Jeden Kaczor nie czyni wiosny (część druga)
W zasadzie każdy lud miast i wsi jest tworem spokojnym. Dopiero po totalnym wkurzeniu staje się tłuszczą, nieobliczalnym i strasznym zbiorem, zdolnym do wszystkiego. Tak rzeczy pięknych, jak i podłych. Rzeczy wspaniałych i takich, że powinno się o nich czym prędzej zapomnieć. Nagle owa tłuszcza odnajduje w sobie zbiorową świadomość. I wtedy pustoszeją trony i senaty. Chyba że..
Na w wiosnę i podczas lata 1980 roku władza ludowa wykazała po raz kolejny od 1948 roku wyczucie sytuacji, czując, że pod chmurnymi obliczami szarych ludzi na ulicach znowu, jak w 1956, 1968, czy 1970 roku kipi wulkan, pełen nie tylko obrazoburczych myśli, ale i myśli niebezpiecznych dla bytu nie tylko rządzących, lecz samej idei realnego socjalizmu. Podłoże wrzenia wśród ludu było jak zwykle ekonomiczne. Brak wolterowskich kur w garnkach powodował wyostrzenie percepcji nawet u tych, u których owej nie było za przysłowiowy grosz.
Lud, jak to lud składał się w swej przeważającej części z osobników milczących, powolnych każdej władzy. Jednak ta masa, która dzięki kredytowemu skokowi lat siedemdziesiątych zdążyła już zamienić onuce na skarpetki, była co i rusz wkurzana dwudziestym stopniem bezsilności, sobotami czynu społecznego i coraz to nowymi artykułami pojawiającymi się na przypominających okupacyjne – kartach zaopatrzenia.
Część milczącego ludu znajdowała niestaranne, offsetowe ulotki na klatkach schodowych gomułkowskich bloków i na rozstajach dróg, pod odnowionymi kapliczkami.
Treści odkrywane w broszurkach różniły się zasadniczo od tych z „Trybuny Ludu”, radiowej jedynki i dziennika telewizyjnego o 19.30.
„Dziennik kłamie” - to proste hasło trafiało do głów i serc.
Historia się powtarza i choć władza ludowa pełna była betonowych, zakutych łbów, to dochowała się choć zbrodniczo chorych, to jednak światłych umysłów, stojących co prawda w tle, ale jednak umiejących odczytywać historyczne analogie. Choć, poprzez swoje komunistyczne zaślepienie, nie umiejących odczytywać owych wersetów do końca.
I tak dowiedzieli się źli o wolterowskich kurach, których brak wywołuje rewolucje, i o tym, że owa rewolucja przeważnie zjada własne dzieci.
Postanowili dać ludowi możność stania się tłuszczą, w ich założeniu tworem ślepym, a z ich podpuszczenia, tworem zbrodniczym. Jednak dobro rożni się tym od zła, że dąży do zbudowania większego dobra, a nie jak zło do destrukcji.
Lud składa się w przytłaczającej większości z osobników dobrych. Dodajmy do tego fakt powołania na Tron Piotrowy Karola Wojtyły pod koniec lat siedemdziesiątych i wynikających z tego faktu stymulatorów Wiary. Chorzy, komunistyczni kreatorzy stymulowanej rewolucji nie wzięli tego pod uwagę, nie zauważyli być może w analogiach historycznych tłuszczy francuskiej niszczącej kościoły. Może i zauważyli, ale w przesiąkniętych Marksem łbach nie mieściło się coś, co było obce materializmowi.
Zlekceważyli to tak dalece, że w sprowokowanej przez siebie rewolucji pozwolili nawet własnym prowokatorom od początku użyć znaczka, małej kopii świętego obrazka z Matką Boską, który stał się obok sugestywnej winietki z nazwą ruchu sprzeciwu symbolem.
Tak powstała „Solidarność”
cdn..
SK&RzJ




Komentarze
Pokaż komentarze (69)