Na podstawie wrakowiska, można z pełnym przekonaniem stwierdzić, że nie doszło do pożaru paliwa w skrzydle.
Trójkąt ognia to ciepło – paliwo – tlen.
Mając trzy czynniki otrzymamy ogień, a zabierając choćby jeden, usuwamy ogień.
Podczas lotu „nad brzozą” w skrzydle znajdowało się paliwo, a samolot leciał w powietrzu, zawierającym tlen (niektórzy twierdzą że był tam hel zamiast powietrza, rujnując moją teorię).
Eksplozja miała za zadanie dezintegrację skrzydła, zawierającego zbiornik z paliwem.
Dostarczając „ciepło” do tej mieszanki, chcąc nie chcąc otrzymamy ogień, chyba że utrzymamy w trakcie eksplozji stałą (początkową) temperaturę.
Bez wzrostu temperatury nie dojdzie do zmiany ciśnienia, chyba że nasi wybitni naukowcy, notabene eksperci NASA, znajdą sposób obalenia równania Clapeyrona .
Skoro wybuch był izotermiczny bez wzrostu ciśnienia, to jak urwał końcówkę?
Może w zbiorniku znajdował się czynnik zwiększający objętość paliwa, które niczym chrapiącą żonę, wypchnęło końcówkę poza obrys skrzydła?
http://www.sadistic.pl/bomba-paliwowo-powietrzna-vt112251.htm



Komentarze
Pokaż komentarze (26)