Zondacrypto przekazuje politykom swoje postulaty legislacyjne.
Ludzie Zondacrypto przekazują politykom PiS i Przemysławowi Wiplerowi uwagi dotyczące polskiej ustawy o rynku kryptoaktywów, która ma dostosować krajowe prawo i nadzór do unijnego rozporządzenia MiCA. Chodzi między innymi o koszty nadzoru KNF, możliwość blokowania domen, procedury odwoławcze, tajemnicę zawodową, okres przejściowy i ograniczenie dodatkowych polskich regulacji ponad wymagania UE.
Jednocześnie fundacje, firmy lub osoby związane z tymi politykami otrzymują od ludzi Zondacrypto znaczne pieniądze oraz inne korzyści. Jeżeli zostanie wykazane, że jedno było zapłatą za drugie, mamy klasyczną korupcję.
Politycy rzeczywiście zaczynają forsować przepisy zgodne z interesem Zondacrypto.
PiS i Konfederacja zgłaszają poprawki ograniczające koszty nadzoru, arbitralność KNF, możliwość administracyjnego blokowania serwisów, nadmierne sankcje oraz polskie dokręcanie śruby ponad to, czego wymaga samo MiCA. Pojawiają się również postulaty dłuższego okresu przejściowego i dodatkowych gwarancji proceduralnych dla firm.
Najważniejsze z tych propozycji nie zdobywają większości. Powstaje znacznie bardziej restrykcyjna ustawa forsowana przez rząd, ale ostatecznie zostaje zatrzymana dzięki wetom prezydenta. Korupcja okazałaby się więc w dużej mierze nieskuteczną korupcją legislacyjną.
Jeżeli za te działania zapłacono, mamy korupcję niezależnie od jakości samych przepisów.
To jest najważniejszy punkt całej sprawy. Łapówka nie staje się legalna dlatego, że polityk zrobił za nią coś rozsądnego. Polityk nie może sprzedawać wykonywania funkcji publicznej: głosu, poprawki, interwencji czy wpływu na proces legislacyjny.
Może nawet od dawna głosić dokładnie taki sam pogląd i bez żadnych pieniędzy zrobić dokładnie to samo. Jeżeli jednak przyjmuje korzyść w zamian za wykorzystanie swojej funkcji, nadal mamy korupcję. Można wziąć łapówkę za zrobienie czegoś, co samemu uważa się za dobre.
Tu Wipler jest kryty, bo forsę od Krala wziął, ale w działaniach legislacyjnych Konfederacji nie brał udziału.
Znaczna część tych poprawek była naprawdę sensowna.
Nie były to przepisy dające Zondacrypto monopol czy specjalne zwolnienie zapisane wyłącznie dla jednej firmy. W dużej części ograniczały koszty regulacyjne, biurokrację, uznaniowość KNF oraz możliwość administracyjnego sparaliżowania przedsiębiorstwa bez dostatecznie silnych gwarancji odwoławczych.
Na takich rozwiązaniach korzystałaby nie tylko Zondacrypto, ale również jej uczciwa konkurencja, nowe polskie firmy, inwestorzy i klienci. W następnym wpisie pokażę, dlaczego można rozsądnie argumentować, że część tych zmian byłaby korzystna dla całej polskiej gospodarki.
Politycy mogli więc jednocześnie być skorumpowani i mieć rację merytorycznie.
Nie trzeba zakładać, że Wipler czy politycy PiS nagle zmienili poglądy po otrzymaniu pieniędzy. Wręcz przeciwnie: ich wcześniejsze stanowiska pasują do przekonania, że Polska nadmierną regulacją wypycha biznes kryptowalutowy do Estonii, Litwy czy innych państw UE i sama traci firmy, miejsca pracy oraz podatki.
Oni naprawdę uważali proponowane zmiany za dobre i mogli zgłosić je za darmo. Jednak pisowcy sobie pomyśleli: „świetnie, skoro i tak chcemy to zrobić i jeszcze nam za to zapłacą, to forsę weźmy”.
I to jest największy zgrzyt w całej aferze. Bo przecież zarząd Zondacrypto to nie są głupcy i frajerzy. A po pierwsze zapłacili grubą forsę politykom, którzy i tak by to zrobili za darmo, a po drugie politykom opozycji, których poprawki nie miały szans przejść. To się kupy nie trzyma.
Największa ironia polega na tym, kto płacił.
Gdyby pieniądze pochodziły od normalnej, wypłacalnej i uczciwie zarządzanej giełdy, mielibyśmy stosunkowo prostą historię: branża nielegalnie płaci politykom za forsowanie przepisów korzystnych dla całej branży.
Tymczasem płatnikiem była akurat Zondacrypto — firma, której działalność jest dziś przedmiotem ogromnego śledztwa dotyczącego oszustwa, aktywów klientów i wielkich strat. Co ważne, politycy w chwili przyjmowania pieniędzy nie wiedzieli, co naprawdę dzieje się wewnątrz giełdy. Jeżeli nie wiedzieli, nie czyni ich to współsprawcami oszustwa Zondy. Ich ewentualnym przestępstwem pozostaje przyjęcie zapłaty za działania polityczne.
To wszystko się kupy nie trzyma!
Jednak po co oszuści płacili za korzystne zmiany legislacyjne, jeśli ich celem było pobrać forsę od klientów i z nią zniknąć? Jeśli to była piramida, to żadna ustawa im nie była potrzebna — zamiast płacić politykom grubą forsę lepiej płacić za marketing przekonujący klientów, by wpłacali im forsę. To znów się kupy nie trzyma.
Mechanizm tej afery jest z pewnością znacznie bardziej przewrotny i skomplikowany niż prosta opowieść: „źli biznesmeni przekupili polityków, żeby uchwalili złe prawo”. Na dodatek całą sprawę komplikuje tajemniczy wątek kryminalny zniknięcia Sylwestra Suszka założyciela giełdy BitBay, która przekształciła się w Zondę.
W kolejnym wpisie zejdę poziom niżej: pokażę czego konkretnie chciał Przemysław Kral, co znalazło się w poprawkach PiS i Konfederacji, co zostało odrzucone oraz na czym dokładnie mogła zyskać Zondacrypto, pozostałe giełdy i ich klienci. I tam pojawi się również jeden szczególnie ciekawy wyjątek: „okres przejściowy”, który dla Zondacrypto mógł mieć znacznie większe znaczenie niż dla zwykłej uczciwej giełdy.
Śledźcie mój profil na X pod hashtagiem: #GPS65_Zondacrypto - w kolejnych wpisach będę wszystko skrupulatnie wyjaśniać.
__________________
Na czym polega afera Zondacrypto? <- poprzednia notka
następna notka ->
__________________
Tagi: gps65


Komentarze
Pokaż komentarze (12)