Nie wszystkie historie państwa zaczynają się w parlamencie czy na konferencji prasowej. Niektóre przychodzą cicho, zapakowane w kopertę, wrzucone do skrzynki pocztowej razem z rachunkami i ulotkami. Tak właśnie pojawił się „Poradnik Bezpieczeństwa” — nie jako temat debaty publicznej, lecz jako papierowy fakt. Dopiero później okazało się, że za tę ciszę zapłacono dziesiątki milionów złotych.
Państwo od zawsze lubi mówić do obywatela drukiem. Papier nadaje komunikatom wagę, której nie ma plik PDF ani strona internetowa. To, co przychodzi do skrzynki pocztowej, wydaje się bardziej realne, bardziej zobowiązujące. Papier nie znika po jednym kliknięciu. Zostaje — przynajmniej do momentu, gdy zdecydujemy, co z nim zrobić.
Właśnie w tej formie do milionów polskich domów trafił „Poradnik Bezpieczeństwa” — rządowa broszura przygotowana przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Publikacja miała być odpowiedzią na niepewność czasów: konflikty zbrojne, katastrofy naturalne, kryzysy infrastrukturalne. Państwo mówiło obywatelom: bądźcie przygotowani.
Przez chwilę wszystko było spokojne. A potem pojawiło się pytanie, które zawsze prędzej czy później pada w debacie publicznej: ile to kosztowało.
Z dokumentów dostępnych w serwisie gov.pl wynika, że druk i realizacja broszury zostały zlecone w ramach przetargu publicznego nr BF-WZP-2374-1-28-DOLiZK-PN-SZ/2025. Postępowanie ogłoszono w 2025 roku, a jego przedmiotem był druk wielomilionowego nakładu oraz przygotowanie publikacji do dystrybucji.
Zakładany budżet zamawiającego — MSWiA — wynosił 29 milionów złotych. Złożono jednak tylko jedną ofertę. Jej wartość opiewała na 44 920 000 zł, czyli o niemal szesnaście milionów więcej, niż pierwotnie planowano. Mimo tej różnicy przetargu nie unieważniono. Został rozstrzygnięty, a realizacja ruszyła.
Zwycięzcą postępowania została Drukarnia Abedik S.A. z Żernik w gminie Kórnik, co potwierdzają zarówno dokumenty przetargowe dostępne na gov.pl, jak i informacje publikowane przez samą spółkę na stronie abedik.com.pl. W mediach drukarnia bywa określana jako „poznańska”, choć formalnie mieści się poza granicami miasta.
W tym miejscu warto zaznaczyć jedno: z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza. Procedura została przeprowadzona, oferta wybrana, umowa zawarta. Państwo miało prawo zaakceptować wyższą cenę. Ale prawo nie zawsze wyczerpuje sens pytania, które zadają obywatele.
Bo gdy według informacji publikowanych m.in. przez prawo.pl i remiza.pl do stycznia 2026 roku rozdysponowano już około 11 milionów egzemplarzy poradnika (z planowanych 16–17 milionów), stało się jasne, że mówimy o jednej z największych operacji drukarskich realizowanych przez administrację publiczną w ostatnich latach.
W branży poligraficznej skala ma znaczenie fundamentalne. Im większy nakład, tym niższy koszt jednostkowy produkcji. Papier, farba, energia, praca maszyn — wszystko to tanieje, gdy liczy się w milionach sztuk. Dlatego w środowisku drukarskim nikt nie miał wątpliwości, że rzeczywisty koszt wytworzenia jednego egzemplarza broszury jest znacznie niższy niż cena wynikająca z kontraktu.

Różnica pomiędzy kosztem produkcji a wartością umowy stała się przedmiotem spekulacji i emocji. Pojawiły się pytania o zysk, o marżę, o to, czy państwo nie przepłaciło za poczucie bezpieczeństwa zapisane na papierze. I choć dokładne dane finansowe drukarni nie są publicznie dostępne, raporty branżowe i dane GUS wskazują, że tego typu zlecenia mogą przynosić zyski liczone w dziesiątkach milionów złotych.
W tle pojawiły się również sugestie o politycznych powiązaniach i sympatiach. Jednak w przeciwieństwie do dokumentów przetargowych, te informacje nie znalazły potwierdzenia w żadnych wiarygodnych źródłach. Pozostały w sferze domysłów — a te, choć medialnie nośne, nie zmieniają istoty problemu.
Bo sedno tej historii nie dotyczy jednej drukarni ani jednego przetargu. Dotyczy decyzji państwa o tym, jak komunikuje się z obywatelami i ile jest gotowe zapłacić za fizyczną obecność swojego przekazu w każdym domu.
„Poradnik Bezpieczeństwa” stał się więc czymś więcej niż broszurą. Stał się symbolem epoki, w której analogowe narzędzia spotykają się z cyfrową rzeczywistością — i w której rachunek za spokój bywa wyższy, niż się spodziewaliśmy.
Śledzę ciche wojny naszych czasów: służby specjalne, operacje hybrydowe, directed energy, manipulacje informacyjne. W polskiej polityce patrzę na to samo – kto naprawdę pociąga za sznurki. Bez złudzeń co do elit i oficjalnych wersji.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka