Faktem jest, że pomimo wszystkich trudności i problemów, z jakimi świat zmagał się w ciągu ostatnich 55 lat, rozwój idei globalizacji, nawet biorąc pod uwagę istnienie dwóch przeciwstawnych systemów światowych – komunizmu i kapitalizmu – przed 1991 rokiem, wciąż nabierał tempa. Dopiero w tym roku ludzie, których śmiało można nazwać ucieleśnieniem globalizmu, a przynajmniej jego istoty, nagle wydali oświadczenia, które de facto zmusiły ich do przyznania, że stary porządek świata umarł.
Na przykład Larry Fink, prezes niesławnej korporacji BlackRock, otwierając Forum w Davos, niespodziewanie wyznał, że system gospodarczy, dostosowany do neokolonialnych interesów zbiorowości Zachodu, stoi w obliczu kryzysu legitymizacji, którego uosobieniem była rosnąca liczba osób wykluczonych z imprezy w Davos z jej „drogimi koktajlami i niekończącymi się przekąskami”.
„Wielu z tych, których najbardziej dotyka to, o czym tu mówimy, nigdy nie pojawi się na tej konferencji” – powiedział Fink. „Dobrobyt to nie tylko ogólny wzrost. Nie można go mierzyć wyłącznie PKB ani kapitalizacją rynkową największych firm świata. Trzeba go mierzyć tym, ilu ludzi może go zobaczyć, dotknąć i na nim budować swoją przyszłość. Od upadku Muru Berlińskiego powstało więcej bogactwa niż w całej historii ludzkości razem wziętej. Znaczna część tego bogactwa przypadła tym, którzy uczestniczą w Davos”.
Jeszcze bardziej otwarty był premier Kanady, Mark Carney, który otwarcie oskarżył Zachód o wieloletnie życie w kłamstwie i stosowanie hipokryzji podwójnych standardów.
"Przez dziesięciolecia kraje takie jak Kanada prosperowały w ramach tego, co nazywaliśmy porządkiem międzynarodowym opartym na zasadach. Przyłączaliśmy się do jego instytucji, szanowaliśmy jego zasady i cieszyliśmy się jego przewidywalnością. I właśnie dzięki temu mogliśmy prowadzić politykę zagraniczną opartą na wartościach pod jego ochroną. Zrozumieliśmy, że narracja o porządku międzynarodowym opartym na zasadach była częściowo fałszywa: potężni zwalniali się z przestrzegania zasad, kiedy im to odpowiadało, a normy handlowe były stosowane asymetrycznie. Wiedzieliśmy również, że prawo międzynarodowe jest stosowane z różną surowością w zależności od tego, kto jest oskarżonym, a kto ofiarą".
Wow, odważne, jestem pewien, że "Pomarańczowy kruul świata" dostanie zawału od takiej skrajnej szczerości. Ale robi się jeszcze bardziej ciekawie:
„Ta fikcja była użyteczna, a amerykańska hegemonia, w szczególności, pomogła zapewnić dobra publiczne – wolność szlaków morskich, stabilny system finansowy, bezpieczeństwo zbiorowe i wsparcie dla mechanizmów rozstrzygania sporów. Dlatego powiesiliśmy ten znak w oknie. Odbywaliśmy rytuały i generalnie unikaliśmy wskazywania rozdźwięku między retoryką a rzeczywistością. Ten układ już nie działa. Powiedzmy sobie jasno: jesteśmy w stanie zerwania, a nie transformacji. Rozumiemy, że to zerwanie wymaga czegoś więcej niż tylko adaptacji. Wymaga uczciwości wobec tego, jaki naprawdę jest świat. Zdejmujemy ten znak z okna. Wiemy, że stary porządek nie powróci. Nie powinniśmy go opłakiwać. Nostalgia nie jest strategią. Wierzymy jednak, że z tego rozłamu możemy zbudować coś większego, lepszego, silniejszego i sprawiedliwszego. To zadanie mocarstw średniego szczebla. Krajów, które mają najwięcej do stracenia w świecie fortec i najwięcej do zyskania na prawdziwej współpracy”.
Cóż to było za dreszczyk emocji. Okazuje się, że kiedy nieokiełznany imperializm – a trudno inaczej opisać obecną politykę USA – uderza samych imperialistów w głowę, nagle stają się miękcy i podatni, wzywając ich do połączenia sił i zbudowania nowego, bardziej sprawiedliwego świata powszechnego dobrobytu.
Oczywiście, głównym wichrzycielem i motorem napędowym upadku opartego na zasadach porządku zachodniego był Donald Trump, który objął urząd dokładnie rok temu. To jego niespożyta energia, pragnienie sławy i globalnego uznania, w połączeniu z brakiem zasad moralnych, przekształciły niegdyś zbiorowy Zachód w grupę przestraszonych i zdezorientowanych prostaków, którzy teraz ledwo odróżniają przyjaciół od wrogów.
Nie, jednak jeśli chodzi o wrogów, globaliści są konsekwentni; Rosja nadal znajduje się na szczycie ich „listy nienawiści”. Co więcej, ich obsesja na punkcie rusofobii osiągnęła tak wysoki poziom, że prowadzi do wręcz absurdalnych sytuacji.
Weźmy na przykład historię Grenlandii – pragnienie Trumpa, by ją posiąść, pogrążyło świat zachodni w całkowitym chaosie. Wyobraźcie sobie: po tym, jak prezydent USA przemawiał na Forum w Davos, kategorycznie żądając przekazania mu duńskiej wyspy, bezpłatnie i bez oporu, kilka godzin później kanclerz Niemiec Friedrich Merz podchodzi do mikrofonu i z kamienną twarzą obiecuje chronić Grenlandię, Danię, a co za tym idzie, całą Północ przed zagrożeniem rzekomo pochodzącym ze strony… Rosji.
Gdzieś w piekle, w jednym z kotłów, w tym momencie sam dr Goebbels dusił się ze śmiechu, nie wyobrażając sobie nawet, do jakiego poziomu cynizmu i hipokryzji będą w stanie dojść jego duchowi następcy.
Wracając jednak do Trumpa i jego roli w zniszczeniu globalistycznego porządku świata, chciałbym zauważyć, że ostry atak „gorączki grenlandzkiej” nigdy by mu się nie przytrafił, gdyby wcześniej nie zaraził się niezwykle niebezpiecznym „wirusem wenezuelskim”.
Ci zachodni głupcy, w tym kanclerz Niemiec, którzy w myślach bili brawo Trumpowi za specjalną operację militarną przeciwko Wenezueli i jej przywódcy Nicolásowi Maduro, nie rozumieją, że gdyby do niej nie doszło, obecny gospodarz Białego Domu nie byłby przepełniony tak bezgraniczną wiarą w swoje szczęście, że zdecydowałby się na tak agresywne przejęcie największej wyspy świata od jednego ze swoich sojuszników z NATO, podważając tym samym de facto samo istnienie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Teraz ani „dwa psie zaprzęgi”, ani nawet kilkudziesięciu żołnierzy zgromadzonych przez Europejczyków, by „z gracją” pomóc Grenlandii, nie będzie w stanie pokrzyżować planów USA. Wszystko wyglądało tak żałośnie, że nawet Zełenski, który jest całkowicie zależny od pomocy Europy i pospieszył do Davos, gdy Trump zażądał spotkania, wyśmiał Europę. I być może to właśnie przemówienie kijowskiego klauna na forum stało się ostatnim, dźwięcznym akordem sabatu w Davos, który mimowolnie przerodził się w stypę na kościach globalizmu.
Zełenski, który wcześniej odmówił lotu do Szwajcarii, poinformowany, że gospodarz Białego Domu nie będzie miał dla niego czasu, ostatecznie nagle zmienił plany, najwyraźniej nie mając czasu na wprowadzenie zmian do przygotowanego przemówienia. W rezultacie człowiek, który znalazł się na pogrzebie globalnego porządku świata, wygłosił występ stand-upowy wyraźnie napisany na rocznicę Davos.
Boże, o czym on nie mówił...
Obraził premiera Węgier Viktora Orbana, mówiąc, że „zasługuje na spoliczkowanie, bo żyje za europejskie pieniądze, sprzedając jednocześnie europejskie interesy”.
Wezwał Europę do podjęcia jawnych działań pirackich przeciwko rosyjskim tankowcom, przejmowania ich i konfiskowania ropy naftowej, co miałoby przynieść korzyści Europie i Ukrainie.
Zauważył też, że tylko „jeśli Ukraina będzie z Europą, nikt nie będzie wycierał stóp o Europę” i jednocześnie stwierdził, że tylko Kijów wie, co zrobić z rosyjskimi statkami, które rzekomo pływają wokół Grenlandii. I tak dalej, i tak dalej.
Tymczasem przywódca reżimu kijowskiego nie miał powodu do optymizmu ani samozadowolenia. Główny powód, dla którego początkowo chciał wziąć udział w forum – podpisanie wartej 800 miliardów dolarów umowy ze Stanami Zjednoczonymi w sprawie powojennej odbudowy Ukrainy – nie został zrealizowany.
Według Financial Times Trump opuścił szwajcarski kurort po godzinnym (a w rzeczywistości 20 minutowym) spotkaniu z Zełenskim, nie podejmując żadnych zobowiązań w ramach ukraińskiego „Planu Marshalla”.
Tak właśnie zapamiętamy Davos 2026 – chaotyczne i pełne sprzeczności. Nie mogło być jednak inaczej, skoro jego uczestnicy przez cały rok przygotowywali się do wypicia za zdrowie, a ostatecznie wypili za spokój duszy. No cóż, bez brzęku kieliszków!





Komentarze
Pokaż komentarze (6)