Na Grenlandii narastają strach i niepokój w związku z tym, że prezydent USA Donald Trump ponownie podejmuje starania o przejęcie kontroli nad tą strategiczną arktyczną wyspą, co
wywołuje zaniepokojenie wśród mieszkańców, przywódców europejskich oraz amerykańskich ustawodawców. Mieszkańcy Grenlandii przygotowują się na najgorszy scenariusz, podkreślając, że ich ojczyzna to nie „towar”, lecz społeczność – podczas gdy rodziny po cichu omawiają plany ewentualnej ewakuacji, a lokalni liderzy domagają się poszanowania suwerenności. Ta ponowna ofensywa USA następuje po głośnych działaniach Waszyngtonu wobec Wenezueli i jest przedstawiana przez Biały Dom jako krok mający na celu przeciwdziałanie rosnącym wpływom Chin i Rosji w Arktyce.Spór o Grenlandię nie jest zwykłą sprzeczką dyplomatyczną między Stanami Zjednoczonymi a Danią. Dotyczy on przede wszystkim prawa mieszkańców Grenlandii — w większości Inuitów — do decydowania o przyszłości własnego kraju. Tymczasem Donald Trump kolejny raz mówi o wyspie tak, jakby była strategiczną nieruchomością, którą potężne państwa mogą między sobą kupić, podzielić albo podporządkować.
Najnowsze informacje mówią o porozumieniu dotyczącym bezpieczeństwa Grenlandii i rozszerzenia amerykańskiej obecności wojskowej. Trump przedstawia je jako uzyskanie przez Stany Zjednoczone „stałej kontroli” nad bezpieczeństwem wyspy. Władze Danii i Grenlandii podkreślają jednak, że nie oznacza ono przekazania suwerenności. Premier Grenlandii Jens-Frederik Nielsen zapewnia, że zachowane zostają integralność terytorialna wyspy oraz prawo jej mieszkańców do samostanowienia. Tekst porozumienia nie został jeszcze opublikowany, dlatego nie wiadomo, co dokładnie kryje się pod używanym przez Trumpa określeniem „kontrola”.
Właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem. O Grenlandii zbyt często rozmawia się ponad głowami Grenlandczyków. Są oni przedstawiani jako dodatek do negocjacji między Waszyngtonem i Kopenhagą, chociaż to oni powinni mieć w tej sprawie głos decydujący. Historia rdzennych mieszkańców Arktyki jest przecież historią kolonizacji, narzucania obcej administracji i podejmowania decyzji bez ich zgody.
Trzeba jednak precyzyjnie przedstawić stanowisko mieszkańców wyspy. Nie jest prawdą, że zdecydowana większość chce niepodległości natychmiast. Sondaż przeprowadzony w styczniu 2026 roku wykazał, że 25 procent badanych popierało niepodległość już teraz, 62 procent było jej obecnie przeciwnych, a 13 procent nie miało zdania. Jednocześnie 52 procent uważało, że Grenlandia może w przyszłości stać się państwem niepodległym, wolnym od decydujących wpływów innego mocarstwa.
Inny sondaż, przeprowadzony rok wcześniej, wskazywał, że 56 procent respondentów zagłosowałoby za niepodległością, gdyby referendum odbyło się w tamtym czasie. Różnica wynika między innymi ze sposobu zadania pytania oraz rosnących obaw o skutki gospodarcze. Można więc powiedzieć, że idea samodzielnego państwa ma na Grenlandii silne poparcie, ale wielu mieszkańców obawia się natychmiastowego zerwania więzi z Danią.
Jedno nie ulega natomiast wątpliwości: Grenlandczycy zdecydowanie nie chcą zostać Amerykanami. W badaniu z 2025 roku aż 85 procent osób sprzeciwiało się opuszczeniu Danii i przyłączeniu wyspy do Stanów Zjednoczonych. W 2026 roku 76 procent nadal odrzucało taki scenariusz, a tylko 8 procent uważało go za korzystny.
Donald Trump nie ma więc żadnego demokratycznego mandatu, aby traktować Grenlandię jak terytorium przeznaczone do przejęcia. O przyszłości wyspy nie mogą decydować ani prezydent USA, ani rząd Danii bez zgody Grenlandczyków. Mogą oni wybrać dalszy związek z Danią, stopniowe dochodzenie do niepodległości albo inny model współpracy. To jest ich kraj i ich decyzja.
Niepokój budzi również stosunek administracji Trumpa do niezależnych mediów. 18 września prezydent ogłosił odebranie dostępu do Białego Domu dziennikarzom CNN, MS NOW i Politico, oskarżając te redakcje o publikowanie „fake newsów” i nieprzychylne relacjonowanie jego prezydentury. Następnego dnia zakaz zaczęto egzekwować, a reporterzy tych organizacji nie zostali wpuszczeni na teren Białego Domu.
Nie jest to zwykły konflikt polityczny z dziennikarzami. W demokratycznym państwie media nie istnieją po to, aby chwalić prezydenta. Ich zadaniem jest kontrolowanie władzy, zadawanie niewygodnych pytań i ujawnianie faktów. Jeżeli dostęp do siedziby prezydenta zależy od tego, czy dana redakcja pisze o nim przychylnie, wolność prasy zostaje zastąpiona systemem nagradzania posłusznych i karania krytyków. Amerykańskie organizacje broniące wolności mediów wskazują, że wykluczanie redakcji z powodu treści ich publikacji może naruszać Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA.
Trump nazywa krytyczne media wrogami i próbuje przekonać społeczeństwo, że tylko jego wersja wydarzeń jest prawdziwa. Jednocześnie w polityce zagranicznej używa języka siły, kontroli i podporządkowania. Sprawa Grenlandii oraz usuwanie niewygodnych dziennikarzy z Białego Domu mają wspólny mianownik: lekceważenie instytucji i ludzi, którzy mogą powiedzieć prezydentowi „nie”.
Stany Zjednoczone mają uzasadnione interesy bezpieczeństwa w Arktyce. Rosja rozbudowuje tam swoją obecność wojskową, a Chiny interesują się surowcami i szlakami komunikacyjnymi. Nie daje to jednak Waszyngtonowi prawa do traktowania Grenlandii jak zdobyczy. Bezpieczeństwo można budować poprzez porozumienia zawierane z Danią i demokratycznie wybranymi władzami Grenlandii, a nie poprzez groźby, presję i rozmowy o przejmowaniu cudzej ziemi.
Ameryka przez dziesięciolecia przedstawiała się jako obrończyni demokracji oraz prawa narodów do samostanowienia. Dzisiaj jej prezydent sam podważa te wartości: próbuje podporządkowywać sobie media, atakuje niezależne instytucje i mówi o innych krajach językiem właściciela. Nawet w Stanach Zjednoczonych jego polityka wobec Grenlandii spotyka się z dużym sprzeciwem — około siedmiu na dziesięciu dorosłych Amerykanów negatywnie ocenia sposób, w jaki zajmuje się tą sprawą.
Grenlandia nie należy ani do Trumpa, ani do amerykańskich strategów, ani nawet wyłącznie do duńskich polityków. Należy przede wszystkim do ludzi, którzy na niej mieszkają. Jeżeli naprawdę chcemy bronić demokracji, pierwsze pytanie powinno brzmieć nie: „Czego chce Ameryka?” albo „Co zrobi Dania?”, lecz: „Czego chcą sami Grenlandczycy?”.
Dopóki ich odpowiedź nie będzie traktowana jako najważniejsza, rozmowy o Grenlandii pozostaną przykładem kolonialnego myślenia ukrytego pod hasłami bezpieczeństwa i wielkiej polityki.
Źródła: Associated Press, „The Washington Post”, Verian Group, Copenhagen Post oraz materiały amerykańskiego Kongresu dotyczące Grenlandii.
Mieszkańcy Grenlandii protestują przeciwko ingerowaniu w sprawy wyspy oraz planom jej przejęcia przez Stany Zjednoczone. Tymczasem wczoraj rozwścieczony Donald Trump usunął ekipę CNN z Białego Domu. To działanie antydemokratyczne i bezprecedensowe w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)