainteresował się dalszą nauką - mógł kontynuować ją już w trzyletnim technikum na podbudowie zasadniczej szkoły zawodowej i po uzyskaniu matury mógł także podejmować studia.

Tak było przed rokiem 1990.

Reforma państwa zmieniła wiele. Zlikwidowano wiele zakładów pracy, zreformowano również i samorządy. Szkolnictwo podlegało państwu - to państwo łożyło na kształcenie młodzieży. Jednak nowa polityka pozwoliła na prowadzenie szkół już nie tylko przez państwo. Rodzice byli zainteresowani podnoszeniem poziomu edukacji i wspierali pomysły tworzenia szkół na wyższym poziomie kształcenia. Poza systemem oświaty podlegającej administracji państwowej, zaczęto organizować szkoły już "niepubliczne" - szkoły prowadzone przez "prywatne" organizacje a także tworzono szkoły pod bezpośrednim już nadzorem samorządów lokalnych.

Różnica była już widoczna. Szkoły państwowe były duże i miały raczej wyposażenie "oszczędne" w odróżnieniu od nowych szkół - które nawet zabiegały o wpłatę czesnego za uczniów tej szkoły. Wkrótce moda na "samorządową" szkołę podstawową stała się wyzwaniem wręcz nobilitującym. Państwo było zainteresowane podnoszeniem edukacji w szkołach podstawowych i nawet dofinansowywało takie szkoły. Wkrótce okazało się, że szkoły podlegające władzy gminy są po prostu lepsze niż szkoły "państwowe".

W połowie lat 90. XX w. państwo wręcz zachęcało gminy do zakładania już własnego systemu szkolnictwa podstawowego. Szkoły stały się wręcz intratnym zajęciem - bowiem dopłaty do szkół samorządowych nie były małe. Gminy same wręcz zabiegały o przejęcie szkolnictwa podstawowego... na co czekała administracja państwowa. Chodziło o zatrzymanie finansowania oświaty z budżetu państwa.

Gdy już było wiadomo, że opłaca się gminie prowadzić szkolnictwo, nastąpiła nieoczekiwana, ale też głęboko ukryta zmiana polityki państwa. Wręcz nakłaniano dyrektorów szkół podstawowych do utworzenia szkoły pod patronatem gminy a gminy otrzymywały tak duże wsparcie finansowe, że rezygnacja z tego wsparcia była samobójstwem gminy...

I kiedy wszystkie szkoły podstawowe zostały przejęte przez samorządy, dokonano kolejnej rewolty. Wprawdzie za uczniami szły pieniądze dla szkół, ale przy małej liczebności uczniów szkoły koszty były rażąco wysokie, coraz trudniejsze do udźwignięcia.

Wtedy pojawiła się koncepcja utworzenia większych szkół, lepiej doposażonych w sprzęt, pomoce do nauki, łatwiej było zatrudnić kadrę nauczycieli z wysokimi kwalifikacjami zawodowymi... Jednak nie  było zgody na zbiorczą szkołę położoną w znacznej odległości od miejsca zamieszkania ucznia. W przypadku większych miast nie było to widoczne, ale na obszarze małych gmin siedmiolatkom trudno byłoby dotrzeć do szkoły na czas... I wtedy ktoś wpadł na genialny pomysł podzielenia dzieci na grupy wiekowe. Te młodsze miałyby chodzić do szkoły w miejscowości zamieszkania a starsze byłyby dowożone do większego zespołu szkolnego. Co pomyślano, to wykonano. Dodano rok nauki i utworzono 6-letnie szkoły podstawowe w miejscowości zamieszkania i 3-letnie gimnazja - tworzone już dla dzieci z terenu gminy. Tu trzeba dodać fakt fundowania przez państwo autobusów dla szkoły - potocznie nazwanych "gimbusami" - które rzeczywiście wspierały szkołę i gminę własnym taborem, który ułatwiał organizowanie wycieczek dla dzieci... I tak oto państwo sprytnie przerzuciło ciężar kształcenia dzieci na gminy.

Wkrótce okazało się, że wsparcie finansowe państwa jest coraz mniejsze i mniejsze... a dochody gminy także były skromne. Przemysł rozrzucony w terenie zamierał, wzrastał poziom bezrobocia i migracja ludności za pracą... Deficyt dzieci w szkołach zaczął być nad wyraz widoczny... stąd oferta ponadgimnazjalna zaczęła być coraz skromniejsza. Wiele szkół technicznych zostało przekształconych z technikum na liceum ogólnokształcące i wkrótce te szkoły przekształciły się w zespoły szkół zawodowych - gdzie kierunkiem mniej lub bardziej dominującym jest liceum ogólnokształcące a szkoła próbuje rozszerzyć ofertę techników zawodowych. W tym przypadku grupa młodzieży wspólnie uczy się przedmiotów ogólnych i jednocześnie jest podzielona na mniejsze klasy o profilach zawodowych - dzięki czemu szkoła może jeszcze istnieć, bo jest zainteresowanie młodzieży.

Ponieważ ten system ma wiele wad, nie jest w stanie dłużej trwać tworząc kolejne grupy młodzieży nie znajdującej później zatrudnienia. Wiadomo też, że nie każdy uczeń zamierza robić karierę naukową. Uczniowie mniej zdolni do nauki nie czują się usatysfakcjonowani, nadmiar teorii nie daje im praktyki zawodowej niezbędnej do podjęcia zatrudnienia a młodzież zainteresowana nauką... pozostaje zaniedbana. Ta grupa nie jest w stanie uzyskać większej wiedzy z uwagi na brak zainteresowania poziomem nauki części uczniów mniej zdolnych w samokształceniu się.

Wobec powyższego trzeba podjąć radykalne decyzje. Padła propozycja powrotu do szkoły 8-klasowj w miejscowości zamieszkania ucznia i przywrócenie sieci szkół dla młodzieży oferującej nie tylko poziom liceum ogólnokształcącego lecz również uwzględnić potrzeby przemysłu - gdzie potrzebny jest wykwalifikowany robotnik a także i technicy zdolni prowadzić samodzielnie procesy produkcyjne.

Problem polega na tym, że w Polsce lubimy totalną krytykę. Sami nie robimy nic, ale jeżeli pojawi się reformator, to najlepiej jest sprowadzić go "na ziemię"... Tylko, czy taki sposób jest właściwy...





Wojtek
O mnie Wojtek

O mnie świadczą moje słowa...  .

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo