3 obserwujących
556 notek
227k odsłon
  132   0

Krew lata: Summer Bloody Summer 2022 - Relacja

W chorzowskiej Leśniczówce 26.08.2022 zaczęło się dobijanie lata. Dzień ten w tradycji słowiańskiej znany jako dożynki, święto plonów przypadał w okresie równonocy jesiennej. Obecnie stało się to delikatnie mówiąc ruchomym okresem „świątecznym”. Zakończenie żniw stanowi doskonały marketingowy pretekst do organizowania mało ludowych imprez - również w miastach dla osób, które z wsią mają tyle wspólnego, że ewentualnie konsumują płody rolne. Tak się utarło, że pożeniono ów okres ze zwieńczeniem festiwalowego sezonu i przeniesieniem koncertów do zamkniętych hal i klubów.

Krótka trasa Summer Bloody Summer wpisała się w ów trend. W ramach niej cztery znane i lubiane ekipy sobie pohałasowały.

Dobór a zwłaszcza kolejność występowania zespołów był delikatnie rzecz ujmując kontrowersyjny. O ile kolejność trzech pierwszych, zasłużonych reprezentantów polskiej ekstremy Summer Bloody Summer jest logiczna tak już doprowadzenie do sytuacji, że Hunter wychodzi po ognistym pogromie jaki zgotował Vader było nieodpowiedzialne. Choć z finansowego punktu widzenia pewnie sens to jakiś miało. Generalizując publiczność festiwalu dzieliła się na tych co przyszła na Vader lub na Hunter i na pierwszy rzut oka były to zupełnie dwie różne zbieraniny fanów.

Twe niemoce

Jako pierwsi do walki pod sceną zagrzewała mieszanka krakowska black/death/groove/industrial metalu zwana Thy Disease. Mimo ponad dwudziestoletniego stażu nadal brzmią świeżo - zwłaszcza w warunkach koncertowych muzyka dzielnie się broni. Znany z tego, że nagrali cover Madonny na debiucie (wpisując się w ówczesny trend na niecodzienne przeróbki). Mechaniczne, techniczne rytmy muśnięte zwichrowaną elektroniką, która najczęściej brutalnie wyrywa z solidnego groove. Grupa od lat posiada wypracowany styl, twórczość krakowskiego zespołu przesiąknięta jest ciężką dystopijną atmosferą - posiadają na koncie interesujące konceptualne albumy podejmujące taką tematykę.

Nadal promują swoje ostatnie dzieło pt. Transhumanism (2019) mimo to postawili na set po jednym z każdej z siedmiu płyt tak jakby po pandemicznej przerwie chcieli przypomnieć o sobie i własnej twórczości.

Zaczęli od apokaliptycznego „Earth Will Shake...” z Rat Age (Sworn Kinds Final Verses) (2006), dobry wybór na rozruch choć początkowo zebrana tłuszcza reagowała niemrawo - przez chwilę miałem wrażenie, że Syrusa peszy taki stan rzeczy. Z każdym kolejnym kawałkiem było co raz lepiej, rozkojarzeni słuchacze zaczęli skupiać się na tym co się dzieje na scenie.

Z ostatniej płyty zagrali „Bloody Treatment”, po czym dokonali brutalnego przeskoku w czasie o dwadzieścia lat do tyłu - do pierwszego albumu zatytułowanego Devilish Act of Creation (2001). Prezentując „Crashing the Soul” z okresu konwencjonalnego blackened death metalu z początku wieku, świetnie zobrazowali własną ewolucję stylu. Ku uciesze pamiętających początki zespołu zagrali jeszcze „Ultimate Reign” z Cold Skin Obsession (2002). Po krzepiącej dawce nostalgii nastąpił powrót do dojrzałego, hybrydowego, zindustrializowanego okresu działalności z płyt Anshur-Za (2009), Costumes of Technocracy (2014).

Skończyli godnie miażdżącym „Dissected God” z Neurotic World of Guilt (2004). Przemysłowa połamana rytmika przyczernionego death metalu. Zgrzytliwa ekstrema z okazjonalnymi syntetycznymi, odhumanizowanymi, elektronicznymi pasażami bardzo dobrze żarła i szkoda, że skończyło się to na tak szybkim i zbyt krótkim seciku. Pozostawiając wrażenie sporego niedosytu - dopiero co zaobserwowano przejawy życia pod sceną a już było po wszystkim...

Nienawiść

Ci to mieli pomysł na nazwę - mimo, że anglojęzyczna to od lat stanowi jedno z najczęściej przewijających się słów w mediach, czy ogólnie życiu. Efekt byłby jeszcze lepszy, gdyby zastosowali to ohydne spolszczenie hejt.

Stołeczni blackened death metalowi weterani zadbali o klimatyczną oprawę - nieco rozbudowaną od tej, którą widziałem wiosną na klubowym koncercie, kiedy to najechali śląską ziemię u boku Davida Vincenta.

W porównaniu do Hate, Thy Disease grali bardziej surowo a wokalista zachowywał się na scenie w myśl czegoś na kształt postapokaliptycznego, kontrolowanego chaosu. Horda Adama Pierwszego Grzesznika ma postawę dumną, podniosłą w swej stateczności. Wizerunek dopracowany, rasowy corpse paiting razem z bojowym rynsztunkiem. Całości dopełniają świetnie wykonane elementy scenografii.

Manifestacja nienawiści zaczęła się od rytualnego rytmu wybijanego przez perkusistę Nar SIla. Bardzo ciekawy zagrzewający do walki wstęp. Set był bardzo podobny do tego z lutego, zespół promuje dwunasty album pt. Rugia (2021) i choć wtedy Hate grał koncert klubowy to pod kątem brzmienia, korzystniej przez swą organiczność wypadł na otwartym powietrzu. Jak wspomniałem repertuar skupia się na ostatnich płytach, jest to najlepsza wizytówka twórczej kondycji zespołu. Wzorcowy uczerniony death metal - w te klocki Polska jest jednym z wiodących scen a Hate należy do ścisłej czołówki eksportowego bluźnierczego ekstremizmu. Po trasie z Vader, wraz z krysiukową БАТЮШКА pielgrzymuje po USA.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura