FB Przemysław Wiszniewski
FB Przemysław Wiszniewski
Eternity Eternity
74
BLOG

Ekran pełen uprzedzeń. Jak Bliski Wschód budzi demony marcowe

Eternity Eternity Polityka Obserwuj notkę 21


Współczesny antysemityzm rzadko nosi dziś tradycyjny kostium. Zamiast dawnych, XIX-wiecznych klisz o rytualnych mordach czy spiskach bankierskich, dzisiejsza nienawiść karmi się obrazami z pierwszych stron gazet, a jej najsilniejszym paliwem stał się konflikt na Bliskim Wschodzie. Trwający kryzys w Strefie Gazy bywa cynicznie instrumentalizowany, stając się poręcznym parawanem dla tych, którzy pod hasłami obrony praw człowieka próbują legitymizować nastroje pogromowe w Europie, w tym również w Polsce.




Pretekstem do ponownego rozpalenia tych emocji stał się głośny film Naza autorstwa dwojga izraelskich twórców, który zdobył owacje i nagrody na festiwalu w Wenecji.  Obraz ten bezkompromisowo obnaża zbrodnie przeciwko ludzkości, jakich siły zbrojne Izraela (IDF) dopuszczają się wobec ludności cywilnej w Strefie Gazy. Dla europejskiej opinii publicznej i obrońców praw człowieka film stał się kluczowym dowodem w walce o to, by działania te jednoznacznie nazwać ludobójstwem. Warto jednak pamiętać o prawnym rygoryzmie: choć Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze bada zarzuty stawiane Izraelowi pod kątem naruszenia Konwencji o ludobójstwie, żaden międzynarodowy trybunał do tej pory formalnie nie uznał działań Izraela za ludobójstwo.



Zjawisko to ujawnia głęboką asymetrię w moralnej wrażliwości Zachodu. Na świecie w ostatnich latach dochodzi przecież do bezdyskusyjnych tragedii o znamionach ludobójstwa: masowych mordów we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga, systemowej eksterminacji kulturowej Ujgurów w chińskim regionie Sinkiang, czystek etnicznych w sudańskim Darfurze czy wreszcie przerażających zbrodni armii rosyjskiej na Ukrainie, w tym w podkijowskiej Buczy. Żadne z tych wydarzeń nie wywołało jednak na europejskich ulicach i uniwersytetach tak gwałtownych, masowych protestów ani tak głębokiej polaryzacji.

Co więcej, z pola widzenia wielu demonstrantów całkowicie pomija się fakt, że ONZ oskarża o zbrodnie wojenne obie strony – zarówno Izrael, jak i Hamas – za brutalny, ludobójczy atak terrorystyczny z 7 października 2023 roku. Protestujący tłumnie na ulicach europejskich miast milczą o odpowiedzialności Hamasu, obarczając całą winą wyłącznie państwo żydowskie. Ta wybiórczość przestaje być zwykłym pacyfizmem, a staje się pożywką dla antysemityzmu, który wykorzystuje autentyczną tragedię Palestyńczyków do budowania narracji o uniwersalnym, metafizycznym złu uosabianym przez Izrael i – w konsekwencji – przez Żydów jako naród.

Sami autorzy filmu Naza znaleźli się w dramatycznym impasie. Własne środowisko żydowskie ukarało ich ostracyzmem, a izraelski minister kultury posunął się do gróźb pozbawienia ich obywatelstwa za zdradę stanu. Z perspektywy etycznej to właśnie oni – jako obywatele Izraela – mają największe moralne prawo do bezwzględnej krytyki działań własnego państwa. Jednocześnie nie sposób nie dostrzec tragizmu tej sytuacji: w warunkach wojny totalnej taka wewnętrzna krytyka bywa postrzegana jako uderzenie w morale armii i osłabienie państwa walczącego o przetrwanie. To dylemat zbliżony do sytuacji, w której Ukraińcy decydowaliby się na publiczne i bezpardonowe krytykowanie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w trakcie pełnoskalowej inwazji Rosji.

W obronie twórców filmu „Naza” stanęła Agnieszka Holland. Polska reżyserka doskonale rozumie te mechanizmy, ponieważ sama przeszła medialny i polityczny lincz w związku ze swoim filmem „Zielona granica”. Wówczas przedstawiciele rządzącej partii PiS oraz elektorat prawicy odmawiali Holland prawa do polskości, oskarżając ją o rzekomą zdradę narodowych interesów i „opluwanie munduru” Straży Granicznej. Jej film był jednak artystycznym manifestem przeciwko nieludzkiemu traktowaniu uchodźców i imigrantów na granicy polsko-białoruskiej.

Doświadczenie Holland daje jej pełne prawo do solidaryzowania się z izraelskimi filmowcami. Sztuka filmowa – niezależnie od jej ostatecznej jakości artystycznej czy politycznych konsekwencji – musi pozostać wolna od cenzury i nacisków politycznych. Tragizm polega jednak na tym, że odważne i rozdrapujące rany dzieła własnego narodu zbyt często padają łupem tych, którzy nie szukają prawdy ani sprawiedliwości, lecz narzędzia do siania nienawiści wobec całej grupy etnicznej.

Głosy krytyczne wobec filmu Naza uderzają jednak w zupełnie inne tony. Recenzenci i obrońcy polityki Jerozolimy zarzucają produkcji rażącą tendencyjność, skrajną jednostronność oraz powielanie propagandy hamasowskiej. Ich zdaniem obraz nie jest obiektywnym dokumentem, lecz manifestem mającym na celu demonizowanie Izraela i – co najbardziej bolesne – relatywizację historii poprzez przedstawianie współczesnych Żydów jako odpowiedników nazistów. Tę toksyczną tendencję do odwracania ról ofiar i katów sam premier Benjamin Netanjahu punktował podczas swojego przemówienia na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, ostrzegając przed nową falą globalnej legitymizacji nienawiści ukrytej za retoryką humanitarną.

Z perspektywy Warszawy ta bliskowschodnia gorączka ujawnia jednak głęboki paradoks. Z przyczyn czysto geograficznych i geopolitycznych konflikt w Strefie Gazy nie powinien angażować polskiej opinii publicznej w stopniu choćby zbliżonym do tego, jak czyni to pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę. Imperializm Władimira Putina stanowi realne, egzystencjalne zagrożenie dla Europy Środkowej. Rosja regularnie testuje przecież nasz refleks i spójność struktur obronnych poprzez nieustanne prowokacje na wschodniej flance NATO. Z tego powodu można zaryzykować tezę, że wojna na Bliskim Wschodzie staje się nad Wisłą swoistym tematem zastępczym. Odwraca uwagę od pełzającego niebezpieczeństwa u naszych granic, oferując w zamian bezpieczną, bo odległą geograficznie, polaryzację ideologiczną.

Niemniej dla rodzimych radykałów Bliski Wschód to coś więcej niż medialny zamiennik – to idealny katalizator do wybudzania uśpionych demonów. Służy jako nowoczesny wehikuł do wywoływania nienawiści wobec Żydów, którzy w tym rejonie świata od stuleci są obarczani rolą uniwersalnego kozła ofiarnego. Współcześni antysemici, nierzadko pozostający pod ideologicznym wpływem aktywistów pokroju Omara Farisa, kategorycznie żądają, by nazywać ich wyłącznie „antysyjonistami”. Czynią to jednak bez najmniejszej refleksji historycznej, bezwiednie kopiując żydożerczą narrację komunistyczną z czasów generała Mieczysława Moczara. To właśnie ta sterowana przez aparat PZPR nagonka z marca 1968 roku – ubrana wówczas w identyczny kostium „antysyjonizmu” i rzekomej walki z izraelskim imperializmem – doprowadziła do ostatecznego wygnania z Polski tysięcy ocalałych z Zagłady Żydów.

Na ten przerażający mechanizm powtarzalności języka nienawiści zwracają uwagę badacze uprzedzeń. Zasadniczy wykład prof. Piotra Foreckiego, opublikowany na łamach rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” i wygłoszony w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN pod znaczącym tytułem „Do Europy tak, ale razem z naszymi syjonistami”, precyzyjnie rekonstruuje te procesy. Socjologów i aktywistów antydyskryminacyjnych najbardziej niepokoi bowiem to, jak łatwo współczesne napięcia geopolityczne reanimują tradycyjne, przedwojenne klisze antysemickie i zaczynają inspirować nastroje wprost pogromowe na ulicach europejskich miast.

W tym miejscu przebiega fundamentalna granica, którą dyskurs publiczny musi zacząć bezwzględnie egzekwować. Krytyka działań państwa Izraela – tak jak krytyka rządu każdego innego suwerennego kraju na świecie – jest w pełni dozwolona i mieści się w granicach wolności słowa. Problem zaczyna się wtedy, gdy merytoryczny sprzeciw wobec polityki konkretnego gabinetu zamienia się w demagogię obarczającą zbiorową odpowiedzialnością wszystkich Żydów na świecie, co prowadzi do ich demonizacji. Wówczas porzucamy debatę polityczną, a wkraczamy w obszar systemowej mowy nienawiści, która w dojrzałych demokracjach podlega jednoznacznej penalizacji w kodeksie karnym.

W gąszczu tej retorycznej wojny najtrzeźwiejszym głosem pozostaje wybitny ekspert ds. Bliskiego Wschodu, Konstanty Gebert. Jego wieloletnia analiza rzetelnie obnaża bezradność obu stron: Gebert otwarcie przyznaje, że na ten moment nie widać żadnego dobrego, trwałego i sprawiedliwego rozwiązania tego węzła gordyjskiego. Z pewnością drogi do pokoju nie torują radykalne slogany. Popularne na zachodnich manifestacjach hasło „Od rzeki do morza...” nie jest autonomicznym głosem w obronie praw człowieka w Strefie Gazy. W swojej dosłownej interpretacji zakłada ono bowiem całkowitą likwidację państwa Izraela, stanowiąc ostateczny dowód na to, że intencje wielu liderów tych protestów nie mają nic wspólnego z humanitaryzmem, lecz są po prostu kolejnym rozdziałem w długiej i tragicznej historii europejskiego antysemityzmu.


Przemysław Wiszniewski

Członek Zarządu Stowarzyszenia przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii "Otwarta Rzeczpospolita"


Przemysław Wiszniewski


https://www.facebook.com/photo?fbid=4472359083001301&set=a.1398030560434184


Zapraszam na FB do dalszych dyskusji.


Źródła. Eternity:


Dworzec Gdański, marzec 1968


Pamiętny marzec 1968


Marzec 1968 – dramat ludzki…


Żydzi i nie tylko grają rocka…

Rocznica Marca ’68


Jakie reperkusje ponosi Polska za Marzec ’68? Wspomnienia…


W 1968 r. „miotła”? O pogardzie i antysemityzmie w komentarzach


Eternity
O mnie Eternity

Try to be Meraki, - means “to do something with soul, creativity, or love”

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Polityka