Blog
Nie taki diabeł straszny...
Ignatius
Ignatius Entuzjasta Hard'n'Heavy
0 obserwujących 481 notek 172353 odsłony
Ignatius, 4 lipca 2018 r.

Autopsy: Shitfun (1995) - Recenzja

54 0 0 A A A
Wyjątkowo posrana płyta...
Wyjątkowo posrana płyta...

Czwarty krążek Autopsy to przypadek szczególny w dyskografii dźwiękowych wykolejeńców. Traktować go można było zarówno jako łabędzi śpiew i forpoczta dla działalności pod szyldem Abscess. W momencie ukazania się Shitfun (1995) zespół w tej formie już nie istniał, została po nim treściwa pamiątka. Jest to zdecydowanie krańcowy album w dyskografii kalifornijskiego zespołu. W kwestii odpychającej (delikatnie rzecz ujmując) antyestetyki Autopsy osiągnęło szczyt, do którego już się nawet nie zbliżyli. Trasa z 1993 roku po rodzimym USA okazała się niewypałem. Skutecznie zniechęcony zespół zaniechał dalszej działalności. Na ładnych parę lat Autopsy miało gnić w odmętach pamięci. 

Zdecydowane opus magnum Chrisa Reinferta w kwestii chorych wynurzeń, którym przepełniony jest płyta, która do najkrótszych nie należy jak na standardy tego typu muzyki. Mowa tu bowiem o niespełna godzinnej porcji popisów skrzywionej wyobraźni autorów. Czwarta długogrająca płyta to cuchnąca, brudna, do granic spaczona muzyczna patologia. Jedyna w swoim rodzaju death metalowa sekcja zwłok zaprawiona punkową negacją. W ekstremizmie zarówno brzmieniowym jak i tekstowym. Chociaż z tą unikatowością może jednak przesadzam, bowiem aż tak wiele od czasów dwóch poprzedników to się znowuż nie zmieniło. Dziwny to przypadek, który jednocześnie jawi się jako regres i progres. Ci co zakosztowali w Mental Funeral (1991) i Act of Unspeakable (1992) raczej zdziwieni nie byli. To efekt konsekwentnie obranej drogi niekoniecznie obliczonej na nowatorstwo. Jednak na tle gatunku była to osobliwa płyta, z którą wielu ma problem z jej umiejscowieniem w prywatnej hierarchii dokonań zespołu. Sam należę do tego grona, po długim osłuchiwaniu się nadal mam z tym problem. Jest to odrażająca mieszanka death doom metalu z wpływami około punkowymi to tak najbardziej ogólnikowo zarysowuje zawartość płyty.

Czwarta sekcja zwłok składa się z dwudziestu muzycznych elementów i jednego industrialnego outro. Jest to dynamiczna pełna zwrotów akcji przeprawa przez gęsty rynsztok. Obfitujący w charakterystyczne, lekko spłaszczone brzmienie garów. Taką niechlujną sekcję rytmiczną poszczycić się mógł chyba tylko Autopsy w latach 90.To co przykuwa nasze umęczone receptory słuchu to pogrzebowe tony gitar wypracowane przez duet Danny Coralles – Eric Cutler, którzy również wzięli na swe barki obowiązki basisty – w tej roli gitarzyści wspierani byli przez muzyków sesyjnych.

Ten niekończący się ściek uzupełniają niezastąpione wokalizy Chrisa Reiferta, który dał popis wyjątkowo wynaturzonego bestialstwa wyrażonego na wiele zwichrowanych sposobów. Po sesji z Autopsy wiele innych zespołów wydaje się w kwestii wokalnej (i nie tylko) nieznośnie monotonna.

W moim odczuciu jest to jeden z tych albumów, które należy słuchać w całości i traktować jako niepodzielny twór. Jednak, gdybym miał wybrać ten jeden utwór, będący największym „przebojem”, będzie nim chyba „Burnt to a Fuck” - za mielący riff, drenujący zarobaczywione czaszki, wyjątkowo pokombinowaną, jak na standardy krążka konstrukcję utworu. W tej grząskiej, paskudnej materii wyróżnienie należy się również „Humiliate Your Corpse” wzorcowe ołowiane doom metalowe zwolnienia akcji i niczego sobie solóweczki.

Tego typu, sporadyczne (ale jednak) przejawy subtelnej melodii kontrastują z degrengoladą całokształtu. Piękno niezmiernie jest uwypuklone, promieniuje rzucając blask na kloakę reszty niczym promienie odbijające się w połyskującym szambie.

Podobnie jak na trzeciej płycie, krótsze formy (np. „Fuckdog”, „I Shit on Your Grave”) przeplatają nieco dłuższe, potęguje to wrażenie chaosu, poronionej mozaiki – zlepku wycinków poświęconym dewiacjom i czynom seryjnych morderców… którzy nie mają prawa istnieć.

Dorzućmy do tego dopełniającą całości nieapetyczną oprawę graficzną, która przypaść do gustu może jednostkom pokroju G.G. Allina… Na pierwszy rzut ucha to może być płyta (zwłaszcza w całości) asłuchalna, ale warto zacisnąć zęby, zatkać noc i się z nią pomęczyć. Jeżeli ktoś szuka zaprawdę brudnej muzyki, znajdzie ją z nawiązką na Shitfun (1995). 


Opublikowano: 04.07.2018 20:15. Ostatnia aktualizacja: 08.07.2018 23:21.
Autor: Ignatius
Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @Teutonick Było niezwykle sentymentalnie ze względu na różne, nakładające się...
  • @Teutonick  Mam z obu, ...
  • @Teutonick Dobrze, dobrze im więcej tym lepiej - w tej "dyscyplinie" konkurencja jest zawsze...

Tematy w dziale Kultura