Czyżby magia rebrandingu, interwencja mocy tajemnej, wyciągnięcia wniosków przez organizatorów? - bezsprzecznie frekwencja dopisała, na pierwszą edycję Hell in the Shell, która odbyła się 22.08. bieżącego roku - wszystkie bilety się wyprzedały!
Rola w tym na pewno zacnego festiwalowego lineupu, składającego się z różnych smaków metalowej ekstremy. Patrząc na poszczególne składy, można śmiało powiedzieć, że to spęd samych swoich, którzy nie raz dzielili deski tych samych scen na przestrzeni ostatnich ~20 lat. Zresztą sami się przekonacie.
Thy Disease
Powstała w 1999 roku krakowska mikstura ekstremalnego metalu, przyzwyczaili fanów do kilkuletnich przerw w nadawaniu. Obecnie zespół Yanuarego promuje ósmy długograj pt. United we Fall (2025). W Sosnowcu zagrali dynamiczny, energetyczny set, zadbano o dramaturgię, unikali jak ognia monotonii. Był to bezkompromisowy, tłusty mechaniczny gruz.
Na plus wybijają się ekspresja frontmana: Siriusa, który bezsprzecznie był największą sceniczną bestią tego festiwalu. Przez cały gig było go wszędzie pełno, od pierwszych sekund angażował słuchaczy pod sceną. Rzeczywiście jego zabieganie o rozruszanie publiczności spotkało się z przychylnym odzewem, skutecznie zainaugurował pierwszą ścianę śmierci festiwalu. Na festiwalu zaprezentowali głównie świeży materiał z ostatniej płyty, w tym singlowe „Victims of Need", „Regicide", bardziej masywne, lejące się niczym roztopiony ołów „The Arsonist". Przypomnieli „Slave State" z Costumes of Technocracy (2014) urozmaicony deklamacjami ocierającymi się o rapowanie. Luzacka nawijka Siriusa (nie tylko w tym numerze) przywiodły mi na myśl klimat lat 90.
Szybkie bezwzględne napastliwe ataki perkusisty Irka Gawlika wraz z świdrującym, przeszywającym szyciem Yanuarego siały apokaliptyczne spustoszenie. Ostrzał ten przełamywany był kaskadowymi bombardowaniami, druzgocącymi niemiłosiernymi tąpnięciami, kres hekatomby nastąpił dopiero w finale. Thy Disease skończyli w mniemaniu wokalisty - profetycznym utworem tytułowym „United we Fall", prowadząc powolnym marszowym krokiem ku nieuniknionej zagładzie w bezwzględnym rytmie industrialnego death metalu.
Trochę krótko jak to bywa na festiwalach, ale bezapelacyjnie Thy Disease w pełni wykorzystali przewidziany czas programu, pokazując się od bardzo dobrej strony.
To jednak był zaledwie wstęp do harców, po krótkiej przerwie na scenie objawił się frontem do publiczności zespół Frontside.
Frontside
Drużyna gospodarzy: Frontside, która wiosną tego roku zaliczyła wielki powrót, którego ukoronowaniem jest gorąco przyjęta płyta Nemesis (2026) - pierwszy nagrany album z Mollim na wokalu, który przypomnijmy w 2022 roku zastąpił Aumana. Jeżeli chodzi o bieżące zmiany, to należy odnotować, że podczas letnich występów Frontside, Tomę tymczasowo zastępuje Kuba Homik - perkusista zaprzyjaźnionej małopolskiej formacji Drown My Day - trudno o bardziej naturalny wybór w tej materii, szczerze mówiąc zorientowałem się dopiero na sam koniec, kiedy zrobiono pamiątkowe zdjęcie.
Kości zostały rzucone
Frontside przygotował sprawdzony set idealnie skrojony na potrzeby festiwalu: czytaj niczym nie zaskoczyli, nie licząc włączenia do repertuaru trzeciego singla. Frontside przeprowadził swą krucjatę opierając się na sprawdzonych biblijnych patentach: krzyżowaniu, kamieniowaniu, radosnemu wbijaniu gwoździ etc. Przekroczyli granicę rozsądku poszerzając swoje utensylia o: Brzytwę, sztylet, hak, sznur. Cel jest gdzieś pomiędzy niebem a piekłem - „Zniszczyć wszystko".
Huraganowe tempo nieco stonowano, stare utwory przearanżowano względem brzmienia ostatniej płyty. Strój w dół wioseł nadał dojmującej głębi i dostojeństwa wycinkowi dotychczasowej twórczości, którą wykonano. Odświeżenie to jest w moim odczuciu ciekawym posunięciem i wartym przeżycia na własne uszy. Należy też wspomnieć o świetnym nagłośnieniu, które powyciągało wszystko co najlepsze. Brzmienie było gęste, przestrzenne i selektywne a co najważniejsze naturalne.
Niezmiennie od czasu nowego otwarcia rządzi i włada album Zmierzch bogów. Pierwszy krok do mentalnej rewolucji (2004) z mocarnymi znakami rozpoznawczymi: „Apokalipsa trwa", „Brzemię piekła", „Huragan", „Syndrom mesjasz", nie obyło się bez obowiązkowego szlagiera, który stymulował fanów, nie tylko do tańca pod sceną ale i do wspólnego śpiewania. Mowa o „Naszym przeznaczeniem jest płonąć". Uchem nieuzbrojonym słychać, że to esencja Frontside ery Aumana uzupełniona o ckliwe cukierki z Absolutus (2006): „Martwe serca" i „Wspomnienia jak relikwie" - wciąż nie mogę się przyzwyczaić do wokalnych interpretacji Molliego, który naturalnie nadaje im własnego charakteru. Śmichy chichy ale to są od dwóch dekad frontsideowe standardy, bez których koncert by się nie liczył. Młyny podczas koncertu sosnowieckich metalcorowców były epickie, tak jak i ściany śmierci.
Zbyt rozanieleni melodyjkami sprowadzeni na ziemię zostali niemiłosierną chłostą spod znaku: „Zniszczyć wszystko" i „Bez przebaczenia". Mollie cały czas wyrabia się jako frontmana i rola ta wychodzi mu co raz lepiej i naturalniej.
Z każdym odsłuchem nowy materiał w moich uszach żre co raz bardziej. Zwłaszcza „Omen" robi robotę, który z każdym odsłuchem podoba mi się bardziej i bardziej. Cieszy mnie łaska objawienia wspomnianego, trzeciego nemesisowego wykwitu w secie. W moim odczuciu na żywca prezentuje się korzystniej niż „Kapłani diabła". Szkoda tylko, że nie odważyli się zaprezentować kilku innych nowości... nie wiem skąd taka powściągliwość, zważywszy na potencjał i mnogość przychylnych recenzji jakie zbiera nowa płyta.
Zagrali u siebie, Mollie choć rodem z Poznania zacnie to wyraził, jakie to dla niego ważne, że mógł stanąć przed sosnowiecką publicznością - matecznikiem zespołu.
Znowu trochę pogrymaszę: szkoda, że nie wykorzystali okazji i nie sięgnęli po utwór „1902", co by znacznie wzmocniło przekaz, wyraz przywiązania i odniesienia się do lokalnej tożsamości stolicy Zagłębia Dąbrowskiego.
Daron podczas jednego z kawałków przespacerował się między rzędami z gitarą wśród zwierząt słuchaczy, okupujących miejsca siedzące amfiteatru. Niektórzy tak byli zaabsorbowani tym co się dzieje na scenie, że nawet się nie zorientowali.
Kawał świetnej sztuki, Frontside nie zawodzi, poniżej pewnego poziomu nie schodzi. Cieszy widok, że zespół w tej konfiguracji na scenie czuje się co raz bardziej swobodnie.
Wiosenna trasa promująca wyżej wspomniany album wyostrzył apetyt, jednak letnia festiwalowa odsłona nie zdołała mnie w pełni nasycić...
P.S. nie wiem jak pięciu chłopców z piekła rodem to zrobili, jakie i gdzie mają chody ale przez jeden moment, podczas ich występu, chmury na fragmencie nieba były rozświetlone przez zachodzące słońce, przywodząc na myśl okładkę ostatniego płyciwa.
Hate
Stołeczna, płodna blackened death metalowa horda Adama the First Sinnera, promuje swój ostatni pomiot #13: Bellum Regiis (2025). W ostatecznym rozrachunku to właśnie występ tychże niszczycieli zrobił na mnie największe wrażenie. Interesujący mariaż systematycznej, zimnej likwidacji podszytą pierwotną czarną magią. Było to zderzenie dwóch rytuałów fuzja prastarej tradycji z nowoczesną bezdusznością. W stylistyce uprawianej przez Hate to żadne novum ale podczas tej sztuki zagrało to lepiej niż zwykle. Gig miał coś w sobie hipnotyzującego, dostojnego ale i nieokrzesanego zarazem.
Piorunujące wrażenie zrobiła na mnie precyzja i prędkość szczytowych momentów gry perkusisty Nar-Sila - zresztą każdy perkusista tego wieczoru prezentował obłędny poziom żywego karabinu maszynowego. Jednak gdybym miał wytypować faworyta festiwalu to byłby to Nar-Sil.
Hate jako jedyny zespół na festiwalu zadbał o aspekt wizualny swojego ponurego misterium, bardzo zgrabnie wykorzystano grę świateł i mimo skromnej scenografii uzyskano klimatyczny efektowny rezultat (żywy ogień to jednak żywy ogień).Atmosfery powściągliwego, metodycznie wyreżyserowanego, bezwzględnie surowego obrzędu. Bez wymuszonego trendami pobadania w przesadyzm, tandety jarmarcznych plastikowych szopek, jakich pełno w metalowym mainstreamie.
W sztuce Hate nie było zbyt wiele miejsca na spoufalanie się z publicznością i wchodzenia w większą interakcję, jednak Adam na festiwalową modłę zagaił popełniając błąd przypisując Sosnowiec do Śląska ale szybko, po jednym z wykonanych utworów zreflektował się i już poprawnie używał określenia Zagłębia.
Podobnie jak na poprzednich trasach Hate również postawił na sprawdzony zestaw inkantacji zaczerpniętych z trzech ostatnich woluminów: Bellum Regiis (2025), Rugia (2021), Auric Gates of Veles (2019) i silną reprezentację albumu Erebos (2010).
Weszli jak dzik w sosny tytułowym „Bellum Regiis" siejąc zamęt i popłoch we wrogich zastępach. Zostały one zasnute czarnymi chmurami „Erebosa". Watahy wilczej królowej szarpały i kąsały w bestialskim tempie „The Wolf Queen" po wszystkim słychać było zew i rządzę, triumfalne wycie do księżyca. Tak było już do samego końca, bezwzględne mielenie.
W tym mistycznym ludobójstwie nie miało już znaczenia czym masakrowano słuchaczy: „Sovereign Sanctity" z Auric Gates of Veles (2019), „Rugia" z albumu o takim samym tytule, „Lux Aeterna" z Erebos (2010), zostawione na finał ciosy i kły z ostatniej płyty, „Iphigenia" i „The Vanguard" po których, mogło się wydawać, że nie ma już czego zbierać. Na bis przezornie mieli w zanadrzu „Luminous Horizon", którym dobijali oniemiałych niedobitków. Całość układała się w piekielnie precyzyjną, śmiercionośną transmisję, która mogłaby trwać i trwać aż do całkowitego zatracenia.
Vader
Po sztuce w Bobrownikach czułem coś na kształt leciutkiego niedosytu - żeby niebyło, wszystko było w najlepszym porządku ale liczyłem (bardzo) mocno na obecność Mausera w plutonie egzekucyjnym lub choćby delikatną modyfikację setu.
Obecne rozdanie w dywizji pancernej Vadera przypomina o EPkach: Kingdom (1998) Reign Forever World (2001) oraz albumie Impressions in Blood (2006). Niestety przypomina w symboliczny sposób, raptem jednym w porywach dwoma strzałami. Resztę planowanej eksterminacji odbywa się zwyczajowo przy pomocy ścisłego vaderowego kanonu.
Wiekuiste kosmiczne wrota rozwarły się podczas niezawodnego „Sothis". Wraz z „Fractal Lights" wywołały piekielne riffowisko. Następnie armada zakrzywiła czasoprzestrzeń i skoczyła do przełomu wieków, do płyty Litany (2000), rozpostarła skrzydła w „Wings", bezpośrednio poprawiając krótkim nalotem dywanowym: „The One Made of Dreams".
Segment przypominajkowy objął zgodnie z planem tytułowe utwory wyżej wspomnianych minialbumów. Tak jak już napisałem w poprzedniej relacji, to rzeczywiście był wspaniały pomysł żeby tak wartościowy materiał został przypomniany światu. Pewnie niemałe grono dzisiejszych fanów Vadera nie miała szans do tej pory usłyszeć na żywo: „Kingdom" i „Reign Forever World".
Z Kingdom (1998) na upartego zagrali „Breath of Centuries", był to oczywiście remake jednej z sztandarowych kompozycji Vader. oldschool odświeżono i odhumanizowano dostosowując do ówczesnego brzmienia zespołu.
Następnie przyszedł moment lektury - „The Book" tajemniczy tytuł z intrygującymi, rytualnymi perkusyjnymi ozdobnikami - jeden z tych momentów, w których Michał Andrzejczyk może pokazać się z nieco innej, lekko pokombinowanej strony. Już sama możliwość ponownego usłyszenia tego utworu była dla mnie nie lada gratką.
Oh - ancient ones, the fearless gods
I wake you up tonight
To rule the earth again
Wracamy do prozy vaderowej batalii, kolejnej odsłony wojny totalnej dyktowanej przez tumult, zgiełk, salw wydobywających się z luf i dział zimnych stalowych demonów na gąsienicach: „Cold Demons"... mało wam wojny, Generał nie zwlekał, odpowiednie rozkazy wydał: „This is the War" (tak jak ostatnio lekko przearanżowany wokalnie przez Petera), „Lead Us!!!" - zwłaszcza podczas grania tych hymnów bitewnych, hipnotyzowało świetnie zgrane oświetlenie skupione na centralkach perkusisty (jego zestaw, ozdobiony został rozwieszonym pasem amunicji - mała rzecz a cieszy).
W porównaniu z gigiem na Rykowisku w Bobrownikach były pewne kosmetyczne zmiany jedne na plus inne na minus. Zacznę od minusów był to wyjątkowo szybki blitzkrieg (tak karkołomnie rozpędzonej „Wyroczni" jeszcze nie słyszałem), momentami odnosiłem wrażenie jakby Peter gdzieś się spieszył, nie żeby brakowało ze strony Generała zaangażowania ale coś było nie tak jak zwykle. Może takie wrażenie odniosłem ze względu na festiwalowo okrojony set? Reszta składu tradycyjnie dawała z siebie wszystko - zwłaszcza Pająk, który z siebie wychodził w trakcie gitarowego szału bitewnego.
Zawiedziony byłem również tym, że tak jak w Bobrownikach Mauser nie brał udziału w koncercie. Tym samym rewers na jednym ze wzorów koszulek z tej trasy, gdzie widnieje jego wizerunek jest mylący. Widocznie jego obecność dotyczy bardziej ekskluzywnych wydarzeń...
Nosem pokręciłem przejdźmy do plusów, dwóch mocnych, które może nie wyrównują mojego osobistego rachunku ale z pewnością nieco osładzają. Pierwszym z nich było zagranie jednego z utworów, którego zabrakło mi na koncercie w ramach Rykowiska - drugi reprezentant płyty Impressions in Blood (2006) - „Predator", kawałek, który masywnością i majestatem dorównuje utworowi „Kingdom". Drugim zaskoczeniem był zagrany na bis „Carnal" - w intrygującym ze względu na obłąkane, nawiedzone deklamacje Petera - to wykonanie zapadnie mi na długo w pamięci, stanowiło dla mnie jedno z najmocniejszych momentów całego festiwalu.
Podsumowując pierwszą edycję Hell in the Shell, nowe otwarcie budzi nadzieję, na równie mocne składy na przyszłych odsłonach sosnowieckiego festiwalu na co liczę i za co trzymam kciuki.



Komentarze
Pokaż komentarze