Minęła niedawno rocznica śmierci Marka Hłaski. Był taki czas, że Marek Hłasko był moim ulubionym twórcą, a „Sowa córka piekarza”, którą słyszałem w Trójce w doskonałej interpretacji bodaj Z. Zapasiewicza, ulubioną książką. Świat narysowany w Sowie porażał swoją baśniowością, bogactwem skojarzeń, śmieszył purnonsensem. Potem kupiłem tę książkę i przeczytałem ją kilka razy, nigdy jednak od początku do końca, zawsze przypadkowe fragmenty. Nie pamiętam już, mówiąc szczerze, czy ta książka miała jakiś wątek, akcję. Jeśli nawet, to pewnie nie jest ona najważniejsza, czy najbardziej porywająca. Najwspanialsze były oczywiście opowieści o wuju Józefie, wzorcowym kłamcy, łobuzie, oszuście i obiboku, którego jedynym przeznaczeniem był artyzm. „Wydłubcie mu tylko jedno oko panowie, pamiętajcie o tym, że symetria jest estetyką głupców” tak miał powiedzieć wuj Józef tłumowi, który po wojnie linczował niemieckiego agenta wydłubując mu oczy łyżeczką. Tak naprawdę Sowa to dwie baśnie, jedna, ta właściwa, to baśń o wuju Józefie, druga, narracja, nieudolnie próbuje dorównać tej pierwszej. Obie te baśnie są krzywe i z pozoru brzydkie. Nie ma w nich bowiem dobra, morału, zachęty, nadziei. Postacie są brzydkie, krzywe, poplątane i małe i to właśnie stanowi niepowtarzalny urok tej książki. Zawsze uważałem ją, za alegorię twierdzenia, że świat jest piękny i dobry. Bo o ile można sobie wyobrazić każdą z opowiedzianych historyjek za prawdopodobną, realną, to jednak ich nagromadzenie w jednym miejscu i w takim zestawie nie jest możliwe. To jest po prostu nonsens. Sądzę, ze Hłasko wyśmiewał w ten sposób całe zło, brzydotę i małość człowieka, coś jak w matematyce dowód przez zaprzeczenie. Tym bardziej, że chyba na końcu główny bohater staje się dobry.
Czytałem też i inne książki i opowiadania Hłaski, wszystkie były fajne, ale żadne z nich nie dorównywało Sowie. O ile pamiętam powtarzał się w nich następujący motyw. Jest coś pięknego, dobrego, wzniosłego, czasem po prostu ładnego i oto przychodzi ciemne brutalne zło by zniszczyć dobro (np. „Pierwszy krok w chmurach”). Może i tak Hłasko myślał gdy wyrastał z wieku młodzieńczego, ale Sowę pisał pod koniec życia, może chciał w niej wyśmiać siebie samego z tamtych lat. Któż wie, może mamy tu do czynienia z czymś co można nazwać ideowym testamentem twórcy, który brzmi: tak naprawdę to świat jest piękny i dobry, a zło jest tylko marginesem.
Jakby nie było, bo przecież nie jest to specjalnie ważne, trzeba oddać hołd artyście bo nim Hłasko niezaprzeczalnie był. A sztuka to ponoć to co odróżnia nas od zwierząt...




Komentarze
Pokaż komentarze (2)