12 obserwujących
161 notek
141k odsłon
  504   1

Od czego zależy wysokość płac w Polsce (i w innych krajach).

Na Salonie od czasu do czasu powraca kwestia niskich (na tle Zachodu) pensji dla pracowników. Porównuje się je z różnymi krajami i w różnych kontekstach, najczęściej zupełnie nie adekwatnych.

A tymczasem zagadnienie to stało się przedmiotem interesującej monografii kalifornijskiego ekonomisty Enrico Morettiego. Jego książka pod tytułem "New Geography of Jobs" wydana w 2012 roku przez Houghton Mifflin Harcourt jest nadal do kupienia.

Profesor Moretti analizuje zmiany na amerykańskim rynku pracy w ujęciu czasowo-przestrzennym. Korzysta przy tym z ogromnej bazy ilościowej pracowników na ogromnym terytorium USA (sześć godzin lotu z Nowego Jorku do Los Angeles, jakby kto nie pamiętał), przy czym analizowane dane pochodzą z jednolitego praktycznie rynku pracy, z tą samą walutą i tymi samymi (lub prawie tymi samymi) uregulowaniami prawnymi, zwyczajami, szkolnictwem. Rynek ten jest bardzo mobilny, znaczna część absolwentów szkół ponad średnich podejmuje pierwszą pracę w innym Stanie, a i później też nie trzyma się jednego miejsca. Mobilność jest dodatkowo stymulowana ofertami pracy zawierającymi gotowość pracodawcy do pokrycia kosztów przeprowadzki, łącznie z rodziną. Jest to o tyle istotne, że wyniki analizy nie są obciążone zaszłościami historycznymi czy kulturowymi.

Ekonomista omówił rynek pracowników (z pominięciem oczywiście sektora budżetowego) w podziale na dwie zasadnicze grupy

- non-traded,

- traded.

(Nie podejmuję się zaproponowania polskiego odpowiednika)

Grupa non-traded to pracownicy rynku lokalnego: kelnerki, salowe, ekspedientki w sklepach, rzemieślnicy, ale także i lokalni adwokaci czy lekarze prowadzący prywatne praktyki (są to głównie usługi). Ci ludzie znajdują swoją klientelę (czyli swoje przychody) w najbliższym otoczeniu, w promieniu 5, 10, kilkunastu kilometrów. Ich przychody (pensje) zależą od lokalnego popytu, a popyt, jak wiadomo (na Salonie chyba nie bardzo) zależy od siły nabywczej tego lokalnego rynku. Moretti formułuje tu tezę, iż w przypadku tej części rynku pensja zależy bardziej od miejsca zamieszkania, niż od wykształcenia. Przykładowo w mieście Flint (MI) średnia pensja osoby z wyższym wykształceniem wynosiła (ok. 2010 r.) 43 866 USD rocznie. W Stamford (CT) dyplom licencjata zapewniał natomiast średni dochód 107 301 USD. Absolwent ze stopniem magistra w tym mieście mógł liczyć nawet na ponad 133 tys. USD!!! W skądinąd sławnym mieście Yuma (AZ) licencjat zapewniał zaledwie 28 tys. dolarów rocznie.

Moretti zauważa przy tym, iż koszty lokalnego życia też są bardzo zmienne i są zdecydowanie wyższe w miastach o wyższych średnich zarobkach. Jest to pewna pociecha: faktyczny poziom życia nie jest tak zróżnicowany. Cena najmu średniego mieszkania w San Francisco (Dolina Krzemowa w zasięgu wzroku!) buja w obłokach 60 - 70 tys. USD rocznie, co może rozwalić budżet nauczyciela z państwowej szkoły średniej pracującego na ustalanej pensji. Ale z drugiej strony firmy Hi-Tech z Krzemowej Doliny proponują stażystom po 70 - 80 tys. USD. A fachowcom nawet 400 tys. plus koszty przeprowadzki.

I tu dochodzimy do drugiego sektora - traded. Tu są posady w firmach działających na szerszym rynku. Pensje zależą od powodzenia firmy, jej innowacyjności, zdolności do zarabiania dużych pieniędzy. Im szerszy jest rynek, im bardziej wyrafinowany produkt, tym wyższe pensje dla pracowników. Firmy z Krzemowej Doliny (YouTube, Apple, Twitter), kalifornijski sektor farmacji i bio-tech, czy takie firmy jak Amazon, T-Mobile, Microsoft czy Starbucks w Seattle generują liczne, bardzo wysoko płatne posady. Dla przykładu średnia pensja brutto w firmie Microsoft wynosiła 170 tys. USD rocznie. Ekonomista Theo Eicher w pracy z 2010 roku ustalił, że po odliczeniu podatków i kosztów stałych jeden pracownik Microsoftu wydawał lokalnie kwotę 80 tys. USD rocznie. Tym samym finansują pensje takich pracowników w ich otoczeniu, jak sprzątaczki, kelnerki, serwisanci, itp. W sumie, uwzględniając usługi świadczone na rzecz samej firmy obliczono, że na 1 pracownika firmy Microsoft pracuje łącznie 5 pracowników w lokalnym środowisku! Co ciekawe, analogiczne obliczenia dla firmy Boeing (w Seattle - produkcja samolotów) wykazały, że na 1 zatrudnionego przy produkcji samolotów przypada 1,6 zatrudnionych w otoczeniu firmy. Podobnie inne firmy produkcyjne na 1 zatrudnionego generują w swoim otoczeniu najczęściej do 2, maksymalnie do 3 miejsc pracy w swoim otoczeniu.

Natomiast centra handlowe praktycznie nie generują miejsc pracy w swoim otoczeniu. W Stanach krąży takie powiedzenie: jak gdzieś ktoś otworzy jakąś fabryczkę, choćby tylko montownię, to zaraz obok otwiera się nowy Walmart. Ale jak gdzieś otworzy się Walmart, to próżno oczekiwać pojawienia się obok jakiegoś zakładu produkcyjnego.

Lubię to! Skomentuj22 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka