Jak to jest, że Ameryka wreszcie dostrzegła postać Jana Karskiego, a my czujemy się jakby Obama strzelił nam w twarz?
To się dopiero nazywa szok kulturowy. (Czy może raczej pamięciowy…) Idę o zakład, że sam prezydent Stanów Zjednoczonych nie miał zielonego pojęcia jak bardzo zirytuje ludzi z dalekiego kraju, w którym po ulicach chodzą białe niedźwiedzie. Bo jakiemu Amerykaninowi do głowy by przyszło, że termin „polskie obozy koncentracyjne” może nas obrazić? Oczywiście można by potraktować to jako kolejny przejaw osławionej amerykańskiej ignorancji, gdyby nie fakt, że to określenie notorycznie pojawia się w mediach.
My, Polacy, nie potrafimy walczyć o historię. Walczyć w historii, to co innego. Od „przedmurza chrześcijaństwa” po Monte Cassino słynęliśmy z bitności. Ale w walce o pamięć z reguły wywieszamy białą flagę. Zaczęło się to bez wątpienia w okresie PRL. Z oczywistych względów nie starano się w żaden sposób promować naszej wizji historii na Zachodzie, a celem zideologizowanej polityki historycznej było wówczas z reguły straszenie Polaków niemiecką napaścią. Po 1989 r. też nic się nie zmieniło. Przez ostatnie dwadzieścia lat byliśmy zbyt zachwyceni zachodnią kulturą, zbyt zajęci pochłanianiem w postkolonialny sposób niesionych przez nią wartości, by pomyśleć o tym, że my też mamy coś do pokazania. Nie ma zbyt wiele wystaw, publikacji czy akcji społecznych, które mają promować polską historię na Zachodzie. Z „polskimi obozami koncentracyjnymi” też nie walczyliśmy do ostatniej kropli krwi. Za to Norman Davis czy Sabaton mają u nas więcej fanów niż na całym świecie. Nie ma co się dziwić. Odwalają za nas kawał roboty.
W rezultacie mówi się o nas bez nas. O Polsce i Polakach decyduje więc pamięć innych. Głównie Żydów. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnego antysemickiego podtekstu, po prostu tak jest. Nie jest tajemnicą, że od dawna amerykańscy Żydzi nie patrzą na nas łaskawie. Zaczęło się to już w początku lat 20. XX w., w okresie kształtowania się granic II Rzeczypospolitej, kiedy przejęci o los swoich ziomków Żydzi z Ameryki rozdmuchiwali każdy z ówczesnych pogromów do niebotycznych rozmiarów. Narodził się wówczas stereotyp, który przez lata ulegał jedynie utrwaleniu. Kto dziś pamięta o liberalnej polityce dotyczącej mniejszości narodowych, którą rozpoczęli początkowo piłsudczycy? W pamięci Żydów zapisał się przede wszystkim radykalny antysemityzm schyłkowej sanacji. Także z okresu II wojny światowej nie wynieśli z Polski dobrych wspomnień. Bywa, że nawet ci Żydzi, którzy zostali uratowani przez polskie rodziny traktują Polaków jako żydożerców. Muszę przyznać, że trudno mi ich za to winić. Tak działa ludzka pamięć. Nie opiera się na obiektywnych faktach, ale na subiektywnych ocenach i odczuciach. Najlepiej pamiętamy to, co nami wstrząsa. A zaraz po mającym miejsce na ziemiach polskich Holocauście najbardziej wstrząsnęła Żydami atmosfera 1968 r. Cóż z tego, że była to klasyczna walka frakcji na łonie komunistycznej władzy? Przecież człowiek, który opuszcza kraj w którym urodził się i wychował pamięta tylko poczucie zagrożenia. Nie ma lepszej pożywki dla antypolonizmu.
Polak jest na Zachodzie postrzegany jako nacjonalista, antysemita, szaleniec i dobry żołnierz. No, może jeszcze dobry pracownik (przeważnie hydraulik). I tyle. Jak widać koniunktura się jednak z wolna zmienia. Pierwszym wyłomem był film Agnieszki Holland. Drugim może być odznaczenie Jana Karskiego. Możemy wykorzystać nasze oburzenie, aby pokazać Zachodowi prawdziwą wartość naszej historii. Ale do tego trzeba wspólnych badań, książek, instytutów historycznych, zapraszania zagranicznych historyków do Polski i łaszenia ich obfitymi grantami. No, ale głośne mówienie o pożytkach z promowania naszej historii nie jest u nas na topie. Redukuje się liczbę godzin historii w szkole, a podnoszenie podobnych haseł jest z miejsca zakrzyczane jako nacjonalizm i wymachiwanie szabelką. Co gorsze, sami kopiujemy zachodnie wzorce historiograficzne, co pokazują westchnienia zachwytu nad powielającymi stereotypy pracami Jana Tomasza Grossa. Jak Zachód ma docenić naszą historię, skoro nie doceniamy jej sami? A później nagle nasz salon budzi się zdziwiony, że salon rodem ze Światłego Zachodu patrzy na nas z niesmakiem.
Aby być wysłuchanym trzeba mówić. Aby prowadzić dialog czy naukowy dyskurs trzeba otworzyć usta. My jesteśmy natomiast wyuczeni jak grzecznie siedzieć i potakiwać. Albo nauczymy się wychodzić z naszą historią (a co za tym idzie i tożsamością) do innych, albo zamkniemy się w gettcie pamięci. Jeśli wybierzemy to drugie, to musimy się jednak przygotować na kolejne upokorzenia.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)