1 obserwujący
69 notek
69k odsłon
5043 odsłony

Columbine

Wykop Skomentuj8

Eksplozja miała nastąpić o godzinie 11.17. W jej wyniku zniszczona zostałaby stołówka, a także doszłoby do zawalenia się znajdującego się nad nią drugiego piętra. Ludzie, którzy mieliby wystarczająco dużo szczęścia znajdować się w relatywnie bezpiecznej odległości od centrum wybuchu, zaczęliby w panice opuszczać budynek, który miał 26 wyjść. Ci, którzy uciekaliby głównym wyjściem, wpadliby w pułapkę. Czekałoby na nich dwóch zamachowców uzbrojonych w pistolety maszynowe TEC-DC9 oraz Hi-Point 9mm rozstawionych tak, aby potencjalne ofiary znalazły się w ogniu krzyżowym. Szanse przeżycia rannych byłyby uzależnione od reakcji służb medycznych i policji. Służby ratunkowe prawdopodobnie nie zwróciłyby uwagi na dwa zaparkowane w pobliżu samochody: Hondę i BMW. W bagażnikach tych samochodów znajdowały się kolejne ładunki wybuchowe, a ich zapalniki ustawione były na 12.02.

Budynek to szkoła średnia Columbine w Denver w stanie Kolorado. Ofiary – uczniowie tej szkoły. Zamachowcy – Eric Harris i Dylan Klebold. Uczniowie tej samej szkoły.

20 kwietnia 1999 roku.

BIAŁY VAN

Był piątkowy wieczór na spędzenie którego Harris i Klebold nie mieli pomysłu. Wsiedli więc w samochód i wyjechali poza miasto. Nudziło im się. Zauważyli, że na poboczu stoi zaparkowany van. W środku nie było kierowcy – postanowili skorzystać z okazji. Klebold założył narciarskie rękawice i próbował pięścią rozbić szybę. Nie udało się. To samo próbował zrobić Harris. Również bez efektu. Spróbowali kamieniem. W końcu szyba nie wytrzymała. Harris stał na czatach, a Klebold wynosił co bardziej wartościowe rzeczy. Ich łupem padło: woltomierz o wartości 400 dolarów, przenośna konsola nintendo, latarka, płyty CD itp. Żeby obejrzeć dokładnie skradzione rzeczy pojechali w stronę rezerwatu Deer Creek Canyon Park. Na pustym parkingu zaczęli sprawdzać czy elektroniczne urządzenia wyniesione z vana działają. Byli tym tak zaabsorbowani, że nie zauważyli, że na parkingu oprócz nich jest jeszcze jedna osoba – funkcjonariusz policji Timothy Walsh, który zainteresował się samochodem zaparkowanym w piątkowy wieczór w pobliżu parku narodowego. Eric Harris próbował jakoś wytłumaczyć siebie i kolegę z posiadanego woltomierza i innych tego typu przedmiotów. Wiadomo – leżało przy drodze, a oni akurat tamtędy przejeżdżali, no to wzięli. Przecież nikogo nie okradli.

Na komisariacie nastolatków sfotografowano i pobrano od nich odciski palców. Złożyli zeznania. Wezwano rodziców, którzy odebrali synów z aresztu.

RODZICE

Wayne Harris zdawał sobie sprawę z tego, że jego syn ma problemy emocjonalne. Prawdopodobnie wpływ na to miało ciągłe przenoszenie się z miejsca na miejsce – Wayne był oficerem sił powietrznych Stanów Zjednoczonych. Służył w bazach w Ohio, Michigan, stanie Nowy Jork. Dzieci państwa Harrisów nie miały możliwości nawiązania dłuższych przyjaźni. W 1993 roku major Harris przeszedł na emeryturę i rodzina osiedliła się w Denver. W 1996 roku małżeństwo Harrisów kupiło dom za 180 tys. dolarów trzy kilometry od szkoły średniej Columbine. Ich starszy syn Kevin grał w reprezentacji szkoły w futbolu amerykańskim. Później kontynuował naukę na University of Colorado. Wayne Harris zatrudnił się w firmie tworzącej komputerowe symulatory lotów. Kathy Harris, która do tej pory zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci, znalazła zatrudnienie na pół etatu w firmie kateringowej.

Za włamanie i kradzież Ericowi groziło więzienie. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce sąd prawdopodobnie nie umieściłby nastolatka w zakładzie karnym. Nie zmieniałoby to jednak faktu popełnienia przestępstwa, odnotowania tego w rejestrze skazanych i utrudnienia tym samym startu w dorosłe życie. Wayne Harris postanowił temu przeciwdziałać. Po pierwsze wysłał syna do psychologa doktora Kevina Alberta, który za 150 dolarów za godzinę przeprowadzał terapię młodego Harrisa, co miało zapewne być argumentem w sądzie, że jego stan psychiczny odbiega od normy i należy z tego powodu być wobec niego wyrozumiałym. Po drugie nawiązał kontakt z Andreą Sanchez, także psycholog, ale pracującą dla wymiaru sprawiedliwości w ramach programu nazywanego Diversion, którego celem było poddanie skazanego przymusowej terapii. Przestępca, który przeszedł przez taki program, mógł liczyć na to, że zostanie wykreślony z rejestru skazanych.

Program Diversion wymagał w przypadku młodocianych udziału przynajmniej jednego z rodziców. Tom i Sue Klebold postanowili uczestniczyć w nim oboje. Podczas wstępnego przesłuchania dowiedzieli się, że ich 17-letni syn ma pseudonim „Wódka” i pierwszy raz upił się w wieku 15 lat. Dylan próbował również marihuany, ale upierał się, że zerwał zarówno z jednym jak i z drugim. Państwo Klebold oświadczyli, że syn jest introwertykiem i izoluje się od otoczenia. Łatwo też popada w złość i źle znosi uwagi nauczycieli w sprawie jego zachowania (np. zdarzało mu się zasypiać na lekcjach).

Wykop Skomentuj8
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo