Pewne sprawy w polityce nie wybuchają nagle. One się sączą. Kapią powoli, aż w końcu ktoś zauważa, że podłoga jest mokra, a sufit od dawna przecieka. Tak właśnie wygląda dziś sprawa Włodzimierza Czarzastego – marszałka Sejmu i jednej z najważniejszych osób w państwie.
Nie chodzi nawet o to, czy zarzuty stawiane w mediach są prawdziwe. Chodzi o to, że w państwie aspirującym do miana poważnego takie pytania w ogóle nie powinny wisieć w powietrzu.
Zacznijmy od rzeczy podstawowej. Marszałek Sejmu ma dostęp do informacji ściśle tajnych. I jednocześnie – jak wynika z doniesień medialnych – nie przeszedł pełnej procedury sprawdzającej ABW, bo nigdy nie złożył ankiety bezpieczeństwa. Formalnie wszystko się zgadza: prawo dopuszcza dostęp „z urzędu”. Problem w tym, że prawo to jedno, a zdrowy rozsądek drugie. W czasach wojny za wschodnią granicą i realnych zagrożeń wywiadowczych brak weryfikacji drugiej osoby w państwie brzmi co najmniej niepoważnie.
Gdyby na tym sprawa się kończyła, pewnie przeszłaby bez większego echa. Ale nie kończy się. W mediach pojawiają się informacje o kontaktach z osobami powiązanymi z rosyjskim biznesem i instytucjami finansowymi, w tym ze środowiskami bliskimi Kremlowi. Oczywiście – kontakty nie są przestępstwem. Biznes międzynarodowy istnieje. Problem polega na tym, że w połączeniu z brakiem weryfikacji tworzy się mieszanka, której żadne poważne państwo nie powinno ignorować.
Rząd uspokaja. Służby twierdzą, że nie ma zastrzeżeń. I być może rzeczywiście ich nie ma. Tylko że zaufanie publiczne nie działa na zasadzie „proszę nam wierzyć”. Ono wymaga przejrzystości. A tej tu ewidentnie brakuje.
Do tego dochodzi wątek amerykański. Zerwanie kontaktów przez ambasadora USA z marszałkiem Sejmu to nie jest drobny dyplomatyczny incydent. To sygnał. Niezależnie od tego, czy powodem były ostre wypowiedzi pod adresem Donalda Trumpa, czy coś więcej – takie gesty nie biorą się z emocji, tylko z kalkulacji. A kalkulacja sojusznika zawsze powinna nas interesować.
Na koniec wraca jeszcze stary, dobrze znany temat: uwłaszczenie się na majątku partyjno-państwowym, postkomunistyczne elity, ludzie dawnego systemu. To nie są nowe oskarżenia. Ale fakt, że wciąż wracają, pokazuje coś istotnego – III RP nigdy do końca nie zamknęła tej księgi. A niedomknięte rozdziały lubią się otwierać w najmniej dogodnym momencie.
Nie twierdzę, że Włodzimierz Czarzasty jest winny czegokolwiek. Twierdzę natomiast, że państwo, w którym druga osoba w hierarchii władzy nie rozwiewa takich wątpliwości jednym prostym ruchem, samo wystawia się na kryzys zaufania. Wystarczyłoby przejść procedurę, ujawnić maksimum informacji i uciąć spekulacje.
Skoro jednak tego nie robi, pytania zostają.
I będą wracać.
Bo w polityce cisza rzadko oznacza spokój – częściej oznacza, że ktoś liczy, iż wyborcy zapomną.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)