Horatius Horatius
41
BLOG

Niewdzięczna panna „S”

Horatius Horatius Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 3

Dużo już powiedziano i napisano na temat minionych uroczystości ku czci „Solidarności”. I, naturalnie, ubolewano, że ludzie wywodzący się z solidarnościowych struktur nie mówią dziś jednym głosem i nie szanują się nawzajem. Czy mogło być inaczej?

Nie. „Solidarność” była zbyt różnorodna, żeby połączyć ludzi na dłuższy czas. I, wbrew temu, co się o niej mówi, nigdy nie była w pełni zjednoczona. Widać to było już na spotkaniach działaczy na krótko przed pamiętnymi strajkami: korowcy gromadzili się w jednym kącie pokoju, robotnicy w drugim itd. „Solidarność” znaczyła jednak w owym czasie „przeciw” - „przeciw władzy komunistycznej”. Była na dobrą sprawę sojuszem jednoczącym wszystkie stronnictwa, od prawej do lewej strony, w sprzeciwie wobec komunistycznego reżimu. Jednoczyła ich przeciwko wspólnemu wrogowi. Nic zatem dziwnego, że gdy go zabrakło ten najbardziej demokratyczny z ruchów zdemokratyzował się po całości – czyli najzwyczajniej w świecie podzielił. Chociaż nie bez znaczenia był fakt, że część solidarnościowych weteranów, którym zasług trudno odmówić, wzięli pod swoje ochronne skrzydła tych, z którymi nie tak dawno walczyli. (Tylko kto tu kogo chronił?) To wyznaczyło prawdziwą linię podziału. Aby go zrozumieć trzeba, niestety, odrzucić dogmat o solidarnej „Solidarności”, a raczej jego dzisiejszą mutację, która widoczna była w przemówieniach prezydenta i premiera. Trzeba odrzucić tezę o tym, że dziedzictwo „Solidarności” jest też dziedzictwem tych, którzy z nią walczyli.
 
Podział trwa dalej. I przebiega on po tej samej linii, która została ustalona u zarania przemian. „My stoimy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO.” Media zmieszały z błotem te słowa, czy jednak nie były one prawdziwe? Czy ten podział nie opiera się wciąż o te same kryteria? Przecież gen. Jaruzelski poparł to a nie inne stronnictwo w ostatnich wyborach. Paradoksalnie – to samo, które poparł Lech Wałęsa, symbol (a nie wódz) „Solidarności”. Nie przypadkiem Wałęsa nie pojawił się na Zjeździe „Solidarności” organizowanym przez politycznych adwersarzy, a na innych formach upamiętnienia tej rocznicy już tak. Wraz z premierem.
 
Zjazd był bardzo nie medialną imprezą. Bo okazało się, ze oprócz wykreowanego przez media wizerunku „Solidarności”, mitu o ogólnonarodowym zrywie istnieje jeszcze zwykła, codzienna rzeczywistość. Rzeczywistość rozczarowanych ludzi, którzy mówią, że „nie o to walczyli”. I rzeczywistość politycznych podziałów, które są często konsekwencją tego właśnie rozczarowania.
 
„Zaprosili ich, żeby ich zmieszać z błotem”. – rozbrzmiewa w mediach. Wszyscy nie pozostawiają na wystąpieniu Śniadka suchej nitki. A jednak nikt nie wspomina, że początkiem ostrych słów i „buczenia” na sali było wystąpienie premiera, który jako pierwszy zmieszał solidarnościowy etos z bieżąca polityką. Bo i kto powątpiewał, że tak właśnie będzie, skoro gospodarz imprezy, kontynuator solidarnościowych tradycji jest z rządem w czynnym sporze politycznym. „Związki nie powinny stać na pierwszej linii politycznej walki.” – te słowa prezydenta dawały nam już przedsmak tego, co usłyszymy. I już zapowiadały odżegnywanie NSZZ „Solidarność” od czci i wiary. Jak związki zawodowe mają bronić interesów robotniczych nie angażując się w politykę, skoro decyzje zapadają właśnie na politycznym szczeblu? Skoro rząd ich olał, to związki poparły opozycję, to proste i logiczne posunięcie. Ale mimo to nie powinny, bo cały naród kocha przecież Platformę, a PiS nienawidzi. Cóż z tego, że hasło o upolitycznieniu związków jest bezsensowne? Jest równie wygodne, co irracjonalne. Z resztą, to nie jedyna z ostatnich, tak dobrze przecież znanych, wpadek prezydenta. Śniadek słusznie powiedział, że „martwe dźwigi nie mogą być polską Statuą Wolności”. Sami zmarnowaliśmy szansę ukucia popularnego narodowego mitu, który mogliśmy dobrze sprzedać w Europie, a nawet na świecie. Z resztą nie jedyną – katastrofa smoleńska to drugi bardzo dobry przykład.
 
Najbardziej charakterystyczne było wystąpienie Henryki Krzywonos. Wbrew temu, co się o niej mówi było to wystąpienie zwykłego człowieka. Kogoś, kogo obchodzi po prostu, żeby być fair wobec kolegów z którymi walczyło się o demokrację. Jej wypowiedź pokazała także coś więcej – że Jarosław Kaczyński nie może dłużej zaklinać rzeczywistości. Po udanej kampanii wyborczej i powrocie do dawnej retoryki jego poparcie pikuje w dół. Zwykli ludzie po prostu go nie lubią, męczy ich ten sposób uprawiania polityki. I jeśli PiS nie zacznie tego dostrzegać, to szybko tego pożałuje. Wszyscy komentatorzy zwracają uwagę że, Krzywonos zupełnie nie odniosła się do przemówienia Jarosława Kaczyńskiego. Właśnie. Bo po prostu powiedziała to, co jej i każdemu zwykłemu Polakowi leży na sercu. W ogóle, a nie w kontekście solidarnościowej imprezy. Pani Krzywonos już niedługo może tego pożałować – już doklejono jej platformerską etykietkę. Media przedstawiły jej słowa właśnie w takim, a nie innym kontekście – zjazdu „Solidarności” i wypowiedzi Kaczyńskiego. Ciekawe tylko czy dobrze się z tym czuje? Szczególnie, że już oskarżono ją o kreowanie własnego wizerunku w celu zwiększenia sprzedaży własnej biografii.
 
Ale mimo dekompozycji biegnącej wzdłuż politycznych i ideologicznych linii dziedzictwo „Solidarności” nie może ulec zawłaszczeniu ani jednej, ani drugiej strony. Bo „<<Solidarność>> to jeden i drugi, nie jeden przeciwko drugiemu”. Bo „Solidarność” mogła zaistnieć w pewnym określonym przedziale czasu, który już nigdy się nie powtórzy. Wtedy, gdy wszystkie solidarnościowe stronnictwa łączył jeden cel.
 
Panna „S” to bardzo niewdzięczna kobieta i niewierna kochanka. Może dlatego, że nie pasuje do żadnego partnera?
 
Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Kultura