Gdy państwo robi z nich własność, nie odkrywa prawa naturalnego. Tworzy monopol na myślenie, kopiowanie i stosowanie procedur.
Papież Leon XIV napisał w Magnifica Humanitas, że do dóbr przeznaczonych powszechnie dla wszystkich trzeba dziś zaliczyć także patenty, algorytmy, platformy cyfrowe, infrastrukturę technologiczną i dane. To jest bardzo ważne rozpoznanie. Papież zobaczył, że współczesna kwestia społeczna nie rozgrywa się już wyłącznie wokół ziemi, fabryk, kapitału przemysłowego i pracy najemnej. Dzisiaj wielka walka cywilizacyjna toczy się wokół informacji. Kto kontroluje dane, algorytmy, protokoły, platformy i infrastrukturę obliczeniową, ten kontroluje coraz większą część ludzkiego życia.
Kościelna nauka społeczna ma naturalny odruch wspólnotowy i regulacyjny. Widzi koncentrację władzy, więc szuka publicznej kontroli. Widzi przepaść cyfrową, więc szuka redystrybucji dostępu. Widzi platformy silniejsze od wielu państw, więc chce nad nimi nadzoru. To zrozumiałe. Jednak w epoce cyfrowej najgorszym lekarstwem na prywatny monopol może być monopol publiczny. Państwo nie jest antymonopolem. Państwo jest monopolem pierwotnym. Terytorialnym. Przymusowym. Uzbrojonym. Państwo to terrorysta. Więc z dwojga złego lepiej by więcej władzy miały komercyjne korporacje, a nie państwa. A najlepiej, by władzę mieli obywatele i konsumenci.
Libertariańska odpowiedź idzie głębiej. Problemem nie jest sam fakt, że ktoś coś posiada. Problemem jest to, że państwo i korporacje wspólnie produkują sztuczną rzadkość tam, gdzie natura rzeczy rzadkości nie stworzyła. Problemem jest jurydyczna hodowla monopoli informacyjnych.
Rzeczy materialne są rzadkie. Dwie osoby nie mogą w tym samym czasie wyłącznie używać tej samej łodzi w dwóch różnych portach. Dwie osoby nie mogą zjeść tego samego chleba. Dwie osoby nie mogą spalić tego samego kawałka drewna w dwóch różnych piecach. Gdy ktoś zabiera mi rower, ja już tego roweru nie mam. Gdy ktoś zabiera mi dom, ja tracę dom. Gdy ktoś zabiera mi portfel, tracę pieniądze.
Informacja zachowuje się inaczej!
Gdy ktoś pozna mój wzór, ja nadal go znam. Gdy ktoś skopiuje mój tekst, ja nadal mam tekst. Gdy ktoś nauczy się mojego algorytmu, algorytm nie znika z mojej głowy. Gdy ktoś pozna metodę technologiczną, ta metoda może działać równocześnie w tysiącu miejsc. Kopia informacji nie niszczy oryginału. Rozpowszechnienie informacji często zwiększa jej wartość cywilizacyjną, bo pozwala innym ją sprawdzić, poprawić, zastosować, rozwinąć albo obalić.
To jest fakt fizyczny i filozoficzny.
Cały problem własności intelektualnej polega na tym, że prawo próbuje traktować informację jak rzecz. Próbuje zbudować płot wokół wzoru. Próbuje postawić strażnika przy metodzie. Próbuje zrobić działkę budowlaną z czegoś, co po ujawnieniu zaczyna zachowywać się jak światło.
Można chronić tajemnicę. Można chronić nośnik. Można chronić serwer. Można chronić umowę. Można ścigać włamanie, oszustwo, zdradę kontraktową, kradzież dokumentów, naruszenie poufności. To wszystko mieści się w normalnym porządku prawnym. Niemniej czym innym jest ochrona tajemnicy, a czym innym zakaz używania wiedzy po jej ujawnieniu.
Własność intelektualna bardzo często nie chroni własności. Ona tworzy zakaz powtarzania.
Nie drukuj. Nie kopiuj. Nie implementuj. Nie śpiewaj. Nie pokazuj. Nie cytuj za dużo. Nie używaj procedury. Nie stosuj metody. Nie napisz programu, który robi podobną rzecz. Nie opracuj leku podobną drogą. Nie zbuduj interfejsu, który przypomina cudzy interfejs. Nie wchodź na teren abstrakcji, bo prawnik postawił tam tabliczkę.
To nie jest klasyczna własność. To jest monopol.
Historia patentów i praw autorskich nie jest historią odwiecznego prawa naturalnego. To historia przywilejów, kompromisów, cechów, drukarzy, monarchów, parlamentów, wynalazców, wydawców i państwowej polityki gospodarczej. Czyli całego tego państwowego barachła, które niszczy cywilizację.
Republika Wenecka uchwaliła w 1474 roku jeden z pierwszych ogólnych aktów patentowych. Chodziło o wspieranie nowych urządzeń i przyciąganie wynalazców. Był to jednak akt państwowy, osadzony w konkretnej gospodarce i polityce miasta-państwa, a nie odkrycie metafizycznej prawdy, że każda idea techniczna ma właściciela.
Angielski Statute of Monopolies z 1624 roku też jest pouczający. Ten akt ograniczał władzę monarchy do rozdawania monopoli i jednocześnie pozostawiał miejsce dla patentów na nowe wytwory. Patent wyrasta więc z walki o ograniczenie samowoli władzy, ale sam zachowuje naturę monopolu. To ważne. Patent jest wyjątkiem od wolnej konkurencji, a nie jej fundamentem.
Nowoczesny copyright także narodził się jako ograniczony monopol. Statute of Anne z 1710 roku dawał ochronę druku i przedruku książek na określony czas. Sam tytuł tego aktu mówił o zachęcie do nauki. To nie było wieczne prawo autora do kontrolowania każdego obiegu każdego zdania aż do końca dziejów. To był czasowy przywilej, który miał służyć publikacji i obiegowi wiedzy.
Współczesny system dawno wyszedł poza tę logikę. Zamiast krótkiego kompromisu między ujawnieniem a czasową ochroną mamy rozrastającą się machinę prawno-korporacyjną. Patenty bronią nie tylko konkretnych urządzeń, ale coraz częściej metod, procedur i abstrakcyjnych schematów działania. Copyright chroni nie tylko książkę i muzykę, ale całe katalogi, formaty, fragmenty kodu, bazy danych, mechanizmy dystrybucji i modele biznesowe. Prawo, które miało czasowo premiować twórcę, stało się często narzędziem koncentracji władzy w rękach pośredników.
Tak powstaje cyfrowy feudalizm!
Dawny pan miał ziemię. Dzisiejszy pan ma platformę. Dawny chłop był przywiązany do gruntu. Dzisiejszy użytkownik jest przywiązany do konta, profilu, historii zakupów, reputacji, numeru telefonu, sklepu z aplikacjami, algorytmu widzialności i regulaminu, którego nie negocjował. W obu przypadkach dzieje się to z użyciem aparatu terroru.
Największym nieporozumieniem jest traktowanie algorytmów jak klasycznej własności!
Algorytm to metoda. To przepis postępowania. To uporządkowany ciąg kroków prowadzący do wyniku. Może być zapisany kodem, równaniem, diagramem, opisem słownym albo zwykłą instrukcją. Ten sam algorytm może zostać odkryty niezależnie przez wielu ludzi. Ten sam algorytm może mieć tysiące implementacji. Ten sam algorytm może działać w telefonie, serwerze, kalkulatorze, arkuszu kalkulacyjnym albo w głowie człowieka.
Własność takiej abstrakcji jest czymś podejrzanym już na poziomie ontologii!
Można być właścicielem komputera. Można być właścicielem konkretnego pliku na konkretnym dysku. Można być autorem konkretnego kodu. Można sprzedać usługę. Można udzielić licencji. Można chronić tajemnicę technologiczną. Można wymagać dotrzymania umowy. Jednak samo prawo do zakazania innym ludziom stosowania znanej procedury jest czymś zupełnie innym niż prawo do własnego domu.
To jest prawo do kontrolowania cudzych działań na cudzej własności. A nawet cudzych myśli w jego mózgu!
Jeśli ktoś na swoim komputerze, za własne pieniądze, własną pracą, pisze program stosujący znaną metodę, to państwo patentowe mówi mu: nie wolno. A przecież on nikomu nic nie odebrał, nie włamał się do cudzego systemu, nie złamał żadnej umowę. Państwo mówi mu: nie wolno, bo ktoś wcześniej uzyskał monopol na abstrakcyjny schemat działania. I by to wyegzekwować, stosuje przemoc i ogranicza swobodę używania prawdziwej, materialnej własności!
To jest zakaz konkurencji ubrany w język własności!
Sąd Najwyższy USA w sprawie Alice przeciw CLS Bank musiał przypominać rzecz elementarną: abstrakcyjna idea nie staje się możliwa do opatentowania tylko dlatego, że wykonuje ją zwykły komputer. Sam fakt, że najwyższy sąd musiał zatrzymywać prawo przed patentowaniem abstrakcji w komputerowym przebraniu, pokazuje skalę choroby systemu.
Platformy cyfrowe to nowe bramy
Papież trafnie wrzuca do debaty platformy cyfrowe. To jest dzisiaj kluczowy problem. Platforma nie jest tylko prywatną firmą oferującą usługę. Wielkie platformy stały się bramami do rynku, debaty publicznej, reklamy, płatności, dystrybucji aplikacji, kontaktu z klientem, widzialności politycznej i obiegu kultury.
Dlatego europejskie prawo zaczęło używać słowa "gatekeeper". Komisja Europejska wyznaczyła w 2023 roku pierwszych sześciu strażników bram: Alphabet, Amazon, Apple, ByteDance, Meta i Microsoft. To bardzo znamienne. Biurokracja europejska nazwała po imieniu zjawisko, które użytkownicy znają z codziennego doświadczenia: kilka korporacji kontroluje wejścia do wielkich obszarów cyfrowego życia.
Diagnoza jest trafna. Recepta pozostaje sporna.
Socjalista widzi prywatnego gatekeepera i chce zbudować publicznego gatekeepera nad nim. Urzędnik widzi platformę i chce powołać urząd do platform. Polityk widzi algorytm i chce mieć wpływ na algorytm. Cenzor widzi dezinformację i chce decydować, która informacja jest prawdziwa. Regulator widzi monopol i proponuje jeszcze większy monopol, tylko z pieczątką.
Libertarianin powinien odpowiedzieć inaczej: trzeba rozbić bramy, a nie zmieniać bramkarza.
Potrzebujemy interoperacyjności. Potrzebujemy przenoszalności danych. Potrzebujemy otwartych protokołów. Potrzebujemy możliwości samohostowania. Potrzebujemy szyfrowania. Potrzebujemy prawa wyjścia z platformy bez utraty cyfrowej tożsamości. Potrzebujemy konkurencji między usługami, a nie poddaństwa wobec jednego konta. Potrzebujemy architektury, w której człowiek może zmienić dostawcę, a nie wypaść z życia społecznego. To jest zupełnie inna filozofia niż państwowe zarządzanie infosferą!
Największe sukcesy informacji były sukcesami wolnego obiegu
Najlepszy przykład stoi przed oczami każdego, kto czyta ten tekst w Internecie! World Wide Web rozwinął się tak potężnie, ponieważ został uwolniony. CERN 30 kwietnia 1993 roku udostępnił oprogramowanie WWW publicznie, pozwalając używać, kopiować, modyfikować i redystrybuować kod. Później zastosowano otwartą licencję, która miała chronić swobodę użycia i modyfikacji. CERN sam wskazuje, że ta decyzja pozwoliła sieci rozkwitnąć.
To jest fakt cywilizacyjny większy niż tysiąc konferencji o innowacyjności!
Gdyby WWW zostało zamknięte w ciasnym patencie, świat mógłby wyglądać inaczej. Być może mielibyśmy kilka niekompatybilnych sieci, kilka prywatnych standardów, kilka zamkniętych ekosystemów i rachunek za każde kliknięcie. Web wygrał jako otwarty standard. Jego potęga wynikała z kopiowania, implementowania, rozwijania, ulepszania i powszechnego używania.
Podobną logikę widać w open source. Linux, Apache, PostgreSQL, Python, Git i tysiące bibliotek programistycznych budują krwiobieg współczesnej gospodarki cyfrowej. Firmy zarabiają miliardy na usługach, sprzęcie, hostingu, wdrożeniach, bezpieczeństwie, chmurze i reputacji, ale fundamentem jest często wspólna warstwa informacyjna. Nie trzeba globalnego ministerstwa kodu, żeby programiści współpracowali. Nie trzeba centralnego urzędu algorytmów, żeby powstawały standardy. Porządek może wyrastać z wolnej współpracy, reputacji, licencji, praktyki technicznej i konkurencji.
Podobny mechanizm wystąpił w nauce. Human Genome Project przyjął zasady szybkiego publicznego udostępniania danych sekwencyjnych, znane jako zasady bermudzkie. Amerykański National Human Genome Research Institute wskazuje, że ten model stał się ważnym dziedzictwem projektu i zwiększył świadomość otwartego dzielenia się danymi w badaniach biomedycznych.
Nauka, matematyka, informatyka rozwija się przez ujawnienie. Cywilizacja rozwija się przez kopiowanie, poprawianie i stosowanie cudzych odkryć. Zakaz kopiowania jest zawsze podejrzany, bo uderza w naturalny mechanizm rozwoju wiedzy. Newton powiedział: „jeśli widzę dalej to tylko dlatego, że stoję na barkach olbrzymów”. Dziś należałoby dodać: „i tylko dlatego, że ci olbrzymi zechcieli ujawnić swoje odkrycia, że je rozpropagowali i opublikowali publicznie”!
Dane osobowe nie są ropą
Współczesny świat lubi powtarzać, że dane są nową ropą. To bardzo szkodliwa metafora.
Ropa jest surowcem. Dane osobowe są cieniem osoby. Dane o zdrowiu, pracy, poglądach, zakupach, trasach, kontaktach, fakturach, nawykach, zainteresowaniach i słabościach nie są martwym złożem. To cyfrowy ślad człowieka. Kto kontroluje te dane, ten może opisywać człowieka, przewidywać go, klasyfikować, wyceniać, manipulować nim, odcinać go od usług albo podsuwać mu świat dopasowany do jego psychologicznego profilu.
Kliknięcie nie zawsze jest realną umową. Często jest rytuałem poddaństwa. Człowiek nie negocjuje z platformą. Bierze pakiet albo wypada z obiegu. Nie ustala warunków. Nie wie, co naprawdę dzieje się z jego danymi. Nie zna modeli, które go klasyfikują. Nie widzi profilu, który z niego zbudowano. Nie ma realnej kontroli nad algorytmem, który decyduje, co zobaczy, komu zostanie pokazany i czy jego głos będzie miał zasięg.
Odpowiedzią na ten problem nie jest jednak państwowy tyran kontrolujący dane. Państwo samo jest największym kolekcjonerem informacji o obywatelu. Zbiera podatki, faktury, dane medyczne, dane telekomunikacyjne, dane graniczne, dane bankowe, dane rejestrowe, dane edukacyjne i dane policyjne. A ostatnio dane biznesowe proprzez KSeF. Kto chce chronić człowieka przed cyfrową korporacją, oddając jeszcze więcej danych cyfrowemu państwu, ten myli lekarstwo z chorobą.
Człowiek potrzebuje kontroli nad swoimi danymi, a nie nowego zarządcy swojego profilu!
Potrzebuje prawa do szyfrowania, do lokalnego przechowywania informacji, do przeniesienia danych, do opuszczenia platformy bez cyfrowej śmierci. Potrzebuje prawa do wiedzy, kiedy decyzję o nim podejmuje automat i prawa do zakwestionowania klasyfikacji. Potrzebuje konkurencyjnych usług, otwartych formatów i protokołów. Potrzebuje wolności technicznej, a nie cyfrowego protektoratu.
Dobro wspólne nie wymaga wspólnego właściciela
Największy błąd w myśleniu o informacji polega na utożsamieniu dobra wspólnego ze wspólnym właścicielem.
Język jest dobrem wspólnym, ale nie potrzebuje ministerstwa słów. Matematyka jest dobrem wspólnym, ale nie potrzebuje urzędu równań. Protokół internetowy może być dobrem wspólnym, choć routery są prywatne. Wiedza może być dobrem wspólnym, choć książkę napisał konkretny autor. Oprogramowanie może być dobrem wspólnym, choć firmy zarabiają na usługach, wdrożeniach, hostingu, sprzęcie i bezpieczeństwie.
Dobro wspólne nie zawsze oznacza własność wspólną. Często oznacza wolność używania, brak monopolu, otwarty standard, prawo wyjścia. Często oznacza możliwość kopiowania, uczenia się i budowania dalej.
W tym miejscu libertarianizm jest bardziej zgodny z naturą informacji niż socjalizm, korporacjonizm i biurokratyczny katolicyzm społeczny. Informacja po ujawnieniu nie chce być parcelą czy ropą. Chce być językiem czy powietrzem. Chce być narzędziem, metodą, chce być częścią większej sieci myśli. Próba całkowitego zamknięcia jej w prawie własności kończy się reglamentacją cywilizacji.
Oczywiście twórca musi z czegoś żyć. Wynalazca musi mieć motywację. Programista musi zarabiać. Autor powinien sprzedawać książki. Firma powinna chronić swoje know-how. Badania, serwery, laboratoria czy wreszcie modele sztucznej inteligencji kosztują.
Niemniej z faktu, że twórczość kosztuje, nie wynika jeszcze prawo do wiecznego monopolu na obieg informacji. Rynek zna więcej narzędzi niż państwowy zakaz kopiowania: sprzedaż usług, patronat, subskrypcje, wersje premium, wdrożenia, szkolenia, reputacja, tajemnica przedsiębiorstwa, kontrakty, certyfikacja, sprzęt, hosting, gwarancja jakości, szybkość aktualizacji, marka, wspólnoty użytkowników, finansowanie społecznościowe, przedsprzedaż i dobrowolne licencje. Znamy już wiele modeli biznesowych pozwalających zarabiać bez państwa i jego terytorialnego monopolu na przemoc.
Wolność nie oznacza braku modeli biznesowych. Wolność oznacza brak przymusowego monopolu tam, gdzie wystarcza dobrowolna wymiana.
Nowa kwestia społeczna
Leon XIII pisał o robotniku, fabryce, kapitale i socjalizmie. Leon XIV pisze o człowieku, danych, algorytmach, platformach i sztucznej inteligencji. To jest logiczne przejście. Epoka przemysłowa miała fabrykę. Epoka cyfrowa ma platformę. Epoka przemysłowa miała maszynę parową i taśmę produkcyjną. Epoka cyfrowa ma model językowy, bazę danych, ranking, scoring, rekomendację i automatyczną klasyfikację.
Nowa kwestia społeczna brzmi: kto kontroluje warstwę informacyjną cywilizacji?
Jeśli odpowiedź brzmi: kilka korporacji, mamy cyfrowy feudalizm prywatny. Jeśli odpowiedź brzmi: państwo, mamy cyfrowy feudalizm publiczny. Jeśli odpowiedź brzmi: globalny regulator, mamy cyfrowe cesarstwo urzędnicze. Każda z tych odpowiedzi jest groźna i zła.
Lepsza odpowiedź brzmi: nikt nie powinien mieć pełnej kontroli!
Architektura wolności musi być rozproszona. Własność rzeczy powinna być prywatna i twardo chroniona. Dane osobowe powinny pozostawać pod realną kontrolą osoby. Algorytmy powinny być możliwe do zbadanie, krytyki i do zastąpienia. Standardy powinny być otwarte. Platformy powinny być interoperacyjne. Protokoły powinny pozwalać na konkurencję. Państwo powinno przestać rozdawać przywileje informacyjne. Korporacje powinny przestać budować zamknięte księstwa. Użytkownik powinien odzyskać prawo wyjścia.
To jest prawdziwa cyfrowa zasada pomocniczości!
Najpierw człowiek. Potem rodzina, wspólnota, firma, stowarzyszenie, protokół, rynek, Kościół, uniwersytet, dobrowolna sieć współpracy. Państwo na końcu, jako narzędzie minimalne, podejrzane i stale kontrolowane. Nigdy jako właściciel ludzkiej pamięci. Nigdy jako zarządca prawdy. Nigdy jako centralny administrator myśli!
Własność ma chronić człowieka przed przemocą!
Własność jest jedną z najważniejszych instytucji cywilizacji. Chroni człowieka przed rabunkiem. Daje mu przestrzeń działania. Pozwala planować, gromadzić kapitał, budować rodzinę, firmę, warsztat, dom, statek, bibliotekę, serwerownię i laboratorium. Bez własności nie ma wolności, tylko uznaniowe przydziały od silniejszego.
Jednak właśnie dlatego nie wolno robić z własności bożka.
Pojęcie własności traci sens, gdy zostaje oderwane od rzadkości, konfliktu użycia i realnego posiadania. Gdy własnością staje się zbyt wiele, własność przestaje chronić wolność, a zaczyna ją dusić. Własność powietrza jest antycywilizacyjna. A już zamordyści zaczynają to wdrażać — najpierw zawładną dwutlenkiem węgla, a potem tlenem!
Gdy państwo przyznaje komuś monopol na abstrakcję, własność zamienia się w cenzurę techniczną. Gdy każda procedura, melodia, interfejs, metoda, format i fragment kodu zostają obłożone zakazami, cywilizacja zaczyna przypominać miasto, w którym każdy chodnik ma zakaz wstępu.
Nie wolno mylić ochrony twórcy z reglamentacją myśli, tajemnicy przedsiębiorstwa z własnością ujawnionej informacji, serwera z algorytmem, danych osobowych z ropą, dobra wspólnego z państwowym zarządem!
Kościół dobrze robi, że widzi cyfrową kwestię społeczną. Papież trafnie wskazuje, że patenty, algorytmy, platformy, infrastruktura technologiczna i dane stały się jednym z głównych pól walki o przyszłość człowieka. Libertarianie mogą dopisać do tej diagnozy zdanie najważniejsze: przyszłość informacji nie może należeć ani do korporacyjnych książąt, ani do państwowych namiestników.
Informacja po ujawnieniu należy do porządku obiegu, nie do porządku parcelacji!
Rzeczy materialne trzeba chronić własnością. Osobę trzeba chronić prywatnością. Umowy trzeba chronić odpowiedzialnością. Tajemnicę trzeba chronić poufnością. Infrastrukturę trzeba chronić prawem rzeczowym. Jednak idee, algorytmy, wzory, metody i odkrycia trzeba chronić przed zawłaszczeniem i monopolem.
Własność ma bronić człowieka przed przemocą. Nie wolno z niej robić przemocy wobec myśli!
__________________
Śruba, wiatr i woda <- poprzednia notka
następna notka -> Szpiegowski KSeF
__________________
Tagi: GPS65, własność intelektualna, encyklika.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)