Nie wstyd mi! Naprawdę się nie wstydzę! Wielokrotnie słyszałem wyintelektualizowane westchnienia: Jakie to Powstanie Warszawskie straszne… Jakie okropne… A te walczące dzieci to po prostu skandal! A ja w tym nie widzę nic zdrożnego.
I tak co roku. Cała Polska bierze się i dzieli. Od Bałtyku do Tatr. Od Helu po Ustrzyki Dolne. Ze Wschodu na Zachód, z Zachodu na Wschód. Kto za Powstaniem, kto przeciw niemu? Kto romantyk, a kto pragmatyk? Kto patrzy w przyszłość, a kto w przeszłość? I im bliżej sierpnia tym bardziej irytują mnie krytycy „szarży na bagnety”. Mogę z nimi rozmawiać. Bo czemu by nie? Co nie zmienia faktu, że zawsze w pewnym momencie docieram do punktu, w którym odczuwam niesmak. Mniej więcej taki sam niesmak odczuwali w międzywojniu piłsudczycy widząc osoby, które jeszcze nie tak dawno nawoływały do lojalności wobec zaborcy, bo to „rozsądne”. Przyznaję, jest w tym trochę wyższości i trochę paskudnej satysfakcji. Szarżowanie z szabelką na czołg to bezsens. Przyznaję. Ale bezsensem jest też sprowadzanie jednego z najważniejszych wydarzeń w naszej historii do poziomu kpiny. Od tak, Historia parsknęła śmiechem, a my zapłaciliśmy za to życiem. Taki żart Historii, tylko wyjątkowo ponury. Ciekaw jestem, czy taki typowy krytyk Powstania powiedziałby to prosto w oczy weteranowi ulic stolicy.
Parokrotnie słyszałem, że powinienem się za Powstanie wstydzić. Konkretnie chodzi o małe dzieci, które w za dużych hełmach, z bronią w ręce rzucały granatami w zakute w pancerz Tygrysy. Co roku podobne nauki wylewają się z prasy, Internetu, blogosfery, a nawet z uniwersyteckich katedr. Muszę przyznać, że nie widzę powodu, dla którego miałby mnie opanować z tego powodu wstyd. Bo niby czemu? Dlaczego wstydzić się za heroizm? Bohaterstwo ma to do siebie, że objawia się w sytuacji beznadziejnej, w konfrontacji z silniejszym (często wielokrotnie) przeciwnikiem. Kogo można nazwać herosem, Dawida czy Goliata?
W podobnej sytuacji zawsze staje mi przed oczami Grabski. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie pamiętam który – Władysław czy Stanisław – doskonale opisał stosunek inteligenta do chłopskiego dziecka. Bo inteligent pokrzykuje z oburzenia: Jak to możliwe, żeby dziecko pracowało na polu!? Dziecko ma się cieszyć i bawić, przeżywać dzieciństwo sielsko-anielsko, a nie harować na gospodarce! Tymczasem zdaniem Grabskiego chłopskie wychowanie to dla dziecka świetna szkoła życia, od której wypielęgnowanemu inteligentowi wara. I chyba podobnie jest z naszym stosunkiem do najmłodszych Powstańców. My po prostu nie rozumiemy o co im chodziło. Wybieramy złą optykę, osądzamy z dzisiejszego punktu widzenia. A trzeba założyć okulary ukazujące ich świat, a nie nasz.
Zarówno lwowskie Orlęta, jak i Powstańcy Warszawscy nie mogli sobie od tak wybierać. Idę albo nie idę, jakby szło o to, czy mama puści pograć w piłkę. To konieczność. Nie ma komu nosić broni? Idę ja! Warunki wojny totalnej dotykały każdego. Twórcze rozwinięcie koncepcji Clausewitza (a pośrednio także wkładu Wielkiej Rewolucji Francuskiej w dzieje wojen) w końcu XIX i początku XX w. musiały zaowocować tym, że wojna dotykała cały naród. Już przed I wojną światową wojskowi przewidywali, że wysiłek wojenny powinien objąć całość społeczeństw. Nie było przed tym ucieczki. Czy tego chciałeś, czy nie, i tak stawałeś w jednym szeregu z idącymi na front. Także jako cywil. W okresie międzywojennym koncepcja wojny totalnej stale zajmowała uwagę teoretyków wojskowości i sztabowców. To właśnie ona zadecydowała o kształcie kolejnego konfliktu. Wojny, która jak żadna inna zniwelowała granicę między wojskowym a cywilem. Dotykała wszystkich, bez względu na wiek, płeć, rasę, religię. Także dzieci.
O tym trzeba mówić. Rozumieć to i akceptować, bo bez tego nie ma mowy o zrozumieniu historii. Podobne wzorce należy propagować, bo historia pokazuje nam, że to się po prostu sprawdziło. Marek Gałęzowski dowiódł, że wychowana w II Rzeczypospolitej na idealizowanym obrazie Orląt lwowskich młodzież Związku Strzeleckiego czynnie zaangażowała się później w walkę powstańczą. No, ale my żyjemy w III, a nie w II RP. Nam nic nie grozi. My dziś mamy za zadanie wychowywać obywateli, którzy nie walczą, tylko pracują. Zdumiewające… Przecież to właśnie robiły wszystkie stronnictwa ideowo-polityczne II RP. Od lewicy do prawicy. A jak? Posługując się mitem powstania styczniowego, tego na które teraz kręcimy nosem. Cała wychowawczo-propagandowa machina sanacji (i nie tylko) skutecznie łączyła wzorce żołnierza i obywatela, pokazując, że i jeden i drugi ma swoje prawa, ale i obowiązki. I przyznajmy – udało im się to.
Jeśli ktoś wierzy w koniec historii, to grubo się myli. Nie wydaje mi się zasadne wyjaśniać dlaczego. Wojny wcale się nie skończyły, tylko zmieniły. Żyjemy w czasach konfliktów asymetrycznych. To taki paradoks – w epoce profesjonalizacji armii i bojowych dronów różnica między cywilem a wojskowym jest tak nikła jak nigdy przedtem. (No, może z wyjątkiem walk plemiennych.) Czy naprawdę obraz powstańca stolicy w za dużym hełmie nigdy nam się już nie przyda? Czy da się zbudować Polskę, która nic nas nie kosztuje?
Po raz kolejny, jak bumerang, wraca pytanie – czy młodzi Polacy broniliby Ojczyzny? Jak na ironię, to właśnie dziś słowa premiera Włoch[1] sprowokowały Łukasza Adamskiego do rozważań na ten temat.[2] Jako Młody, uważający, że jest Wykształcony (chociaż licencjat to bynajmniej nie powód do dumy), z Wielkiego Miasta (w Polsce B), pragnę rozwiać wszelkie wątpliwości:
NIE!!!
Bo żebyśmy jej bronili musielibyśmy w swojej masie uznawać ją za coś cennego. Musielibyśmy wyznawać pewne ideały, żyć nimi. Musielibyśmy być wychowani w ich duchu. A nie jesteśmy. Nie wychowali nas zarówno ci bogoojczyźniani romantycy, jak i proobywatelscy pragmatycy. Nie przygotowaliście nas ani do walki zbrojnej, ani do pracy dla Polski, a historia Wam to zapamięta. Nie, my jesteśmy ci rozsądni właśnie. My nie chcemy ginąć. My się chcemy bogacić! Bo tak jak w XVIII, czy w początku XX w. – jak nie mesjanizm, to własna kiesa. Czy o to chodziło wyznawcom wartości obywatelskich i krytykom Powstania? Przecież spełniliśmy Waszą wizję! Patrzcie, jesteśmy pragmatyczni! Patrz, Coryllusie!
Młodzież trzeba uczyć historii, bo to właśnie ona jest arką dla wartości patriotycznych. Tu się chyba z Coryllusem zgadzamy. Tylko jak? Pan „Wiem Wszystko Najlepiej” Coryllus nie ma wątpliwości – gry planszowe i inne ceregiele to ślepa uliczka. Jak to dobrze, że są jego książki… Jak Polska długa i szeroka – powszechnie znane. Trafiają pod polskie strzechy i uczą młodych prawdziwego patriotyzmu. Cóż… Z doświadczenia wiem, że klasyczne metody nauczania historii średnio się sprawdzają w stosunku do pokolenia dzisiejszych licealistów. Właściwie nie sprawdziły się nawet w przypadku mojej generacji, o czym świadczy fakt, że większość moich rówieśników nie jest w stanie rozwinąć poprawnie skrótu NSZZ. Większość młodych książki nawet kijem nie dotknie, za to na Kwejka zagląda regularnie. Dorastaliśmy w dobie globalnych wiosek, społeczeństw informacyjnych i takich tam. Bez fajerwerków nic do nas nie trafia. Jak zatem budować narrację historyczną tak, żeby zawierała co trzeba, trafiała do świadomości młodzieży i jeszcze czegoś tam uczyła? To jest wyzwanie dla historyków naszych czasów, którzy muszą wyjść z zaklętego kręgu archiwów i bibliotek. Ale to temat na zupełnie inne rozważania.
Coryllus zatytułował swój tekst nieco patetycznie – „Młodzieży chowanie…”. Tak… Ktoś bardzo mądry powiedział mi kiedyś, że moje pokolenie nie było wychowywane, tylko „chowane”. Święta prawda.
_______________________________
[1] http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/premier_wloch:_obecna_mlodziez_to_stracone_pokolenie_22860



Komentarze
Pokaż komentarze (11)