Horatius Horatius
60
BLOG

Między rewolucją a rokoszem

Horatius Horatius Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

Od dłuższego czasu zastanawiam się, jak bardzo w naszej mentalności spaczone jest pojęcie rewolucji. Kojarzy nam się wyłącznie z lewicą, albo względnie z Wielką Rewolucją Francuską. Tymczasem E. Burke, którego konserwatywnych poglądów nie muszę chyba nikomu udowadniać (w swoich czasach, kiedy nawet torysi zachwycali się francuskim przewrotem był wręcz ultrakonserwatywny) uważał rewolucję za coś wyjątkowego, ale z drugiej strony normalnego. Za nadzwczajną, demokratyczną broń w walce z tyranią, po którą sięgać należy tylko w ostateczności. Co więc dla nas jest rewolucją?

Wszystko. Od najświeższej wypowiedzi polityka-celebryty po zachowania seksualne. Przywykliśmy do nagłych, kompleksowych zmian dotyczących wszystkich możliwych sfer życia. Warto sobie postawić pytanie: Czy to, co w historii uważamy za rewolucję na pewno nią było?

Potraktujmy sprawę nieco wybiórczo, bo pod obecne standardy pojęcia "rewolucja" można podciągnąć absolutnie szybko.

Na początek neolityczna, chyba najsławniejsza. Największy skok w historii ludzkości - przejście z gospodarki zbieracko-łowieckiej do osiadłego trybu życia, który ostatecznie stał się motorem zmian cywilizacyjnych. Jeszcze nie tak dawno sądzono, że odbyło się to w stosunkowo szybkim, jak na procesy dziejowe tempie. Ostatnio jednak badacze odchodzą od tej hipotezy twierdząc, że owa "rewolucja" miała jednak bardzo ewolucyjny charakter.

Przemiany cywilizacyjne nie lubią nagłych zmian. Z natury są one raczej rozciągnięte w czasie, zarówno te kulturalne, jak i światopoglądowe. Zanim Konstantyn Wielki odszedł od koncepcji wspierania rodzimej religii państwowej na rzecz chrześcijaństwa (nie licząc epizodu z kultem Sol Invictus) to zdążyło już na dobre zadomowić się w Imperium. Wprowadzanie chrześcijaństwa w pogańskiej Europie też nie odbywało się nagle, nie burzono ni stąd ni z owąd starych chramów i gontyn i nie zastępowano ich z miejsca kościołami. To był długotrwały proces, w którym stare wierzenia często współistniały z nowymi zanim się całkowicie zasymilowały. Na Litwie do XIX w. widoczne były ślady pogaństwa. Zanim Cezar osiagnął jedynowładztwo idea kolegialnej władzy zdołała już dawno skonać w rzymskiej republice. Nawet Reformacja, wydarzenie (czy też szereg wydarzeń) bez wątpienia gwałtownych, być może pierwsza nowożytna rewolucja, była jedynie wynikiem zapoczątkowanej wcześniej erozji Kościoła. Skoro jesteśmy przy Cezarze i Reformacji, to pójdźmy jeszcze dalej. Przenieśmy swoje rozważania na płaszczyznę polityczną.

Reformacja, szczególnie w Niderlandach, była bez wątpienia rewolucją w politycznym tego słowa znaczeniu, tzn. nagłym, często krwawym zastąpieniem jednej władzy drugą. Podobny charakter miała też rewolucja angielska (chociaż ja wolę raczej termin "angielska wojna domowa", ale o tym zaraz) i wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Po raz kolejny wróćmy jednak do E. Burke'a, gorącego obrońcy zarówno angielskiego, jak i amerykańskiego konfliktu. Krytyk Rewolucji Francuskiej zwracał uwagę, że regulacje prawne, jakie towarzyszyły i kończyły angielską wojnę domową były niesłychanie konserwatywne. Nie tylko utrwalały monarchiczny i feudalny porządek Albionu, ale także wprost mówiły o charakterze angielskiego konfliktu - obronie dawnych, uświęconych praw pogwałconych przez monarchę. Podobne hasła towarzyszyły wojennym bólom porodowym, w jakich rodziła się Ameryka. Konserwatywna gałąź amerykańskiej historiografii kładzie nacisk na fakt, że była to wojna przede wszystkim w obronie amerykańskiego, specyficznego porządku, który kształtował się odmiennie do europejskiego, wraz z postępującą kolonizacją. Tą rewolucję można zatem nazwać konserwatywną. Podobnie było z Reformacją. Gdy chłopi niemieccy wprost opowiedzieli się za obaleniem istniejacego ładu Marcin Luter nawoływał nawet bez żadnych wątpliwości, aby ich po prostu rozpędzić. Dopiero Wielka Rewolucja Fracuska, pożywiona hasłami Oświecenia stała się wielopłaszczyznową "rewolucją pełną gębą".

I wreszcie najważniejsze: Idea sprzeciwu wobec władzy, a nawet obalenia jej, jeśli przeistoczy się w tyranię, nie należy wyłącznie do lewicy. Ukształtowała się przecież w średniowieczu, w czasie konfliktu cesarstwa z papiestwem. Sięgnijmy głębiej. Do dziś trwa dyskusja, czy chrześcijaństwo tak na prawdę wzmocniło, czy osłabiło cesarstwo rzymskie. Redukowało przecież w pewnym stopniu pozycję cesarza. Nie był on już wcielonym bogiem, a jedynie boskim namiestnikiem. W okresie wczesnonowożytnym ta koncepcja przeżyła (dosłownie i w przenośni) renesans niesiona falą Reformacji, a później ewoluując w laicyzującej się, a zatem i coraz bardziej antykościelnej i antyreligijnej Europie.

Jak zatem określić nasze przedrewolucyjne "rewolucje"? W tym celu należy sięgnąć na drugi kraniec Europy, gdzie prekursorka nowożytnej demokracji, Rzeczpospolita Obojga Narodów, znała instytucję, która mogłaby być nazwana "konserwatywną rewolucją".

Nie wiemy, czym dokładnie był rokosz. Był jednym z tych terminów, który dla każdego szlachcica był tak oczywisty, że nie było potrzeby wyjaśniać co to w ogóle jest. Możemy jedynie określić, czym jest rokosz w naszych oczach. Jest to wystąpienie przeciwko władzy państwowej, w przypadku tzw. (nie jest to najtrafniejszy termin) "rzeczypospolitej szlacheckiej" - króla, w imieniu "starożytnych", "wywalczonych przez przodków" praw, które są naruszane ze szkodą dla narodu politycznego, obywateli Rzeczpospolitej. Jak widać, nie byliśmy wcale od światłej Europy Zachodniej gorsi. Wręcz przeciwnie, nasze "rewolucje" nie były nawet w najmniejszym stopniu tak krwawe.

Ale my i tak mamy kompleks związany z I RP. Tylko dlaczego? To już materiał na kolejny artykuł.

 

Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura