Generalnie temat jest tematem politycznym. Będzie grzany przez opozycje, jak mniemam będzie to zasłona dymna, maskująca odrobinę inne problemy, które stawiane są przed rządem Donalda Tuska. Takie tematy są mało interesujące pod względem merytorycznym - no chyba, że ktoś ma dzieci. Mnie natomiast zainteresował temat w związku z jednym komentarzem w sieci.
Internautka grzmi - w Polsce w ostatnim okresie odnotowujemy wzrost zachorowań na choroby weneryczne! Czy na pewno chcemy zostawić takim rodzicom decyzję o tym, czego powinny uczyć się dzieci?!
Piękny argument. Rodzice, emblemat ciemnogrodzian. Nie dość, że nie panują nad genitaliami to nie mają żadnej wiedzy dotyczącej tego jak wchodzić w relacje seksualne bezpiecznie. Dlaczego takim ludziom zostawiać decyzję na temat tego, czego mają się uczyć dzieciaki?
Jest faktem, że w ostatnim czasie widać w statystyce więcej zachorowań na choroby weneryczne. Od razu należy wskazać, że jest to pośrednio wynik coraz lepszej diagnostyki tych chorób.
Choroby weneryczne to zjawisko, nad którym pochyla się epidemiologia oraz socjologia. Bo jest to zjawisko, które ma swoją złożoność po stornie medycznej. Jednak z uwagi na to, że dotyczy ludzi i ich zachowań społecznych polega też namysłowi nauk społecznych - socjologii.
Warto czasem falsyfikować tezy nawet te rzucane próżnie Internetu. Badania pokazują, że są grupy ryzyka związane z określonymi zachowaniami.
Na choroby weneryczne najczęściej chorują kobiety w przedziale wieku 18-24 oraz mężczyźni w wieku 25-39. To jest ten wiek, gdzie faktycznie hormony biorą górę nad zdrowym rozsądkiem.
Do zachorowań najczęściej dochodzi w wyniku tego, że często zmienia się partnera seksualnego oraz w wyniku podejmowania ryzykownych interakcji seksualnych. W grupach podwyższonego ryzyka są single, osoby pomiędzy związkami oraz tzw. seryjni monogamiści, którzy wchodzą w związki, szybko decydują się na podjęcie relacji seksualnych i jeszcze szybciej decydują się na to, żeby zrezygnować z prezerwatyw. Związki te szybko ulegają rozpadowi - trwają od 3 do 6 miesięcy. Homoseksualiści są bardziej narażeni na infekcje kiłą, chodzi o mężczyzn - nie stosują bowiem prezerwatyw. Warto dodać (jeśli chcesz być ultra-precyzyjny), że w tej grupie często polega się na profilaktyce farmakologicznej (PrEP), która chroni przed HIV, ale daje zerową ochronę przed kiłą czy rzeżączką
Mówimy oczywiście o mieszkańcach dużych miast.
Zestawmy garść tych faktów z obawą internautki. Nauka wskazuje, że do emisji omawianych chorób dochodzi w środowisku wyzwolonej awangardy. Młodzi, bezdzietni, dynamiczni, wykształceni, ponad dogmatami i bez kagańca moralności starego reżimu.
Czy na pewno powinniśmy brać się za ubezwłasnowolnienie rodziców, kiedy problem zdaje się, leży gdzie indziej? Czy na pewno ci, którzy statystycznie żyją najbezpieczniej (stałe związki), mają być pouczani przez system, który nie radzi sobie z edukacją grup najbardziej „postępowych”?
Uogólniam za mocno? Publicystyka nie bierze jeńców, nie musi dbać o higienę zalecaną dystertacji naukowej, czy też życiu seksualnemu.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)