Horatius Horatius
430
BLOG

Ze skrajności w skrajność

Horatius Horatius Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

Szereg artykułów zaprezentowanych w najnowszym „Uważam Rze” wydaje się być co najmniej interesującym głosem w debacie o roli i kondycji polskiego romantyzmu. I pokazuje, że my, Polacy, wciąż tkwimy w skostniałym, XIX-wiecznym podziale na „białych” i „czerwonych”.

 
Piotr Skwieciński nie ma żadnych wątpliwości. Romantyzm jest dobry, ale tylko kulturowo. Politycznie prowadzi do samobójstwa. Muszę przyznać, że nie zdziwiło mnie to szczególnie, zwłaszcza, że autor z widocznym ukontentowaniem cytuje Dmowskiego… Nieco więcej dwuznaczności dostrzega Maciej Pawlicki, który mimo, że stoi na gruncie potrzeby „chłodnej kalkulacji”, to jednak dostrzega pozytywną rolę polskiego romantyzmu. Zdumiewa mnie, że głosu w dyskusji nie zajął Rafał A. Ziemkiewicz, który swojego czasu specjalizował się w podobnych dywagacjach. Dlaczego? Może dlatego, że od dawna miota się pomiędzy uwielbieniem dla romantycznego mesjanizmu, a endeckim „racjonalizmem”.
 
I tu właśnie dochodzimy do najistotniejszego aspektu debaty o polskiej tradycji romantycznej. Obecnie myśl tradycjonalistyczna jest zdominowana przez postendeków. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że mentalnie nasza postendecja nie jest w stanie rozwinąć swojego ideologicznego dziedzictwa, a już tym bardziej dostosować go do naszych realiów i potrzeb. Najlepiej było to widoczne w działalności jedynej prawdziwie postendeckiej formacji politycznej, która umarła śmiercią naturalną, czyli Ligi Polskich Rodzin. Czasem miałem wrażenie, że jej działacze mentalnie tkwią jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, a niektórzy nawet w schyłku XIX w. I ten ślepy dogmatyzm każe im iść drogą chłodnej logiki i odrzucać romantyczne porywy serca. Muszę przyznać, że bardzo mnie to bawi.
 
Bo endecja doby Międzywojnia wcale takich skrupułów nie miała i wychwalała pod niebiosa II Brygadę oraz Błękitną Armię Hallera. Wertując roczniki „Głosu Lubelskiego” (organ Narodowej Demokracji) nie mogłem się nadziwić, że co chwila odnaleźć tam można peany pochwalne na cześć powstania styczniowego. I wcale nie przejmowano się wówczas jakimiś tam dogmatycznymi bzdetami, tylko bieżącymi potrzebami, zarówno ideologicznymi, jak i politycznymi. Warto by w tym miejscu przypomnieć, że sam Dmowski (podobnie jak Piłsudski!) daleki był od trzymania się kurczowo jedynie słusznych rozwiązań. No, ale dmowszczycy chcą być jeszcze bardziej endeccy niż sam Dmowski, co bynajmniej nie najlepiej świadczy o ich kondycji intelektualnej. Tym bardziej, że często się w tym wszystkim gubią, tak jak rozdarty między romantyzmem a racjonalizmem Ziemkiewicz. Obecnie mitem założycielskim postendecji są Narodowe Siły Zbrojne. I, powiedzmy sobie wprost, czy nie otacza ich romantyczna aura bojowników o słuszną sprawę?
 
Zatem romantyzm musi w pewien postendeków urzekać, bo bez niego jakieś 50% endeckiej tradycji trzeba by wywalić do kosza. Ponadto endecja była zawsze czuła na naszego „ducha narodu”, a ten nie istniałby dziś gdyby nie romantyzm. Nawet sobie nie wyobrażałem, że tak ciężko jest być dziś spadkobiercą endecji… Albo „Myśli nowoczesnego Polaka”, albo narodowy etos. Kto by się w tym wszystkim nie pogubił? Dlatego właśnie Skwieciński wysuwa własną propozycję: Romantyzm tak, ale wyłącznie kulturowo. Politycznie prowadzi wyłącznie do rzezi i hekatomby. A tego postendek nie zniesie, jako marnowania potencjału narodu. (Czy nie tkwią w tym jakieś szczątki materialistycznego nacjonalizmu?)
 
No dobrze. Weźmy polityczny romantyzm na tapetę. Czy naprawdę doprowadził wyłącznie do rozlewu krwi? A zimy rozum ratował nas przed katastrofą? Przecież już Mickiewicz przypominał, że to właśnie „rozsądek” pchnął Polaków do rozbiorów.[1] Zwykła, chłodna kalkulacja, która doprowadziła do stwierdzenia, że państwo jest tak chore, że przydałaby się jakaś miłosierna eutanazja. Podobnie było z powstaniami. Jeszcze w wieku XIX ukuto wizję powstań narodowych jako szalonych, wyzutych z wszelkiego racjonalizmu zrywów. (Zawdzięczamy to głównie konserwatystom. Zabawne. Dziś to oni są głównymi obrońcami tradycji romantycznej…) A czemu nie zastanowimy się np.: Co by było, gdyby nasze elity w powstaniu listopadowym działały bardziej zdecydowanie? Z większą wiarą w zwycięstwo? Czy to właśnie fakt, że zawsze w XIX w. włączaliśmy hamulec bezpieczeństwa w najgorszym możliwym momencie nie był naszym gwoździem do trumny?
 
W dużej mierze dzięki romantycznej tradycji zawdzięczamy odzyskanie niepodległości. To właśnie ożywieni przez z pozoru martwe patriotyczne ideały młodzi ludzie tworzyli ruch strzelecki rozbudzając nadzieje na odbudowę państwa, które później stały się schedą Legionów. Oto jak wspominał to Józef Piłsudski:
 
„Zapytuje mnie pan na czem polegała ideologia legionowa? Jest to sprawa bardzo drażliwa, sięga ona bowiem kardynalnych różnic w zapatrywaniach Polaków na swe zdanie społeczno-polityczne. W dziejach naszych przełomowy był 63-ci rok. Po tym kryzysie ludzie nie chcieli myśleć o walce zbrojnej. Większości narodu chodziło przedewszystkiem o spokój. O zapewniony, niezmącony ewentualnością przykrych niespodzianek, żywot codzienny. Wobec tego wszystkiego, co w ten lub w inny sposób dążyło do walki, spotykało się z niechęcią, ze sprzeciwem warstw, przystosowujących się do istniejących warunków. Protesty jawne i tajne, akcja oporu względem rządów zaborczych w jakiej bądź formie, wszystko to <przeszkadzało żyć>. Na tem uczuciu polegała właściwa treść sporów z jednostkami, buntujacemi się przeciw narzuconej nam przemocy. Jakie tam na usprawiedliwienie swej bezczynności, swej absencji dawano słowa i hasła, zależało od chwili. Mówić o wolności, o potędze Polski, można było, bo to było pięknie, patrjotycznie. Lecz czynić coś realnie, by tej wolności dopiąć – za żadne skarby. Czynna akcja oporu była uważana za pewną zbrodnię, za wiwisekcję organizmu polskiego. Była wyciąganiem z duszy najdroższego pierwiastka uśpionego tam. Dlatego wszelką akcję w tym kierunku zwalczano wszelkimi sposobami, by nie rumienić się ze wstydu.”[2] (Notabene, czy te słowa nie są dzisiaj aktualne?)
 
Marszałek trafił w samo sedno. Czy takie idee, jak trójlojalizm, nie były wygodne? Można było zadbać o dom, rodzinę, zrobić karierę urzędniczą czy polityczną w służbie zaborcy i mieć czyste sumienie. Bo przecież alternatywą jest powstanie, a to niechybnie hekatomba… Romantyzm pokazywał nam więc wówczas nasz prawdziwy cel i dręczył nasze sumienia.
 
Już widzę jak jeży się czytający te słowa postendek. Ale ma koleś tupet! Nie dość że wypisuje romantyczne bzdury, to jeszcze podpiera to Piłsudskim! No, tak, ale warto przypomnieć, że przed 1914 r. nastroje irredentystyczne były też silne wśród działaczy i sympatyków endecji. Galicyjskie struktury Narodowej Demokracji nie były tak nieprzychylnie wobec wojny, jak te w Królestwie. Doły Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” również paliły się do wojny, czego rezultatem było utworzenie (z dużymi oporami) Stałych Drużyn Sokolich. Zdumiewa mnie też to, jak szybko endecja zapomniała o zarzewiakach i utworzonych przez nich Polskich Drużynach Strzeleckich, którym bliskie były przecież ideały narodowe. Drodzy postendecy, oni też są Wasi! Z resztą, czy to ważne? Jak wspominał Bogusław Kunc, każdy, romantyk czy realista, i tak trafił do wojska: „Złośliwy los zrządził, że właśnie ci najbardziej zagorzali pacyfiści i ugodowcy, z którymi nieraz gorące i długie dyskusje na ten temat [służby wojskowej w armiach zaborców – autor] prowadzić musiałem, legli już w pierwszych miesiącach wojny światowej, walcząc na polskiej ziemi, ale w obcych mundurach i pod obcemi sztandarami.”[3]
 
Gdyby nie romantyzm nie byłoby Legionów. A ciężko sobie wyobrazić jak bez nich wyglądałaby walka utworzenie granic Niepodległej. Nie przekonuje mnie mocno życzeniowa endecka wizja Polaków z różnych zaborczych armii, którzy nagle ni stąd ni z owąd stapiają się w jedną siłę zbrojną. Nie bez rdzenia, którym były rozbite z pozoru Legiony. To, że przedwojenni oficerowie nosili na patkach właśnie legionowe wężyki chyba wiele znaczy, prawda? A romantyzm polityczny doby Międzywojnia? Wyobraźmy sobie ministra Becka, który poddaje się „chłodnej logice” i przyjmuje ofertę Niemców. Jak na tamte realia byłoby to bardzo racjonalne. Na pewno bardziej niż jakiś tam abstrakcyjny „honor”, który w polityce podobno się nie sprawdza. Przecież gdyby Beck się ugiął nie byłoby tego znienawidzonego powstania warszawskiego, tej rzeki krwi… No, ale wtedy narracja Grossa byłaby najlżejszym tonem w jakim pisano by o relacjach polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej.
 
I w tym miejscu można chyba przywołać pytanie, jakie postawił Pawlicki: „Swą piosenkę <Tradycja> Jacek Kaczmarski kończy słowami: <Jeszcze Polska wtedy żyła, gdy za nią ginęli>. Czy po raz kolejny jesteśmy w tym samym punkcie, z tym samym zadaniem przeprowadzenia dowodu, że nie ginęli za darmo i że nie musimy ginąć, by Polska żyła? Chyba tak.”[4] Bez wątpienia, zmierzenie się z tym pytaniem jest wyzwaniem naszych czasów. A II Rzeczpospolita jakoś dziwnie łatwo potrafiła na nie odpowiedzieć. Zarówno endecy, jak i PPS-owcy oraz piłsudczycy (później sanacja) potrafili odwołując się do kategorii ofiary zbudować ideę pracy dla Polski w pokojowych warunkach. Ale dzisiejszy Polak tego nie potrafi.
 
Istnienie romantyzmu nie musi oznaczać negacji pozytywizmu. Każdy „czerwony” potrzebuje swojego „białego”, który równoważyłby jego działania. Pozytywizm był dobrym lekarstwem na popowstaniową traumę, a w nowej formie wniósł duży wkład w budowę II RP. Ale Polak nie potrafi tego jakoś zrozumieć. Dorosły człowiek orientuje się, że życie nie jest biało-czarne i że najczęściej poruszamy się wśród odcieni szarości. My jesteśmy jednak dużymi dziećmi i musimy koniecznie wybierać między winem białym a czerwonym, zamiast wrzucić do koszyka obie butelki i otworzyć później wybraną, zależnie od potrzeby. Polska tradycja narodowa nie obejdzie się bez któregoś z tych elementów. Ale my wciąż zostaliśmy mentalnie przed 1914 r., chociaż świat wokół nas dawno się zmienił.
 
________________
 
[1] A. Mickiewicz, O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych, przedruk z „Pielgrzyma Polskiego” z 1833 r., „Fronda”, 2011, nr 60, s. 12-15.
[2] W. Lipiński, Wywiad u Marszałka Piłsudskiego w Sulejówku z dn. 10 II 1924 r., „Niepodległość”, 1933, t. VII, s. 66-67.
[3] B. Kunc, Od Związku Walki Czynnej do Strzelca (1909-1914), „Niepodległość”, 1930-1931, t. III, s. 118.
[4] M. Pawlicki, My z synowcem na czele, „Uważam Rze”, 23 kwietnia-6 maja, dodatek specjalny, s. X.
 
Horatius
O mnie Horatius

Najlepiej przekonać się jakie mam poglądy czytając moje teksty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura