Przy okazji interesującej media troszkę mniej niż kluczowe dla kraju happeningi Palikota sprawy „sprzedaży” stoczni katarskiemu inwestorowi można usłyszeć, że jeżeli pieniądze nie wpłyną, Aleksander Grad nie uniknie dymisji.
Ma być to kara dla ministra, który nie wywiązał się ze swoich obowiązków, względnie miał po prostu pecha, bo przecież skąd miał wiedzieć, że Katarczycy nie mają pojęcia o ciągle wzrastającym prestiżu Polski w Europie i na całym świecie.
Jakiekolwiek by nie były przyczyny, utrata stanowiska ma być karą. W domyśle pewnie dotkliwą i bolesną.
Słysząc tę informację pomyślałem, że pojęcie sankcji, a zwłaszcza ich dotkliwości jest bardzo względne. Wydaje mi się bowiem, że w tym przypadku konsekwencje bycia wystrychniętym na dudka są jednak bardzo poważne i dymisja jest jednak karą nad wyraz łagodną i lekką.
Oczywiście wiem, że w praktyce jest też karą jedyną możliwą i tym samym tak naprawdę najwyższą, tym niemniej sądzę, że przykład ten pokazuje pięknie, jak przedstawia się u nas sprawowanie władzy oraz konsekwencje.
Cóż bowiem z tego, że Grad straci stanowisko?
Sądzę, że na jego miejscu pewnie żałowałbym, ale raczej nie rwałbym sobie włosów z głowy.
Istnieje wprawdzie możliwość, że ministerialna dieta jest dla niego jedynym źródłem utrzymania, ale przecież większość dorosłych ludzi musi liczyć się z możliwością utraty pracy. Podobnie każdy inny minister. Zwłaszcza, że chyba tylko niepoprawny optymista mógłby wierzyć, że dostał stołek na dłużej niż kadencje. Trudno więc mówić tutaj o dotkliwych konsekwencjach.
Idąc dalej można się zastanowić, co w razie jakiegoś niepowodzenia „grozi” premierowi. Również utrata stołka, może zaprzepaszczenie szans na prezydenturę, chwilowy niebyt polityczny i powrót za kilka lat jako kandydat na europosła z listy jakiejś centrolewicowo-prawicowej partii, czy wręcz banicja z
żubrami w puszczy, ale raczej nic więcej.
Jasne, można dowodzić, że dla ambitnego polityka są ta strasznie dotkliwe reperkusje i nie zrozumie tego nikt, kto nie poświęcił się służbie publicznej, ale po pierwsze podobne dramaty przeżywają na przykład stoczniowcy, którzy poświęcili się budowie statków, a po drugie ani trochę nie wierzę, że w przypadku większości polityków cokolwiek liczy się bardziej niż władza, wpływy, pieniądze i osobiste ambicje.
Zresztą, jakkolwiek boleśnie subiektywnie i indywidualnie nie byłyby odbierane grożące politykom sankcje, obiektywnie można stwierdzić, że na pewno nie odcinają takiego delikwenta trwale od publicznych apanaży.
Myślę, że warto o tym pamiętać w momentach, gdy premier groźnie pomrukuje, że zdymisjonuje tego, czy innego ministra.
Wprawdzie nie jest łatwo osiągnąć jakikolwiek poziom empatii z ludźmi, którzy generalnie są nam kompletnie obojętni, ale mimo wszystko nie zaszkodzi pamiętać jak przedstawia się w Polce stosunek wielkości posiadanej władzy do odpowiedzialności.
I oczywiście nie zaszkodzi też powtarzać sobie głęboko mądrą mantrę, że nie wysokość kary, ale jej nieuchronność ple ple.
W końcu na miejsce zdymisjonowanych, niepomni na ryzyko, przebierając nogami czekają odważni, zwarci i gotowi ich równie kompetentni następcy.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)