3 obserwujących
554 notki
225k odsłon
  72   0

Death Denied: Through Waters, Through Flames (2022) - Recenzja

Wspaniała A Prayer to the Carrion Kind (2018) umocniła i tak już wysoką pozycję zespołu na scenie. Niestety znów przyszło fanom czekać długie cztery lata, podczas których…  sami z zresztą najlepiej wiecie jak świat stanął na głowie i sobie na niej radośnie podskakuje po dziś dzień. W całej tej demonicznej dynamice, na szczęście są rzeczy, które się zbytnio nie zmieniają, na które można jeszcze polegać. Dlatego wraz z nadejściem tegorocznej wiosny, w oparach płonącego etanolu, z odsieczą nadciągnęła łódzka southernowa kawaleria, która przemierzyła w tym celu jottalitry wody ognistej. Wszystko to aby choć na te trzy kwadranse oderwać szarego człowieka od bolączki egzystencjalnej.

Prawda jest taka, że trzecia długogrająca odsłona Death Denied „skłóciła” mnie samego ze sobą i trudno mi jednoznacznie ocenić Through Waters, Through Flames (2022). Chociaż to jednak za dużo powiedziane - problem mam z jedną kwestią. Żeby mieć najgorsze za sobą, w pierwszej kolejności omówmy jedyne zastrzeżenie jaki mam z płyciwem.

Matematyka… pieczołowitość i skrupulatność w muzyce to bardzo pozytywne atrybuty. Pod tym względem swą najnowszą odsłoną Dead Denied dzielą i rządzą. To dziwić nie powinno, bo od początku zespół dbał o detale, o adekwatną produkcję, aby wszystko grało i buczało. To wszystko jest prawdą, ale gdzieś jednak zapodziała się organiczność, którą tętniła poprzednia płyta. Dosadnie ujmując za dużo rachowania, za mało ruchania, sumować się sumuje ale brakuje spółkowania w adekwatnej proporcji. Odnoszę wrażenie, że zbyt mocno i za długo płukano materiał w gorzale, wyjałowiono czyniąc zbyt sterylnym. Takie wnioski wysnuwam mając na uszach southenrowy filtr.* Po jego wyłączeniu i z dystansowaniu paradoksalnie przyznać muszę, że dawno nie słuchałem tak świetnie wyprodukowanego (współczesnego) albumu. Zmienił się producent, tym razem postawiono na Haldora, który w podobnych klimatach produkował m.in. przedostatni krążek Leash Eye: Blues, Brawls & Beverages (2019).

W ostatecznym rozrachunku to był korzystny wybór: raz, że odświeżyło to brzmienie zespołu, nie ma orobosowego odczucia, z którym boryka się tak wiele zespołów bojących się zmian, stających się własnymi, hermetycznymi parodiami. Dwa było to odważne zagranie, aby zmienić Heinricha – „selekcjonera”, z którym drużyna odnosiła sukcesy.

Z powierzchownym zmian odnotować należy również zmianę nadwornego okładkomistrza – wybór padł na artystę z Jeleniej Góry, który współpracował m.in. z Corruption, J.D. Overdrive, Virgin Snatch, Weedpecker i wieloma innymi zacnymi składami. Co prawda temat może wydawać osobliwym jak na southernową estetykę… ale jak już tak się dziwujecie to przypomnijcie sobie choćby okładki Molly Hatchet które od lat wiodą na manowce pokolenia adeptów power metalu... Wiking południowy? Chromolmy symbolizm…

Dysonansowy zgrzytliwy wstęp niczym pierwszy łyk podłej berbeluchy, za kolejnymi razami jest łatwiej tak jak i „The Apostate Soul” upłynnia się naturalnie. Jest to dość chaotyczny (deklamacje wnoszą lekki bałagan), chropowaty utwór, jednak niepozbawiony dojrzałej harmonii, Death Denied nie boi się dobrej melodii. Dużo emocji jak na jeden strzał, znalazło się miejsce na wkurw i lament.

Numer dwa na płycie pt. „High Priestess of Down Low” obdarzono skowyrnym tempem, miłym groovem. Bardzo robi mi pyskujący riff na starcie, potężne brzmienie bębnów Wici, wspierane przez gorączkowe spazmy basu Vincenta. Całości dopełnia urocza niechlujna plugawość wokaliz Tasiora, klimatyczne skandowania nadają agresywnego, thrashującego wydźwięku całości. Podejrzewam, że będzie się sprawdzać na gigach – wypisz wymaluj „Branded 2.022”. Nastrojowy psychoaktywny zjazd ależ soczyście brzmi bas w tym utworze coś niesamowitego. Dopiero dwa utwory za nami a tyle pomysłów i zagrywek przemyconych...
 
Subtelny bluseujący początek „Lesser Daemons” przechodzi w rasowe boogie, wokal tym razem zaskakuje lekką, nonszalancką rezygnacją w głosie. Idealny do szklanki na, niekończące się wieczory. To potwierdza wszechstronność muzyków, którzy ćwiczyli podobne patenty już na poprzednich płytach. Z każdym kolejnym podejściem wychodzi to naturalniej i zgrabniej. Gdyby tak jeszcze Haldor zanieczyścił brzmienie – nie bardzo, chociaż troszkę… Spokojne partie solowe przyprószone pojedynczymi zimnymi klawiszowymi okruchami - można wolno i efektownie? W świecie przepełnionym tandetnym efekciarstwem to rzeczywiście wyczyn. Dużo zwłaszcza współczesnych wioślarzy, ścigających się ze światłem zapominają, że oprócz techniki ważny jest feeling.

Jak już tak dychneliśmy podczas chwili wytchnienia, to się można poruszać w rozwałce zatytułowanej „Carnage”. Zaskakuje lekkość utworu, jest równo i do przodu. Łoskot talerzy, szybsze tempo, zachowawczy, naturalny wokal - wszystko bez spiny. Daje to pole do popisu instrumentalistom, którzy mogą eksponować swoje różne intrygujące patenty (zwłaszcza perkusista), które w intensywniejszej formie mogłyby poginąć.

Jeżeli ktoś zaczął tęsknić za gęstym graniem to „The Machine” stanowi sowitą rekompensatę. Zblazowana, opasła maszyna stanowi kontrast dla poprzednich dwóch kawałków. Różnica jest druzgocąca, potęguje to efekt totalnego, hipnotycznego, nieustającego przytłoczenia. Ni stąd ni zowąd zostaje przełamane industrialnym akcentem młotkowania, Uwielbiam takie ozdobniki, ale wyszło to wszystko zbyt zgrabnie i dosłownie. To jeden z tych najbardziej wyrazistych momentów, które powodują u mnie dysonans i wewnętrzny konflikt.

W „Behind the Surreal” nadal gęsto i ciężko - Death Denied sobie nie żałuje i hajcuje z dynamicznymi zrywami wierzchowca z okładki – Tasior nadal wokalnie czaruje, popisy gitarowego kunsztu – pozornie niepozorne o spopielającej sile rażenia księżycowego lśnienia.
Co ciekawe uderzająca mnie sterylność albumu została uchwycona dobitnie w klipie, który powstał do powyższego.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura