FRD FRD
477
BLOG

44

FRD FRD Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Zawsze warto czytać publikowane w „Midraszu” zapisy dyskusji toczonych publicznie. Pismo to, oprócz tego, że jest głosem niewielkiej grupy społecznej, ma charakter opiniotwórczy, tj. jest czytane przez osoby do tej grupy nienależące, by mogły potwierdzić swe ‘słuszne poglądy’ i podbudować je dodatkową argumentacją. W tegorocznym wiosenno-letnim numerze pisma znajdziemy tym razem zapis dyskusji nad albumem fotografii Elżbiety Janickiej Festung Warschau, która miała miejsce 13 maja br. w ramach XV Dni Książki Żydowskiej, w której udział wzięli: autorka, Piotr Paziński (red. nacz. „M.”, jako prowadzący) oraz Sylwia Chutnik. Oto niektóre, ciekawsze fragmenty:

P[iotr]P[aziński]: Festung Warschau Elżbiety Janickiej to album fotograficzny, a jednocześnie przewodnik po pozostałościach żydowskiej Warszawy, przede wszystkim związanej z gettem. Owe relikty żydowskie zostały, jak pokazuje autorka, przytłoczone reliktami Warszawy z 1944 roku, z czasów powstania warszawskiego, a także komunistycznymi z okresu Polski Ludowej [tak w oryginale]. Stąd Warszawa jawi się jako twór warstwowy, miasto różnych walczących ze sobą pamięci. Dzisiaj dominuje w niej pamięć prawicowo-niepodległościowa, która nadrabia zaległości z PRL, kiedy jej było mało czy nie dość wiele [tak w oryginale]. Obok niej istnieje pamięć żydowska, która również nadrabia zaległości – mamy przecież wiele nowych realizacji „gettowych”, jak choćby projekt Tomasza Leca pokazujący granice getta, kilka nowych pomników – ale pozostaje w cieniu tamtej, narodowej i polskiej.

[…]

PP: Druga część książki to opis monumentalnego założenia architektonicznego, jakim jest oś muranowska, czyli część miasta wzdłuż dzisiejszej ulicy Andersa [pierwotna nazwa ulicy: Nowotki] (która udaje przedwojenne Nalewki), od Żydowskiego Instytutu Historycznego i wieżowca stojącego w miejscu dawnej Wielkiej Synagogi na Tłomackiem, aż po koszmarny plac w pobliżu biurowca Intraco, który dawniej był placem Muranowskim, gdzie toczyła się największa bitwa w powstaniu w getcie warszawskim. To jest ten plac, na którym stoi dziś upiorny pomnik Sybiraków – wagon z krzyżami odjeżdżający na Wschód. Pomiędzy ŻIHem a Intraco mamy jeszcze kilkanaście innych upamiętnień: pomnik Monte Cassino, komunistyczny pomnik kościuszkowca, antykomunistyczne pomniki więźniów stalinowskich itd. Pomiędzy nimi gubi się gdzieś relikt sprzed wojny: bruk Nalewek, nazwanych po wojnie ulicą Bohaterów Getta.

[…]

E[lżbieta] J[anicka]: […] w moim odczuciu jest to książka o Warszawie dzisiejszej, jej tematem jest nie tyle pamięć, ile opowieść – o historii, o przeszłości, o wspólnocie, o większości, czyli o tzw. nas, o dominującej większości. Stawką tej opowieści jest Polaków portret własny. Przestrzeń publiczna i wszystko, co się w niej rozgrywa, to granie do lustra, niejako aktywność narcystyczna. To było moje odkrycie, niezbyt sympatyczne. Próbowałam o nim właśnie opowiedzieć. Wymagało to umieszczenia w jednej książce dwóch opowieści, które póki co funkcjonują oddzielnie, historii dwóch Warszaw – żydowskiej i polskiej. One dzisiaj już są nawet dosyć dobrze rozpoznane, istnieją trasy turystyczne, które można przejść z przewodnikiem. Te trasy przebiegają często przez ten sam teren, nakładają się na siebie w sensie topograficznym, ale nie ma między nimi punktów przecięcia, chyba, że ktoś mówi o polsko-żydowskim braterstwie broni, co ostatnio stało się modne w środowisku Muzeum Powstania Warszawskiego, o „Warszawie dwóch powstań”. Wizja ta ma w sobie tyle stereotypów i przeinaczeń, że może lepiej było wówczas, gdy historie polska i żydowska były od siebie całkiem oddzielone…

Czy Festung Warschau relacjonuje konkurencję pamięci? W pewnym sensie tak. W Polsce mieliśmy do czynienia z różnymi fazami o zagładzie Żydów i w ogóle o wojnie. Wpierw ją uniwersalizowano w duchu humanizmu, zgodnie ze znanym stwierdzeniem Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Potem uniwersalizacja przybrała postać antyfaszystowską, czego wyrazem była przez długie lata ekspozycja w Oświęcimiu. Dalej mieliśmy fazę polonizacji, kiedy mówiono o sześciu milionach zamordowanych Polaków, czego śladem w Warszawie jest tablica w Ogrodzie Saskim. Następnie przyszedł etap chrystianizacji pamięci. Na starych pomnikach dodano krzyże, pojawiły się nowe upamiętnienia martyrologiczne, już katolickie. Teraz wkroczyliśmy, w Warszawie na pewno, ale nie tylko, w fazę podkreślenia symetrii cierpienia: cierpieli Polacy, cierpieli Żydzi. Po równo. Dokonuje się swoista holokaustyzacja polskich cierpień, podniesienie ich do rangi żydowskiej Zagłady. Obecna jest w polskiej debacie publicznej, a jej figurą, którą się zajmuję, jest obszar między pomnikiem na Umschlagplatz a pomnikiem wywózek na placu Muranowskim. Ten drugi mobilizuje emocje, jest żywy; Umschlagplatz często pozostaje niedostrzeżony nawet przez osoby, które w pobliżu mieszkają i pracują, które korzystają z budynków upamiętniających[tak w oryginale] tamte wydarzenia, czyli wywózkę Żydów do Treblinki. Owa symetria mówi nam rzecz następującą: cierpienia polskie i cierpienia żydowskie możemy ustawiać na równi, być może Polacy nie zawsze zachowywali się wobec żydowskich współobywateli w porządku, ale to oni pierwsi właśnie zaczęli cierpieć jako pierwsi [tak w oryginale], a ich cierpienia nie ustępują, jeśli idzie o jakość i skalę, późniejszym cierpieniom żydowskim.

Głos z sali: Na tej platformie sybirskiej są też macewy.

EJ: Rzeczywiście są. Są też krzyże prawosławne i muzułmański symbol tatarski. Tyle że trzeba pamiętać o kontekście. Dla Żydów wywózki, nie zawsze, ale bardzo często, oznaczały uratowanie życia. To pozostanie w Polsce było czymś gorszym. Znam bardzo wiele wywiezionych wówczas osób, które np. nie należą do Związku Sybiraków, ponieważ czują się w nim źle, są traktowane nieżyczliwie. Podobnie z obchodami katyńskimi. Te żydowskie odbywają się na cmentarzu żydowskim, za murami, znów oddzielone od polskich. Zresztą w potocznej świadomości pomnik sybiraków jest pomnikiem czysto polskim, wagonem z krzyżami.

Więc o czym jest ta książka? O nowej Polsce niepodległej i o trzech fundamentach, na których buduje ona tożsamość wspólnoty: idyllicznym micie II Rzeczypospolitej, micie katyńskim, który awansował ostatnio na czoło stawki [tak w oryginale], micie polskiego państwa podziemnego i wszystkiego, co się z tym państwem wiąże, a więc i powstania warszawskiego, rządu w Londynie, Żegoty. Te mity obejrzane z bliska już nie wyglądają tak ładnie, zaczynają być używane instrumentalnie, stają się narzędziem przemocy i wykluczenia, projektowania wspólnoty, która znowu będzie decydować o tym, kto jest w środku, a kto na zewnątrz.

[… - m.in. o toi-toi przy ul. Bohaterów Getta] Co do toalety, to ona rzeczywiście jest jak piasek w oku, jak drzazga pod paznokciem; latami strasznie nienawidziłam tej toalety, targały mną paroksyzmy nienawiści i destrukcji.

[… - m.in. o jarmarcznych festiwalach kultury żydowskiej, ‘bezproblemowym’ przywróceniu pamięci o Żydach] Taka pamięć nieproblematyczna, która cieszy się sporą popularnością. Albo weźmy takie upamiętnienie kładki na [ulicy] Chłodnej [przerzuconej nad ulicą między tzw. małym gettem a resztą dzielnicy zamkniętej]. Ono nie daje mi spokoju, bo jest figurą rozłączności Polaków i Żydów w sytuacji zagłady. Żydzi są na górze, oddzieleni murem, na dole są Polacy, bezsilni, bezradni i współczujący świadkowie. Tymczasem kilkaset metrów dalej, za kościołem, jest miejsce, gdzie ta styczność istniała, gdzie był przepływ między tymi dwiema stronami muru. Dzisiaj to jest skwer Sybiraków, upamiętnionych obeliskiem, gdzie odbywają się wystawy patriotyczne, które całkowicie ignorują żydowski kontekst ulicy Chłodnej. Albo neonazistowskie grafitti na Umschlagplatz, którego absolutnie nikt nie widział, tzn. nie widzieli go użytkownicy budynku, w którym znajduje się Wydział Psychologii UW, a w nim m.in. Centrum Badań Nad Uprzedzeniami, które dostarcza nam zgrabnych słupków, dowodzących, że uprzedzenia maleją i że jest już lepiej.

[…]

EJ: przede wszystkim musi być jasna deklaracja ze strony państwa [odn. – wg EJ – przerwania powielania gestów, które jak nazistowskie grafitti są potencjalnie zbrodnicze], ale my wiemy, że na to nie ma co liczyć. A więc my. Na razie jesteśmy małą grupką, ale może jest nas coraz więcej, tak się łudzę, i wytworzymy masę krytyczną, która uruchomi proces emancypacyjny. Bo myśmy wciąż jako wspólnota nie przeszli emancypacji od samych siebie, od tego, co sprawia, że kręcimy się w kółko. Wiemy, że państwo całkowicie abdykowało ze swojej roli emancypacyjnej czy prometejskiej, ono ewentualnie jest gotowe ustąpić pod presją.

Głos z sali: Państwo abdykuje z polityki kulturalnej na całym froncie.

EJ: Ale ta abdykacja też jest formą opowiedzenia się. Abdykując, zostawiasz wolne pole, nie sprzeciwiasz się temu, co wchodzi w to miejsce, czyli wyłącznie opcji większościowej.

S[ylwia]Ch[utnik]: […] Twoja książka pomaga i punktuje nasze ubytki w wiedzy. Mnie na przykład wydawało się, że jestem sprawna [intelektualnie] i że mam na to papiery, bo jestem przewodniczką miejską, aż tu nagle czytam w twojej książce fragment o kapliczkach, który podważył moją wiedzę o 1944 roku. Żyłam w przekonaniu o świętości bram i podwórek, miejsc bezpiecznych, zaufanych, oswojonych, gdzie dozorca niczym anioł stróż zamykał o 22.00 kluczem bramę i już wszystko było w porządku –tam w środku przynajmniej, bo to, co na zewnątrz, już nas nie dotyczy. Tymczasem ty zburzyłaś cały mit kapliczek. Jak to się stało, dlaczego?

EJ: To był również mój mit, jak chyba wszystkie inne, o których piszę. Czułam, że tam coś trzeszczy, ale że trzaśnie tak mocno, nie sądziłam. Wiedziałam to, co wszyscy, że kapliczki to jest powstanie warszawskie, i że stawiane były po to, by warszawiacy się przy nich modlili. Aż nagle spostrzegłam, że na Pradze na cokołach wielu z nich widnieje data 1943. Po pierwsze – rok wcześniej, po drugie – na Pradze nie było powstania. One, jak wskazuje choćby wojenna prasa konspiracyjna, zaczęły się pojawiać wiosną 1943 roku. W prasie tej podawane są rozmaite przyczyny – wydarzenia na froncie, w Warszawie – z wyjątkiem jednego – powstania w getcie. Powstanie pozostało poza systemem odniesień. Resztę znajdziecie w książce.

PP: A jednak w jakiejś mierze stało się częścią systemu. Istnieje przecież patriotyczny mit Gęsiówki, która była co prawda żydowskim obozem dla więźniów z Auschwitz, przywiezionych po to, żeby splantowali teren dawnego getta, ale została przerobiona na KL Warschau – obóz zagłady dla Polaków systematycznie mordowanych podczas powstania warszawskiego. Polacy, owszem, byli masowo mordowani podczas powstania, głównie na Woli, ale to nie miało nic wspólnego z Gęsiówką, ani tym bardziej ze słynnymi tunelami pod Dworcem Zachodnim, gdzie rzekomo znajdowały się komory gazowe.

EJ: KL Warschau to jest przykład holokaustyzacji polskiej historii. Mit komór gazowych, w których zginęło 200 tysięcy Polaków za to tylko, że byli Polakami.

PP: Mit obalony przez IPN, który wydał książkę, w której stwierdza się, że KL Warschau nie istniał.

[…]

Głos z sali: Chciałabym bardzo podziękować za tę książkę. Naprawdę bardzo mi się podoba, dobrze, że powstała, że zmusza do myślenia i zwraca uwagę na niuanse w przestrzeni publicznej. Jednak nie do końca mogę zaakceptować wszystkie interpretacje. Pani ma pewną interpretację historii kapliczek. Podobnie z kładką nad Chłodną. Pani widzi to jako symbol rozdzielenia Warszawy żydowskiej i Warszawy poza murami. Ale to nie jedyna interpretacja. Sama jestem przewodniczką i o kładce staram się opowiadać nie z punktu widzenia Polaków, którzy pomagali (choć wiemy, że często tak nie było), ale więźniów getta, na podstawie źródeł żydowskich. A one mówią o rozdzieleniu. W toku lektury coraz częściej odnosiłam wrażenie, że pani na siłę szuka argumentów. Weźmy dwie tablice na budynku na Stawkach, dotyczące oswobodzenia 50 żydowskich więźniów przez powstańców warszawskich. Pani mówi o konkurowaniu pamięci, że mają przykryć pamięć Umschlagplatz, ale przecież jedna z nich powstała z inicjatywy żydowskiego żołnierza „Kolegium A”. Znaczy to, że upamiętnienie nie jest dziełem jakiejś nacjonalistycznej, patriotycznej, prawicowej polskiej pamięci [tak w oryginale], tylko jest to pamięć żydowskiego żołnierza, który był żołnierzem Armii Krajowej,ale był Żydem.

EJ: Stanisław Aronson. Tak. Cytuję go w mojej książce. On niestety często występuje w takiej roli, którą w Polsce kochamy najbardziej: dobrego Żyda, czyli kogoś takiego, kto potwierdzi wszystko, o czym jesteśmy przekonani. To jest ten człowiek, którego będziemy uważać za reprezentanta mniejszości, który potwierdzi naszą perspektywę większościową. To on musi potwierdzić, że nie było antysemityzmu w AK, przedstawić jako Żyd polski punkt widzenia.

W Polsce jest tak, że dopuszczenie mniejszości do wspólnoty jest cały czas warunkowe i równoznaczne z podporządkowaniem się dyskursowi większościowemu. Dla tych, którzy mówią co innego i innym językiem, w inny sposób opisują swoje doświadczenia, nadal nie ma miejsca, albo tego miejsca jest bardzo, bardzo mało, a ich doświadczenia są na różny sposób bagatelizowane. Mówi się wtedy: wiadomo, przewrażliwiony. Kapliczki, tablice pamiątkowe, inne symbole – one dla dominującej większości są przezroczyste, ale byłoby dobrze, gdybyśmy mieli świadomość istnienia tej innej perspektywy, mniejszościowej, w której kapliczka nie musi oznaczać tylko tego, co dobre. To zadanie na przyszłość, bo my co prawda rozmawiamy tu o przeszłości, ale cały czas budujemy jakiś kraj, który póki co jest bardzo zamknięty i nie pozostawia wiele miejsca na integrację ludzi odmiennych od większości, integrację na zasadach nie tolerancji, lecz równych praw. Obecności tej perspektywy na pewno ciągle jeszcze bardzo brakuje.

[Festung Warschau. O kłopotach z warszawską pamięcią rozmawiają Elżbieta Janicka, Sylwia Chutnik i Piotr Paziński, opr. pp, „Midrasz. Pismo Żydowskie”, nr 3 (167), maj-czerwiec 2012, s. 5-9]

 

 

Wyrażone przez wypowiadające się pod nazwiskiem osoby opinie dają raczej pojęcie o ich własnych przekonaniach, poziomie wiedzy i światopoglądzie, niż o rzeczywistości czy poglądach i motywacjach ludzi, których działania owe osoby krytykują. Z pewnością osoby zaangażowane w upamiętnienie sowieckich mordów i deportacji byłyby zdziwione, widząc w tak krzywym zwierciadle własne starania. Znaczące jest choćby zestawienie pomnika przy Chłodnej z „żydowskim kontekstem ulicy”, który miałby czynić go niestosownym – oraz, co gorsza, z neonazistowskim grafitti, a także wytknięcie, iż pomnik Sybiraków znalazł się w niewłaściwym miejscu, tj. miejscu jednej z bitew Powstania w getcie (nie ubliżając powstańcom z getta, proszę jednak o szczegóły, które uprawniałyby nazwanie starć powstańczych bitwami – takich jak np. liczba zabitych Niemców i ich pomocników, rozbitych niemieckich pozycji, zniszczonego sprzętu). Spomiędzy wierszy wypływa tu wprost przekonanie, że to, co Polacy chcą upamiętnić, jest w jakiś sposób nierealne, niebyłe, nieważne, fantazmatyczne, a poza tym, że mamy w Warszawie (a pewnie i w całej Polsce) do czynienia z jakąś haniebną licytacją pamięci w neoliberalnym stylu, którą należałoby oficjalnie, z pomocą państwa, zamknąć (może na pomnikach Polaków zamordowanych, poległych bądź dokonujących jakiś chwalebnych czynów należałoby umieszczać plakietkę z napisem: „z szacunkiem dla upamiętnionych, przypominamy, że ich ofiara/cierpienie/śmierć* nie były ani równe ani porównywalne z ofiarą/cierpieniem/śmiercią* Żydów – *niepotrzebne skreślić”?). Upamiętnienie wcale niemałych strat Polaków podczas wojny nagle okazuje się zagrażać pamięci Holocaustu, a nawet ją negować. Fakt, iż takie postawienie sprawy naprawdę ową ‘licytację pamięci/upamiętnienia’ otwiera, jakoś do mówców nie dotarł. Insynuacyjne zestawienie pomników z ulic Chłodnej i Nowotki/Andersa oraz okolic z neonazistowskim grafitti, sztafażem komunistycznej propagandy wykorzystującym tragedię wojny, a także sugestia, że owe nowoczesne próby oddania honoru polskim ofiarom i polskim bohaterom wojny to po prostu konkurencja, która ma przykryć czy unieważnić pamięć ofiar Holocaustu, po prostu delegalizuje jakiekolwiek próby upamiętnienia ofiar wojny innych niż żydowskie. Okazuje się, że owe nieżydowskie pomniki są narzędziem przemocy i wykluczenia, i budują stosunki społeczne na zasadzie przeciwstawienia równych praw – tolerancji (tak, jakbyśmy nadal żyli w XVII, a nie XXI wieku – ale brak tu słowa kluczowego dla funkcjonowania ustrojów społecznych opartych na nierównych prawach i wzajemnej tolerancji oddzielnych grup, mianowicie słowa przywilej). Zresztą – Polacy upamiętniają Sybiraków, Armię Andersa, nawet kładkę na Chłodnej – to źle. Stanisław Aronson dobrze mówi o Armii Krajowej – źle, najwyraźniej mówi na zamówienie większości, chciałoby się powiedzieć: zły Żyd, zdrajca. Że mówi o tym, co sam przeżył i widział? Eeee. Pani Janicka wie lepiej. Polacy chcą upamiętnić także Powstanie w getcie – niedobrze, bo w ten sposób uszlachetniają swoje powstanie, w nielegalny sposób czerpią z tragedii Zagłady. Nawet architektura, nawiasem mówiąc dość okropna, stalinowskiego Muranowa, okazuje się działać przeciwko właściwemu upamiętnieniu historii Żydów – Nalewki się gdzieś zgubiły, tzn. są tam, gdzie były, ale pod inną nazwą (to, że po 1944 r. mało która dzielnica się nie zmieniła, jakoś uchodzi bez zauważenia – a o przedwojennych planach rozbudowy stolicy, które padły ofiarą stalinizacji miasta, też nie warto mówić). Krótko mówiąc, całość takich wywodów jest czymś w rodzaju apologii kulturowo-historycznego apartheidu. Polska pamięć historyczna jest tu w dodatku traktowana jako całość, z dobrodziejstwem inwentarza, z zaznaczoną stratygrafią, ale bez wzmianki o tym, że cezurą jest 1989 r.: wyjście społecznej pieczy nad pamięcią o wojnie z drugiego obiegu, i likwidacja komunistycznej propagandowej interpretacji dziejów. Do jednego worka wpadają KL Warschau w interpretacji „Naszego Dziennika” (ale i IPN), Muzeum Powstania Warszawskiego, komunistyczne manipulacje historią (np. odnośnie KL Auschwitz) mające legitymizować totalitarny reżym, zapisy MKK i cenzury dławiące „szeptankę” o Syberii i Katyniu (czy raczej micie katyńskim), moczarowskie kłamstwa o oporze podczas wojny, wreszcie cała – nieraz niedoceniana, choć ogromna i podkreślmy to, dokonywana wysiłkiem społecznym – praca nad rekonstrukcją dziejów polskiego oporu przeciw niemieckim i sowieckim okupantom oraz ich zbrodniami, zwłaszcza tych ostatnich.

Takie postawienie sprawy ewidentnie odwołuje się wyłącznie do emocji, w sposób, który wyłącza także krytyczne postawienie wniosków – gdy bowiem do nich dochodzi, widzimy, że właściwie polegają one na zastosowaniu wobec upamiętnienia Polaków tych miar, jakie wg autorów cytowanych słów stosuje się obecnie do upamiętnienia tragedii Żydów – tzn. wykluczenia. Państwo ma zatem emancypować Polaków od niesłusznych sposobów, którymi próbują utrzymać pamięć o swych ofiarach – ha, czyżby nowa ideologia państwowa a la Tadeusz Kroński? A dlaczego tak szybcy do emancypowania Polaków od ich pamięci historycznej (zarówno tej, która była tolerowana od 1945 r., jak i tej zakazanej, która dotąd jest wydobywana), nie zabiorą się do emancypowania Żydów od ich pamięci Zagłady (czy w ogóle wszystkich mniejszości od pamięci ich cierpień)? Nb. narzędziami takiej emancypacji do 1989 r. były: cenzura, oficjalna propaganda, skwapliwie realizowana ‘przewodnia rola partii’, a w ostateczności – pewna służba, dysponująca wszelkimi środkami do dławienia niekanonicznych opinii. Formułowanie opinii o konieczności emancypacji Polaków od interpretacji własnych dziejów to najwyraźniej postulat z przybornika rewolucji kulturowej – tyle, że ta rewolucja (a może raczej ‘pełzający pucz’) wcale nie musi oszczędzać żydowskiej pamięci historycznej, a raczej na pewno nie będzie robiła różnicy między nią a polską pamięcią historyczną. Gorzej byłoby, gdyby mówcy łudzili się, że właśnie żydowska pamięć historyczna stanie się narzędziem emancypacyjnym – taki akces do rewolucji kulturalnej to po prostu reanimacja – na własne życzenie! – mitu ‘żydokomuny’. Czy na pewno o to miało chodzić?

Wymowę argumentacji autorki Festung Warschau – subiektywnej, choć poniekąd uprawnionej jej głębokimi osobistymi przekonaniami, najwyraźniej podzielanymi przez innych autorów powyższych wypowiedzi – obniża jednak ich ignorancja – jak np. w kwestii istnienia KL Warschau, któremu jednak nie zaprzecza Bogusław Kopka, autor (nb. nie wymieniony z nazwiska) wspomnianej przez P. Pazińskiego monografii obozu wydanej przez IPN, pozytywnych skutków deportacji do ZSRS w latach 1940-1941 (lepiej było polskiemu Żydowi, zbiegłemu przed Niemcami do sowieckiej strefy okupacyjnej umrzeć z głodu w Kazachstanie, niż zostać zamordowanym w Treblince? – ale deportacje były dobre, bo ktoś ocalał), rozstrzeliwań polskich więźniów w ruinach getta i na Gęsiówce, czy kwestii wybuchu powstania na Pradze. Podobnie obniża powagę wypowiedzi uwaga o ulicy Andersa, która „udaje” Nalewki. W jaki sposób „udaje”? Przejęła nazwę? Nie – od wymierzenia ulicy de novo przez gruzy getta i budowy nowych, w stalinowskim stylu utrzymanych domów, aż po upadek komunistycznej dyktatury nosiła ona nazwę ulicy Marcelego Nowotki. Przejęła jakieś funkcje dawnych Nalewek? Chyba w taki sposób, w jaki powojenny Muranów przejął funkcje przedwojennego Murdziela – tj. w żaden. Całe zdanie wydaje się po prostu nieporozumieniem, podobnie jak wywody o genezie praskich kapliczek podwórkowych zbudowanych w 1943 r. – stawianych poza bezpośrednim zasięgiem niemieckich patroli ulicznych, w najcięższym roku wojny, gdy nie tylko zdawało się, że po Żydach zaraz przyjdzie kolej na Polaków, ale również, by wymienić najmocniejsze punkty tego roku, gdy po ogłoszeniu w 10-lecie rządów NSDAP „wojny totalnej” reżym okupacyjny w Generalnym Gubernatorstwie stał się jeszcze cięższy, odkryto groby w Katyniu, ZSRS cofnął uznanie dla polskiego rządu na uchodźstwie, zginął Sikorski, a lądowanie aliantów bynajmniej się nie zbliżało (desant pod Dieppe raczej rozwiewał marzenia o bliskim nadejściu końca wojny), wzmogły się wywózki na roboty do Rzeszy, a wydarzenia na Zamojszczyźnie tworzyły dość czarną wizję przyszłości. Kuriozalnie brzmi wzmianka o paroksyzmach wywoływanych przez plastikową toaletę przenośną na tyłach Arsenału – dlaczego właśnie ona budzi takie emocje (a stoi na niemal pustej ulicy)? We wszystkich wypowiedziach jest zresztą jeden Wielki Nieobecny: to Niemcy.

 

Polak jest zatem kimś w rodzaju pana Jourdain, ale w transylwańskim wydaniu: całe życie był potworem, ale dowiedział się o tym dopiero teraz. Gwoli przypomnienia: „Midrasz” jest pismem niszowym, ale mimo to opiniotwórczym. Można tam odczytać elementy dyskursu publicznego, jakie właśnie pojawiły się lub pojawią się ‘w szerszym paśmie’ w najbliższych latach. A więc – Sybiracy i powstańcy, strzeżcie się! A co do ‘obojętności państwa’ i szczupłości grupy ‘emancypatorów’ polskiego społeczeństwa od jego historii – hm, to skąd się wzięły te pieniądze, które idą na ‘Krytykę Polityczną’? Czy wydanie albumu zostało sfinansowane wyłącznie z funduszy autorki i jej przyjaciół, a może jest przedsięwzięciem wyłącznie komercyjnym?

A może jednak trochę umiaru? Z pedagogiką wstydu łatwo przesadzić. A skargi na bardzo zamknięty kraj proszę kierować do jego twórców – do Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura