Im bardziej Twardoch stawał się znanym, nagradzanym i obecnym w głównym nurcie pisarzem, tym mniej zostawało w nim z dawnego konserwatysty. To mogła być autentyczna ewolucja poglądów — ale koincydencja jest smakowita. Zazwyczaj ludzie ewoluują w przeciwnym kierunku — za młodu głupi lewicowcy przekształcają się w mądrych konserwatystów.
Jego stare teksty zaczęły znikać z Internetu, a sam Twardoch tłumaczył kiedyś usunięcie dawnego bloga tym, że było na nim sporo głupot. Na moje oko, to sława zaćmiła mu umysł.
Jedną z takich usuniętych przez niego głupot był esej: "Pojedynek a etyka katolicka". Nigdzie go w Sieci nie znajdziecie, ale z archiwów jest do odtworzenia.
Co Kościół mówi o honorze i pojedynku?
Większą część artykułu Twardoch poświęca rzetelnemu zreferowaniu tradycyjnej etyki katolickiej. Honor i dobra sława są według niej rzeczywistymi dobrami człowieka i wolno ich bronić. Nie oznacza to jednak prawa do używania przemocy wobec człowieka, który nas obraził.
Uzasadnienie jest proste. Cios szablą może obronić ciało albo własność, ale nie może dowieść, że ktoś jest człowiekiem uczciwym. Zwycięstwo w pojedynku świadczy najwyżej o sprawności fizycznej. Kłamca może być świetnym szermierzem, a człowiek uczciwy fatalnym. Dlatego pojedynek nie jest skutecznym środkiem odzyskania dobrej sławy.
Twardoch podkreśla przy tym, że stanowisko Kościoła było przez stulecia jednoznaczne: pojedynki potępiano, uczestnikom groziła ekskomunika, a poległym odmawiano nawet kościelnego pogrzebu. Sam wtedy deklarował: "Jako katolik akceptuję w pełni nauczanie Kościoła Katolickiego". Zaraz potem jednak dodaje coś bardzo ciekawego: racjonalnie argumentacja Kościoła go nie przekonuje. Przyjmuje ją z wiary, ale zamierza z nią polemizować.
Twardoch przeciwko katolickiej etyce pojedynku
I tutaj zaczyna się właściwie najciekawszy Twardoch. Pyta: skoro człowiek może użyć przemocy w obronie życia, własności czy innych dóbr, to dlaczego nie może jej użyć w obronie honoru, który dla niektórych bywa cenniejszy od majątku?
Kwestionuje też katolicką tezę, że zniewaga nie może rzeczywiście naruszyć honoru. Jeżeli honor polega również na społecznym uznaniu człowieka, to publiczna obraza może to uznanie zniszczyć. Brak reakcji może zaś zostać odebrany jako tchórzostwo albo milcząca akceptacja poniżenia. Twardoch uważa swoje zarzuty za mocne i trudne do odparcia.
Idzie jeszcze dalej. Sens pojedynku nie polega według niego na tym, że zwycięzca ma rację. Sam fakt podjęcia walki dowodzi odwagi: obrażony pokazuje, że honor jest mu droższy niż życie. Pojedynek zachowuje dzięki temu charakter rycerski.
W finale Twardoch przeciwstawia rycerski etos nowoczesności. Dawny przeciwnik pozostawał człowiekiem honoru, wobec którego obowiązywały reguły i kurtuazja — współczesny przeciwnik zostaje moralnie unicestwiony i przedstawiony jako ktoś, kogo należy całkowicie zniszczyć.
I kończy tezą najbardziej charakterystyczną: zanik pojedynków nie musi świadczyć o humanizacji społeczeństwa. Może być objawem czegoś znacznie gorszego — zaniku samego poczucia honoru. Twardoch pisze wprost, że obserwując współczesne społeczeństwo, właśnie ku tej interpretacji się skłania.
To nie jest więc tylko niewinny artykuł historyczny. Pod jego koniec wychodzi na powierzchnię bardzo wyraźny, młody Twardoch: katolik, konserwatysta, admirator etosu rycerskiego, sceptyk wobec egalitarnej nowoczesności i człowiek traktujący honor jako dobro, dla którego racjonalny człowiek może być gotów ryzykować nawet życie.
Co Twardoch powiedziałby o pojedynku dzisiaj?
Nie wiemy, co Szczepan Twardoch sądzi dzisiaj konkretnie o swoim dawnym tekście o pojedynkach. Tekst zniknął ze starego serwisu, ale nie ma znanej wypowiedzi autora: "usunąłem go, ponieważ już się z nim nie zgadzam". Możemy jednak spróbować zrekonstruować jego dzisiejsze stanowisko na podstawie tego, co mówi o religii, przemocy, wojnie, odwadze i powinności.
Pierwsza zmiana jest oczywista: zniknął katolicki fundament całego dawnego rozumowania. Młody Twardoch deklarował: "Jako katolik akceptuję w pełni nauczanie Kościoła Katolickiego", choć racjonalnie nie przekonywał go kościelny zakaz pojedynków. Dzisiejszy Twardoch nie rozumuje już jako wierzący katolik. W wywiadzie z 2024 roku mówi o religijnych obietnicach życia wiecznego jako opartych na bardzo słabych przesłankach.
Można więc przypuszczać, że gdyby pisał ten esej dzisiaj, nie kończyłby rozumowania dawnym: "rozum mi tego nie przyjmuje, ale wiara każe mi się podporządkować". Pozostałby mu sam problem filozoficzny.
I tutaj robi się ciekawie, ponieważ wcale nie jest pewne, czy dzisiejszy Twardoch odrzuciłby zasadniczą intuicję młodego Twardocha.
W dawnym eseju pisał, że człowiek podejmujący pojedynek pokazuje, iż istnieją dobra, dla których jest gotów narazić życie — właśnie w tym widział dowód odwagi i dzielności. Tymczasem współczesny Twardoch bardzo podobnie mówi o wojnie. Sam od lat dostarcza sprzęt ukraińskim żołnierzom, a swoje zaangażowanie tłumaczy osobistym poczuciem powinności: uznał po prostu, że tak powinien postąpić. Zastrzega przy tym, że nie chce tego obowiązku narzucać innym.
Jeszcze bardziej charakterystyczna jest jego krytyka ludzi, którzy w razie wojny zamierzają po prostu wyjechać z Polski. Twardoch pyta wprost, ile warte jest dla nich państwo, skoro korzystali z niego przez dziesięciolecia, ale nie uważają go za wartość, której należałoby bronić. To rozumowanie jest strukturalnie zadziwiająco podobne do jego dawnego myślenia o honorze: wartość ujawnia się naprawdę wtedy, gdy człowiek jest gotowy coś dla niej zaryzykować.
Nie zniknęła również jego fascynacja niebezpieczeństwem, męstwem i sytuacjami granicznymi. W 2024 roku porównywał doświadczenie oceanu i wojny jako sytuacji uświadamiających człowiekowi coś istotnego o nim samym. Posługując się kategorią Burke’owskiego sublime, opisywał nawet przerażenie wobec potęgi oceanu czy eksplozji na wojnie jako doświadczenie mogące człowieka uwznioślić — zaznaczając równocześnie, że oczywiście wolałby, aby wojny nie było.
A w 2025 roku, już jako bardzo znany pisarz, mówił, że jego książki wciąż krążą wokół podobnych problemów, jak dwadzieścia lat wcześniej i że od zawsze fascynowały go umierające światy.
Dlatego rekonstrukcja dzisiejszego stanowiska Twardocha mogłaby wyglądać mniej więcej tak: pojedynek jako społeczna instytucja rozstrzygania konfliktów byłby dla niego zapewne anachronizmem, katolickiego zakazu nie musiałby już przyjmować z posłuszeństwa religijnego, ale sama dawna intuicja, że istnieją wartości — godność, lojalność, wspólnota, powinność — dla których człowiek może racjonalnie wystawić własne bezpieczeństwo, a nawet życie na ryzyko, wcale z jego myślenia nie zniknęła.
Być może więc największą zmianą nie jest przejście od "honor jest ważniejszy niż życie" do "życie jest najważniejsze". Tego drugiego współczesny Twardoch zdecydowanie nie głosi.
Zmienił raczej język i katalog wartości. Dawniej były to katolicyzm, honor dżentelmena, etos rycerski i pojedynek. Dzisiaj częściej są to godność jednostki, osobista powinność, lojalność wobec konkretnych ludzi, obrona wspólnoty oraz doświadczenie wojny.
Dlatego stary tekst może być dla niego niewygodny politycznie i stylistycznie, ale chyba nie aż tak kompromitujący filozoficznie, jak mogłoby się początkowo wydawać. Pod lewicową i niewierzącą warstwą dzisiejszego Twardocha nadal można dostrzec sporo z młodego autora zafascynowanego rycerskością, przemocą, odwagą, męską próbą i światem, w którym pewne rzeczy są warte ryzyka.
Moja polemika z Twardochem
Gdy wtedy ze Szczepanem dyskutowaliśmy, napisałem własny tekst o honorze. W tej sprawie poglądów zasadniczo nie zmieniłem. Przez lata tylko mocniej podbudowałem je libertariańskim aksjomatem nieagresji.
Moje stanowisko jest nawet bardziej radykalne niż katolickie. Katolicyzm nie potępia honoru i dobrej sławy jako takich. Przeciwnie, uznaje je za dobra człowieka. Odrzuca natomiast pogląd, że wolno ich bronić przemocą. I tu zaczyna się mój problem z tradycyjnym honorem.
Jeżeli honor oznacza tylko uczciwość, przyzwoitość, dotrzymywanie słowa czy dobrą reputację, nie mam z nim żadnego sporu. Możemy równie dobrze użyć właśnie tych słów. Historyczny etos honorowy dodawał jednak coś więcej: człowiek honoru miał obowiązek czynnie odpowiedzieć na zniewagę. W przeciwnym razie sam tracił honor. A skoro reakcja musiała być skuteczna, na końcu całego systemu stała przemoc — pojedynek.
Dlatego pojedynek nie był przypadkowym wypaczeniem honoru. Był jego logiczną sankcją.
Tu właśnie rozchodzę się z dawnym Twardochem. On dostrzegał tę zależność i uważał ją za argument na korzyść honoru: gotowość do walki dowodziła, że honor jest człowiekowi droższy od życia. Ja dostrzegałem dokładnie tę samą zależność i wyciągałem odwrotny wniosek: jeżeli dla obrony abstrakcyjnego dobra człowiek uzyskuje prawo do zastosowania przemocy wobec kogoś, kto nie dopuścił się przemocy, to cały system jest moralnie wadliwy.
Libertarianizm daje tu bardzo prosty test: NAP. Obraza, pogarda, odmowa szacunku czy zakwestionowanie czyjejś reputacji mogą być podłe, ale same w sobie nie uprawniają do fizycznej agresji. Nie wolno człowieka ranić dlatego, że naruszył mój honor.
I tutaj pojawia się dla mnie znacznie ciekawsza ciągłość w poglądach Twardocha.
Dawny konserwatysta Twardoch był gotów uznać, że istnieje wartość ponad jednostką — honor — która może uzasadniać wystawienie życia na niebezpieczeństwo. Dzisiejszy lewicowy Twardoch zmienił religię, język polityczny i katalog wartości, ale nadal uważa, że istnieją wspólnoty i powinności, dla których człowiek powinien być gotów ryzykować własne bezpieczeństwo.
Zmieniły się dekoracje. Mechanizm pozostał podobny.
I dlatego przemiana Twardocha z konserwatysty w człowieka lewicy jest dla mnie mniej zaskakująca, niż mogłoby się wydawać. Konserwatyści i lewica kłócą się zaciekle o to, jakie wartości zbiorowe państwo powinno narzucać, ale zazwyczaj zgadzają się co do rzeczy wcześniejszej: że państwo ma prawo wartości te narzucać przemocą.
Konserwatysta powie: naród, tradycja, religia, porządek.
Lewicowiec powie: równość, solidarność, sprawiedliwość społeczna, redystrybucja.
Libertarianin zada im pytanie: dlaczego którakolwiek z tych wartości miałaby dawać jednemu człowiekowi prawo do inicjowania przemocy wobec drugiego?
To pokazuje, jak w istocie mało dzieli konserwatystów od lewaków. Istotną dla nich opozycją jesteśmy tylko my, libertarianie.
PS. Notki powiązane
- https://www.salon24.pl/u/gps65/434772,honor
- https://www.salon24.pl/u/gps65/1274980,sprywatyzowac-honor
- https://www.salon24.pl/u/gps65/595771,pojedynku-nie-bedzie
__________________
Rosja = drapieżniki, Polska = roślinożercy <- poprzednia notka
następna notka ->
__________________
Tagi: gps65, honor


Komentarze
Pokaż komentarze (1)