0 obserwujących
189 notek
303k odsłony
  426   0

Jak były funkcjonariusz UB został autorytetem w Niemczech

Z Gerhardem Gnauckiem, historykiem, dziennikarzem „Die Welt” i współpracownikiem „Neue Zürcher Zeitung”, autorem książki „Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata” rozmawia Jakub Biernat

 

Z pana książki wynika, że Marcel Reich-Ranicki jest postacią kontrowersyjną? Dlaczego?
- Po pierwsze, krytyk literatury, krytyk sztuki feruje wyroki bardzo subiektywnie. To nie są nauki ścisłe. Reich-Ranicki, człowiek o ogromnych wpływach w świecie literatury, do tego o ostrym piórze, wychował sobie rzesze zwolenników i przeciwników. Ale panu pewnie chodzi o coś innego: o fakt, że w latach 1944-49 robił zawrotną karierę w polskim Ministerstwie Bezpieczeństwa. Milczał o tym przez ponad 40 lat, a gdy pojawiały się dokumenty na ten temat, Ranicki zbywał swoich krytyków mówiąc: „Ja wtedy nikomu nie zaszkodziłem i nawet nikomu nie przyniosłem korzyści”. Co wiecej – krytycznych dziennikarzy, badających te fakty, porównał do szmalcowników w getcie warszawskim. Tak nie można. Pamięć o getcie nie powinna służyć do rozprawy nad własnymi krytykami. Jednym słowem, Reich-Ranicki doznał w życiu ogromnych cierpień, także w getcie, ma ogromne zasługi, ale ma też ciemne karty w życiorysie. Zawsze mamy ogromny kłopot zmierzenia się z takimi postaciami. 

Dlaczego w swojej biografii Ranickiego skoncentrował się pan właśnie na jego polskich latach?

- Sam Reich, od 1947 roku Ranicki, a już w Niemczech – Reich-Ranicki, napisał autobiografię, sprzedaną w milionowym nakładzie. Powstała też niejedna jego biografia. Ale polskie wątki są tam niedoświetlone. On sam miał powody, żeby to przemilczeć: w XX wieku ludzi z Polski nie darzono w Niemczech estymą. Niemieccy Żydzi nie lubili też tzw. Żydów wschodnich. No i Niemcy adenauerowskie nie przepadały za byłymi budowniczymi komunistycznego państwa, a jednym z nich był Reich-Ranicki. Warto było więc jeszcze raz na sprawę spojrzeć. Cieszę się, że książka wyszła równocześnie w Polsce i w Niemczech. Nie ma w Niemczech drugiej  postaci, która by w tak szczególny, często bolesny sposób łączyła oba narody. Reich żył w Polsce prawie 30 lat!

Reich-Ranicki jest w Niemczech autorytetem w dziedzinie literatury – nazywany jest nawet jej papieżem. Czy w świetle niejasności w życiorysie, które ukrywał przeinaczając swoją biografię można go nazwać autorytetem moralnym?

- Sadzę, że o rolę autorytetu moralnego sam się nie starał, ale po prostu mu ją przypisano. On i jego zamordowana rodzina to ofiary zbrodni dokonywanych przez Niemców. Zarazem Reich-Ranicki to dobroczyńca Niemców, gdyż pielęgnował ich kulturę, literaturę, najpierw w Polsce, gdzie w 1950 roku rozpoczął pracę jako dziennikarz, a po wyjeździe w 1958 r. już w RFN. Ofiara i dobroczyńca zarazem – stąd też niemal religijny kult wokół jego osoby w Niemczech. Czy jest on dziś autorytetem moralnym – niech inni to ocenią. Mnie fascynowało to, że na jego przykładzie widać, jak trudno oceniać osobę, która żyła i przy jednym, i przy drugim reżimie totalitarnym. Chodzi tu o trudne rozliczanie dyktatur komunistycznych.

Reich po wojnie wstąpił w szeregi polskiej bezpieki. Dlaczego ludzie, którzy przeżyli holokaust – zorganizowany przez jedno totalitarne państwo oddawali się na służbę innemu totalitarnemu państwo. I dlaczego Reich prawie do swojego wyjazdu w 1958 roku był komunistą?

- Początkowo z powodu wdzięczności wobec Armii Czerwonej, która zwyciężyła hitlerowskich zbrodniarzy, i to jest zrozumiałe. Zbrodnie hitlerowskie, zaplanowane w Niemczech, były poważnym powodem, żeby stanąć po stronie komunistów. Pomyślałem, że Stalinowi w ostatecznym rozrachunku nic tak nie pomogło jak pojawienie się Hitlera. Po takim zbrodniarzu na kolejnych zbrodniarzy patrzy się już przez palce. Wracając do Reicha-Ranickiego: po 1950 roku, po wyrzuceniu z PZPR, długo walczył o ponowne przyjęcie do partii. Sądzę, że dbał bardziej o dach nad głową, niż miał wiarę w komunizm. Już nastał okres rozczarowań i antysemickich głosów w partii.

Zarzuca pan Reichowi, że pracował w organach, które w okrutny sposób traktowały Niemców na ziemiach odzyskanych. Nie wymaga pan od niego zbyt wiele empatii po tym co Niemcy robiły w czasie II wojny?

- O tym okresie w jego życiu wiemy bardzo mało. Reich działał w powstających strukturach UB w Katowicach na początku 1945 roku. Pewne działania musiał widzieć na własne oczy. Bardzo nie lubi mówić o tamtym okresie, wiedząc, że to dla Niemców drażliwy temat. A ja właśnie pokazuje niemieckiemu czytelnikowi, co tacy jak on przeżyli z rąk Niemców, i z jakimi uczuciami przyszli na Śląsk pod koniec wojny.

W czasie wojny Ranicki pracował w Judenracie. Czy zarzuty o tę pracę szczególnie w ustach Niemca są właściwe? W końcu gdyby nie III Rzesza Reich-Ranicki nie musiałby się imać takich zajęć?

- Nie stawiam zarzutu, ale pokazuję, jak ta sprawa mu ciążyła. Prześladowała go, kiedy był członkiem PZPR, i prześladowała go do lat 90. Trudny los: być w Polsce Żydem, być wyrzuconym z partii i z pracy, co nastąpiło z końcem 1949 roku, i jeszcze słyszeć zarzuty o rzekomej współpracy z hitlerowcami. Ta walka musiała go uformować. Próbowałem pokazać cały dramatyzm tej sytuacji, zarazem nie upiększając, nie ukrywając niczego.

Włoski pisarz żydowskiego pochodzenia Primo Levi, który przeżył Oświęcim, pisał, że holokaust przetrwały nie jednostki najlepsze moralnie, ale ci którzy umieli sobie to przeżycie załatwić.

- To właśnie te słowa brzmią jak zarzut! Każdy ma prawo walczyć o swoje życie. Praca w Judenracie jest pracą najbliżej okupanta, ale nie jest z góry godna potępienia. A kiedy Reich z Teofilą, do dziś jego żoną, na początku 1943 uciekają z getta, zaczyna się kolejna odsłona tej walki o przetrwanie: Reichowie trafiają w Warszawie do rodziny Gawinów. Rodzina ich ukrywa przez ponad rok.

Pojawia się podejrzenie, że Reich donosił na swoich kolegów – nie wyjaśnia pan tego wątku do końca.

- Źrodła na to nie pozwalają. Chodzi o Berlin, wiosną 1946 roku. W swojej autobiografii Reich-Ranicki podkreśla, że to Ministerstwo Bezpieczeństwa go wysłało do Berlina. Używa niezwykle mocnych słów. Pisze, że za możliwość zobaczenia Berlina, gdzie chodził do gimnazjum, zapłacił „paktem z diabłem”. Co za faustowski pakt miał na myśli, tego już nie mówi. Dalej twierdzi, że jak już dotarł do Berlina, ministerstwo o nim „zapomniało”. Cuda się zdarzają, nawet bezpieka, instytucja o najlepszej pamięci w kraju, może o dobrym pracowniku zapomnieć. Ale w aktach po ministerstwie zachowały się donosy na najbliższych kolegów Reicha w Berlinie, pisane pod kryptonimem „Platon”. Moje niemieckie wydawnictwo i ja, wystąpilismy razem do bohatera książki, wysłaliśmy mu w grudniu tekst jako pierwszemu, zwracając uwagę na ten fragment i prosząc o komentarz, o wypowiedź. Odpowiedź Reicha-Ranickiego: Nie przeczytałem, nie będę komentował.  

Jak Ranicki zareagował na Pana książkę. Nie bał się pan, że papież pana wyklnie?
- Jestem tylko historykiem, bardziej będę się bał oceny kolegów po fachu oraz świadków epoki. Jeśli chodzi o jego reakcję – długo starał się mnie odwieść od zamiaru pisania tej ksiażki. Ale widocznie przeczytał, bo naszemu wspólnemu znajomemu powiedział, że książka jest „obiektywna”. Sądzę, że dowiedział się z niej o wielu sprawach, o których nie mógł wiedzieć. Po roku 1950 przecież sam stał się obiektem inwigilacji.

A jaki jest pana osobisty stosunek do Ranickiego – chyba nie darzy pan go szczególną sympatią?
- To postać fascynująca, godna podziwu, bardzo szanuję jego i jego żonę. Zresztą poznałem podczas pracy nad książką więcej osób o podobnym życiorysie. Może odezwą się jeszcze kolejni świadkowie? Zasługi Reicha dla literatury są ogromne. Ale nie chcę, żeby uczył nas fałszywej wersji historii XX wieku.

Oparł się Pan m.in. na źródłach IPN – wierzy pan w ich wiarygodność?

- Przekopałem akta kilku archiwów. Staram się budować mozaikę z informacji z różnych źródeł. Jeden z polskich historyków niedawno powiedział słusznie: pamięć jest zawodna, a nawet poddana świadomej manipulacji, ale dokumenty – nawet jeśli stworzone w takim czy innym celu – można najwyżej zniszczyć, ale po latach stworzyć fałszywki jest bardzo trudno. W „Mistrzu i Małgorzacie” czytamy: „Rukopisi nie gorjat” czyli dokumenty nie płoną.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura